Marta Krajewska: „Wyobraźmy sobie grupę zrzeszającą kilkunastu mężczyzn tworzących akcję ‘obyczajówka jest mężczyzną’ albo ‘romans jest męski!’”

Magdalena Paluch: Cześć, Marta! Dzięki, że zgodziłaś się wziąć udział w akcji Groza jest kobietą. Myślisz, że ta akcja ma jakąś wartość? Że po jej zakończeniu czytelnicy będą rozpoznawać polskie autorki i chętniej sięgać po ich (a w zasadzie Wasze) książki?

Marta Krajewska: Cześć! Mam taką nadzieję. Każdy rodzaj promocji jest dobry. No, może nie każdy… Ale ten jest. Widzę, że teraz płeć piękna zwiera szyki w podobnych inicjatywach, a efekty są interesujące, więc trzymam kciuki i za naszą grozę. Trochę to zastanawiające, że kobiety czują, że potrzebne są takie akcje, bo mężczyźni jednak tego nie robią. Wyobraźmy sobie grupę zrzeszającą kilkunastu mężczyzn tworzących akcję „obyczajówka jest mężczyzną” albo „romans jest męski!” (nie ironizuję, tylko eksperymentuję ze stereotypami, które mam w głowie). Ciekawe, jak nasze umysły reagują na takie ćwiczenie, prawda? A gdyby mężczyźni zrobili akcję „groza jest mężczyzną”? To by była awanturka 😀 A jednak gdy chodzi o kobiety reakcje są łagodniejsze, kilka osób się skrzywi, ale większość jednak akceptuje i kibicuje. Może to dlatego, że podświadomie rozumiemy, że w rzeczy samej istnieje podział na płeć w literaturze, a stereotypy w tej dziedzinie nie są dla kobiet łaskawe? Dla mnie płeć autora nigdy nie była ważna i ubolewam nad tym podziałem. Może kiedyś doczekamy czasów, gdy różnice się zatrą, bo przecież to nie płeć autora się liczy, tylko to, co ma do przekazania, a bycie kobietą albo mężczyzną nie czyni nikogo z założenia lepszym. To zdanie wydaje się truizmem, a jednak ilość stereotypów wdrukowana w nasze mózgi powala.

MP: W Twej twórczości dominują głównie klimaty słowiańskie. Skąd wzięło się zainteresowanie właśnie kulturą Słowian?

MK: Zakochałam się we wczesnym średniowieczu dziesięć lat temu, kiedy odwiedziłam turniej rycerski w Dębnie. Byłam wtedy gdzieś na początku pisania Idź i czekaj mrozów i doznałam olśnienia, że mogę pogłębić uniwersum, którym bawiłam się od niepamiętnych czasów, osadzając je w realiach słowiańskich. Do tej pory najważniejsi byli bohaterowie, a teraz najważniejszy stał się świat. Odłożyłam pisanie na kilka miesięcy i zakopałam się w książkach – Moszyński, Gieysztor, Szyjewski, Baranowski… Lektura owocowała nowymi inspiracjami, które spowodowały totalne przebudowanie niektórych wątków, na przykład Imira, czy samej głównej bohaterki, Vendy. Zdecydowałam, że będzie zielarką, w związku z czym musiałam dokształcić się z tej dziedziny. Właściwie z każdej dziedziny musiałam się dokształcić i dokształcam się do dziś.

MP: Czy pamiętasz, kiedy napisałaś swój pierwszy tekst? O czym był?

MK: Kiedy miałam dziesięć lat napisałam kryminał pod tytułem Zabójczy duet, którego bohaterem był detektyw Brałn. Miałam fazę na Christie, Conan Doyla, a w telewizji co czwartek leciał serial kryminalny. Kto dziś pamięta takie tradycje telewizyjne? W każdym razie mój kryminał zajmuje jeden zeszyt w szeroką linię i jest ortograficznym piekłem redakcyjnym, ale jednocześnie widzę w nim zalążki tego, jak piszę do teraz. Jest twist, próby żartów i jakaś taka ogólna krajewskość. Zabawnie mieć takie cudo w domu. Natomiast kolejny tekst to był już świat, w którym ugrzęzłam na kilka lat, a wszystko zaczęło się od próby przelania na papier moich zabaw z siostrą. Bawiłyśmy się w dzieciaki, które odnajdują w lesie niedaleko swojej wioski stary, opuszczony dworek. Oczywiście pojawiają się duchy, jadalnia pełna szkieletów i podobne, bardzo klasyczne motywy, aż dzieciaki odkrywają, że ich wioska jest przeklęta, bo… No, właściwie nie będę zdradzać, bo te postaci i tę wioskę przeniosłam do napisanego dla Storytel original serialu Czartojarsk, który będzie miał premierę na początku czerwca. Oczywiście teraz historia jest dojrzalsza, wypełniło ją też sporo nowych potworów, jak się można domyślać, wprost ze słowiańskiego bestiariusza, ale to wciąż te same dzieciaki. Pisanie o nich sprawiło mi prawdziwą przyjemność. A, co ciekawe, kiedy wróciłam do tej pierwszej wersji, zaskoczyło mnie, jak barwnie i ładnie pisałam w wieku trzynastu lat! Serio, musiałam czytać wtedy jakieś bardzo dobre książki, bo dobrze mi robiły na styl. Mam wrażenie, że ten tekst jest lepszy niż cała masa rzeczy, które pisałam później i wręcz widać, jak psuje się z biegiem czasu, aż do momentu, gdy miałam piętnaście lat i zabrnęłam z opowieścią w ślepy zaułek. Wtedy ją porzuciłam. Zresztą głową byłam już wtedy w Wilczej Dolinie i tamci bohaterowie przyćmili tych z Czartojarska, ale teraz ogromnie się cieszę, że mogłam ich znów wskrzesić i dać im serial, na jaki zasłużyli.

MP: Łatwiej Ci się pisze książki dla dorosłego czytelnika, czy jednak dla tego młodszego?

MK: Dla dzieci pisze się szybciej, dla dorosłych pisze mi się… pełniej? Takie słowo przychodzi mi do głowy. Pisząc dla dorosłych, nie zastanawiam się, czy jakieś słowo będzie dla nich za trudne, czy wiedza, którą wepchałam w scenę nie jest przytłaczająca, czy bohater nie odbiega wiekiem i dojrzałością od czytelnika, tego typu rzeczy. Nie zastanawiam się, bo jestem dorosła i przyjmuję, że mój czytelnik jest mniej więcej na moim poziomie dojrzałości, więc chcę go zaskoczyć, zauroczyć, wciągnąć w grę i jadę z tym koksem, zmuszam mózg do pracy na najwyższych obrotach. Pisaniu dla dzieci przyświecają niby te same zasady, ale warsztatowo zastanawiasz się nad innymi rzeczami. Czarujesz, zaskakujesz i grasz innymi elementami. Lubię pisać zarówno dla dorosłych, jak i dla dzieci, tekst zawsze jest wyzwaniem, ale to trochę inne pisanie i jedno pozwala mi odpocząć od drugiego.

MP: Czy przygotowując się do pisania nowej książki, robisz do niej research?

MK: Mój risercz to proces stały, ponieważ poruszam się w obrębie kultury wczesnych Słowian, więc ciągle się uczę, doczytuję, rozwijam i tak dalej. Poza tym czytając, wpadam na nowe pomysły, które zapisuję do późniejszego wykorzystania. Do książek niefantastycznych też robię risercz, ale dużo mniejszy, co uważam za swego rodzaju paradoks. W końcu, czy fantastyka nie powinna zakładać, że autor może puścić wodze fantazji i tworzyć, co mu się żywnie podoba? No więc nie. Mam wrażenie, że fantastyka to obecnie najbardziej riserczowy gatunek na rynku, a czytelnicy analizują teksy aż do granic absurdu. Wydaje mi się, że grozowy czytelnik jest pod tym względem łagodniejszy dla swojego autora. Natomiast risercz zawsze się opłaca, wiedza autora wzbogaca tekst i daje czytelnikowi przyjemne wrażenie, że książkę napisała osoba, która wie, co robi i co mówi, no i przede wszystkim, ja się na riserczu bardzo dużo uczę. Czasem to są rzeczy kompletnie dla mnie kosmiczne, jak historia akcji „kobiety na traktory” i modeli maszyn, które prowadziły albo próba ostatecznego ustalenia, czy użycie cebuli będzie historycznie poprawne w tekście o wczesnym średniowieczu (część źródeł mówi, że tak, inne, że nie). Słyszałam o autorach, którzy mają sztab ludzi poszukujących dla nich wiadomości na zadane tematy. Nie chciałabym tak, bo risercz to jeden z bardziej rozwijających elementów pisania.

MP: Jak to jest z Twą tzw. przynależnością do gatunku? Mam tu na myśli twórczość: czujesz się bardziej fantasy, czy bardziej grozowa?

MK: Myślę, że przynależność gatunkowa to trochę rola przypadku, bo te gatunki się przenikają. Czasem szufladkuje nas środowisko literackie, w którym się obracamy, czasem wydawnictwo, od którego zaczynamy, bo część książek grozowych spokojnie mogłoby istnieć na rynku jako fantastyka i odwrotnie. Takie podziały są najbardziej potrzebne wydawnictwom, które muszą jakoś targetować promocję i sprzedaż. Autorowi też daje to jakieś punkty do rozpoznawalności, bo jeśli ktoś przeczytał Kinga, to wie, czego się spodziewać w następnym Kingu, sięga po niego albo nie. Z drugiej strony, większość fanów Kinga pewnie sięgnęłaby po napisany przez niego romans tylko po to, żeby sprawdzić, jak mu to wyszło. A talent autora często broni się sam. Ja miewam różne pomysły: od grozy, przez komedię do obyczaju, ale właściwie w każdej książce, w każdym tekście, który piszę, pojawiają się elementy grozy – potwory, strach, specyficzna atmosfera. Nawet w książkach dla dzieci. Ostatnio napisałam dla Storytel dwa seriale oryginalne, jeden dla dzieci, drugi kobiecy, obydwa bardzo współczesne. Dziecięcy jest z założenia opowieścią z dreszczykiem, są słowiańskie potwory i sporo ciarek na plecach, ale nawet w serialu kobiecym są takie sceny, w których trochę straszę, mimo że ich wyjaśnienie musiało się okazać zupełnie zwyczajne, bez nadnaturalnych motywów. To wychodzi samo, ja po prostu lubię tak pisać! Kiedy ktoś pyta, co takiego piszę, zazwyczaj odpowiadam, że fantastykę słowiańską, ale to ogromne uproszczenie, bo mam na koncie i opowiadania komediowe, i książkę dla dzieci Emil, kanarek i rudy pies, w której nie znajdzie się ani jednego motywu nadprzyrodzonego. Myślę, że na tym polega rozwój – na stawianiu sobie nowych wyzwań i próbowaniu sił tam, gdzie się jeszcze nie sprawdziliśmy, natomiast moim głównym uniwersum jest Wilcza Dolina, świat gdzieś na pograniczu fantastyki, historii i grozy, do którego wracam i pewnie długo jeszcze wracać będę. W kwestii przynależności czuję się po prostu Krajewską i piszę to, na co akurat mam ochotę. Być może strzelam sobie tym w kolano, bo tracę „markę”, ale z drugiej strony docieram do nowych czytelników. Od wydania Idź i czekaj mrozów minęły niecałe trzy lata, więc jeszcze trudno mi ocenić, czy to sięganie po różne gatunki zrobi mi dobrze, czy źle. Zobaczymy.

MP: Czujesz się związana ze środowiskiem grozy?

MK: Tak, choć jestem tu mniej rozpoznawalna, niż w fandomie fantastyki. W 2014 roku zadebiutowałam w grozowej antologii Toystories, a dzięki pracy nad tym zbiorem poznałam (wirtualnie i realnie) sporą część autorów polskiej grozy. Dopiero pół roku później Daję życie, biorę śmierć ukazało się w Nowej Fantastyce i choć większość internautów uważa to opowiadanie za mój debiut, ja uważam, że w tamtym roku debiutowałam dwukrotnie – w grozie i w fantastyce. Właściwie mój kontakt ze środowiskiem grozy to robota Marka Zychli, bo dzięki niemu i Julkowi Wojciechowiczowi znalazłam się w Toystories, dla Marka też przyjechałam kilka lat temu na Kfason, gdzie z kolei poznałam kolejnych autorów grozy. Dzięki nominacjom do Zajdli i rosnącej popularności motywów słowiańskich, moja mała kariera w środowisku fantastycznym rozwinęła się dosyć szybko i to jest ciekawe, że przyjeżdżając rok w rok na Kfason, jestem tu zupełnie anonimowa. Ot, babka snująca się za Zychlą 😀 No dobra, może teraz już tak zupełnie anonimowa nie jestem, ale sodówka mi raczej nie grozi.

MP: Śledząc Twój profil na Facebooku i widząc Twą popularność wśród fanów to pytanie może być trochę nie na miejscu, ale – czy uważasz, że pisząc pod męskim pseudonimem, miałabyś większy fejm?

MK: Wiesz, ja się nigdy nie zastanawiałam nad płcią autorów, dla mnie to nigdy nie było ważne, tak jak nieważny był gatunek literacki. To chyba wzięło się stąd, że jako dzieciak pochłaniałam zasoby niewielkiej radziszowskiej biblioteki publicznej i jechałam dosłownie półka po półce – fantastyka, horror, romanse, klasyka, książki przyrodnicze, płaszcza i szpady… To wyrobiło we mnie jakąś tolerancję. Natomiast rzeczywiście, jak się tak zastanawiam, to dochodzę do wniosku, że to, jakiej płci jest autor, ma znaczenie szczególnie w prozie tak gatunkowej, jak horror czy fantastyka. Gdyby na okładce Idź i czekaj mrozów widniało męskie imię, być może książką zainteresowałoby się więcej mężczyzn? Nie wiem, czy by im się spodobało, bo to inna sprawa, ale odbiór byłby inny. Pewnie mówiłoby się o tym, jak fantastyczną wrażliwością wykazał się autor, bo ta wrażliwość u facetów jest jak umiejętność pisania scen bitewnych u kobiet – to jest stereotypowo dopisane do płci autora. Ja nie mam kompleksu na punkcie swojej płci i nie widzę powodów, żeby walczyć z faktem, że jestem kobietą w świecie literatury.

MP: jak już wspominałam, zerkam na Twój profil autorski i chcę Ci powiedzieć, że jesteś jedną z bardziej aktywnych osób, jeśli chodzi o tego typu autopromocję. Lubisz kontakt ze swoimi czytelnikami?

MK: Bardzo! Kiedyś pisałam do szuflady, dla siebie, ale odkąd wydaję książki zaznałam przyjemnego ciepełka, jakim jest sympatia czytelników. To jest ogromna moc, a ludzie chyba nie zdają sobie z tego sprawy, co mogą uczynić naszej wenie! Czytelnicy podnoszą mnie na duchu, dodają skrzydeł, trochę też stresują, wiadomo, bo mają oczekiwania, nadzieje, pytają kiedy trzeci tom i w ogóle… Ale bez nich to nie miałoby sensu, prawda? Czasem, kiedy mam chandrę, kiedy umieram nad laptopem, a słowa nie płyną, przeczytanie pozytywnej recenzji albo wiadomości od czytelników, stawia mnie na nogi lepiej niż kawa i długi sen. Oczywiście ten kij ma dwa końce – przejmuję się jeśli ktoś marudzi na moją twórczość i wtedy odechciewa mi się pisać. No bo ja tu żyły wypruwam, zakrzywiam czasoprzestrzeń, żeby wykroić czas na pisanie, męczę głowę, plecy, tyłek i palce, tyję, bo zamiast się ruszać muszę pisać, a wszystko jak krew w piach. Tak, wszystko! W takich momentach dramatyzm jest na levelu hard ekspert paranormal… No tak mam. Ale tych chwil jest na szczęście mało, a ludzie lubiący mój fanpejdż to cudowne istoty, które głaszczą mnie po główce i motywują do pisania. Oni chcą mnie czytać, ja chcę dla nich pisać. Zresztą w ogóle lubię kontakt z ludźmi, czy to w Internecie, czy na spotkaniach, konwentach, warsztatach. Gdybym tego nie lubiła, nie wymyślałabym takich dziwnych akcji jak gra miejska albo quest. Takie rzeczy spalają mnie na wiórek, jestem potem wykończona, ale jakże to jest przyjemne!

MP: Nad czym obecnie pracujesz?

MK: Nad ostatnim tomem historii o Vendzie, rozpoczętej w Idź i czekaj mrozów. Choć „pracuję” to chyba nieodpowiednie słowo. Bardziej może „konam” albo „dogorywam”. Czuję, jakbym złożyła czytelnikom obietnicę nielichej zabawy w finale i teraz wciąż powtarzam sobie „Krajewska, nie spieprz tego”. Niestety umysł autora jest wredny i akurat w takich momentach wybucha feerią pomysłów na inne teksty, które natychmiast chciałoby się pisać, więc zmuszenie się do pracy nad „ostatnią Vendą” to ciężka sprawa, która owocuje wieloma wypitymi kawami i, paradoksalnie, godzinami gry na ukulele. Taka sytuacja.

MP: Czym zajmujesz się na co dzień?

MK: Usiłuję panować nad chaosem. Staram się dzielić czas między pracę, rodzinę i pisanie, ale często na to ostatnie nie starcza już ani czasu, ani siły. Kiedyś byłam niesamowicie zorganizowaną osobą, ale to się zmieniło po urodzeniu drugiego dziecka, natomiast odkąd na rynku ukazały się książki, mój świat zupełnie zwariował i wiem, że kiedyś nadejdzie dzień, kiedy nie utrzymam tych wszystkich srok za ogon.

MP: O czym marzy Marta Krajewska – autorka?

MK: Zupełnie szczerze i bez fałszywej skromności? Autorsko marzę o większej rozpoznawalności, o komiksie na podstawie Wilczej Doliny, serialu… Jakoś nie marzę o kasie, co ciekawe. Jasne, byłaby fajna, ale pierwsze przychodzą mi do głowy inne rzeczy. Uwielbiam widzieć, że to, co piszę, inspiruje dalsze zdarzenia. Kocham rysunki, które dostaję. Fakt, że moja twórczość wzbudziła w kimś chęć stworzenia czegoś, poświęcenia temu czasu i energii, jest dla mnie niewyobrażalnym komplementem. Po cichutku liczę na to, że kiedyś powstanie jakiś fanfik, bo z chęcią bym taki przeczytała. I co jeszcze? Marzę o chwili, gdy będę mogła żyć tylko z pisania, ale do tego potrzebna mi właśnie ta rozpoznawalność i, chcąc nie chcąc, kasa. Na razie nie jest to możliwe, ale ja jestem z tych ludzi, którzy potrafią zapracować na spełnienie marzeń. Pracuję więc.

MP: Marta – zatem niech się spełnią te marzenia. Dziękuję za rozmowę!

MK: Wielkie dzięki!


Marta Krajewska – twórczyni fantastycznego świata Wilczej Doliny, inspirowanego kulturą dawnych Słowian. Należące do tego uniwersum opowiadanie Daję życie, biorę śmierć zdobyło nominację do nagrody imienia Janusza A. Zajdla za rok 2014. Debiutancką powieść Idź i czekaj mrozów nominowano do tej samej nagrody za rok 2016. Z tą pozycją udało się autorce zadebiutować również na rynku amerykańskim i nowozelandzkim. Chcąc przybliżyć świat naszych przodków młodszym czytelnikom autorka stworzyła opowieść o Bratmile (Noc między Tam i Tu, Świt między dobrym i złym). Pierwszy tom serii został doceniony przez Polską Sekcję IBBY i nominowany do nagrody Książka Roku 2017. W 2018 r. czytelnicy ponownie zaszczycili autorkę nominacją do nagrody im. Janusza A. Zajdla za powieść Zaszyj oczy wilkom. Czasami wychodzi z Doliny, by skrobnąć coś bardziej współczesnego, lubi wtedy pisać opowieści o ludzkich emocjach, doprawione elementami grozy.

 

 

 

Leave a Comment

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *