Krzysztof Biliński (Wydawnictwo IX): „po horror dodatkowo sięga tylko niewielki odsetek, ponieważ kojarzy się raczej z literaturą niskich lotów, niewymagającą, a przecież tak nie jest”

Sebastian Drabik: Co skłoniło Cię do założenia wydawnictwa, to w końcu niełatwy kawałek rynku?

Krzysztof Biliński: Przychodzi mi odpowiadać na to pytanie w czasie, kiedy spora część rynku przeżywa naprawdę trudne chwile w związku z gospodarczymi skutkami pandemii… Ale wracając myślami do naszych początków. W ostatnich latach praktycznie każda odnoga rynku gospodarczego stanowiła trudne miejsce dla nowych przedsiębiorców. Sam, przed założeniem własnej działalności, pracowałem w wielu firmach i widziałem, że ciężko jest zarówno na gruncie np. osłon okiennych, fotografii, usług reklamowych i jeszcze wielu innych. Mimo wszystko przez ten czas starałem się pracować „na swoje”. Zanim założyłem własne wydawnictwo, pomagałem i pracowałem dla kilku innych, współpracowałem z drukarniami, realizując różne projekty, zdobywałem doświadczenie i stawałem się, można tak powiedzieć, coraz bardziej profesjonalny. Zresztą jest jeszcze jedna istotna sprawa. Działalność wydawnicza jest jakby jedną z kilku moich działalności zgrupowanych pod szyldem IX. Poza wydawaniem książek, cały czas zajmuję się fotografią wnętrz, pracowałem przy projektowaniu e-learningów (zanim było to konieczne) dla kilku uczelni w ramach projektów unijnych, realizuję renowację oraz mastering nagrań audio, składam i przygotowuję do druku różne projekty graficzne, tworzę szeroko pojęte multimedia i oczywiście pracuję dla innych wydawców czy instytucji jak np. Gmina Niepołomice, dla której składam gazetę, czy Muzeum w Sochaczewie. To wszystko zamykam w swojej działalności i podjęcie decyzji o jej założeniu wiązało się z tym, aby dopiąć wszystko, co robię, w całość.

SD: Na rynku jest całkiem sporo wydawnictw niezależnych. Co dało Ci pewność, że będzie miejsce dla jeszcze jednego?

KB: Ponieważ nie ma drugiego takiego, jak nasze ha, ha… Ale tak na poważnie. Jedyną moją pewnością była pewność siebie i wiara, że to, co mnie pasjonuje, będzie też pasjonować innych. Sam bowiem dostrzegałem wiele braków na polskim rynku wydawniczym i chciałem przeczytać wiele książek, których nikt w Polsce nawet nie myślał wydawać, a które stanowią ważną część światowej literatury i kultury. Wiedziałem też, że ludzie z którymi pracuję, to profesjonalny zespół, z którym jesteśmy w stanie realizować wydania na najwyższym poziomie, które docenią wymagający czytelnicy.

SD: Jakie cele stawiałeś przed sobą? Czy po zdobyciu doświadczenia te cele nie uległy zmianom?

KB: Cele, które założyłem sobie na początku, nadal są priorytetami w IX, czyli wydawanie ambitnej, nietuzinkowej literatury w jak najlepszy sposób. Ale z czasem do tych celów dochodzą inne, co jest naturalnym rozwojem wydawnictwa. Zaczynaliśmy od literatury grozy, czego wynikiem było przypięcie nam łatki wydawnictwa horroru, ale nie do końca jest to odzwierciedleniem naszych dążeń. Owszem, literatura grozy cały czas stanowi i stanowić będzie jeden z naszych głównych priorytetów, tak samo jak szeroko pojęta fantastyka, jednak nie zamykamy się na inne nurty czy gatunki. Wydaliśmy już np. przewodnik Browary w Polsce, reportażowe Czeskie historie, a ostatnio sensacyjno-kryminalną Szkołę wyprzedzania. Jeśli czas i możliwości pozwolą i sytuacja na świecie zostanie na tyle opanowana, aby móc realizować pełnię działań wydawniczych, z pewnością na jeszcze niejeden zaskakujący pomysł wpadniemy.

SD: Masz już doświadczenie. Zatem spytam: jakie są plusy i minusy branży wydawniczej?

KB: Plusy – z pewnością możliwość spotkania wielu fascynujących ludzi, działanie w twórczym środowisku, docieranie do wielu osób o podobnych pasjach, spełnianie własnych. Minusy – jak wszędzie: ludzkie utyskiwania, narzekania i problemy dnia codziennego ha, ha…

SD: Niezależnych, mniejszych wydawnictw jest całkiem sporo. Widzisz w nich konkurencję, czy raczej się uzupełniacie?

KB: To pytanie, które często pada w czasie różnych rozmów, ale zastanawiałem się nad nim bardzo krótko. Nie widzę żadnej konkurencji ha, ha… Ale oczywiście w pozytywnym znaczeniu. Chodzi mi o to, że wydawnictw w naszym kraju jest wiele, ale tych sprofilowanych na pewną niszę gatunkową można chyba wyliczyć na palcach obu rąk. Mam na myśli tych, którzy wydają fantastykę i grozę, nie biorąc pod uwagę naprawdę dużych wydawców, czyli: Phantom Books, Dom Horroru, Golem, Genius Creations, Gmork, Horror Masakra. Gdzieś przed tą grupą są oczywiście wydawnictwa z większym zapleczem finansowym jak Vesper czy Solaris/Stalker Books, a także działające na rubieżach wszystkiego C&T. Jeśli przyjrzymy się dokładnie, każdy z tych wydawców ma swoją charakterystyczną cechę, zależną od pasji swojego właściciela oraz pewnych wyborów. Raczej nikt nikomu nie podbiera książek, autorów… no może czasami jakieś pomysły ha, ha… Ale chyba żaden wielki skandal z tego powodu jeszcze nie wybuchł? Choć czasami zdarzają się na pewno przykre sytuacje – jak wszędzie. Osobiście z każdym z tych wydawców jestem w mniejszym lub większym kontakcie i jak najbardziej na stopie koleżeńskiej, co, mam nadzieję, tak pozostanie. Zresztą mam też przyjaciół wśród innych „niefantastycznych” wydawców (Okultura, Black Antlers) i raczej są to zawsze pozytywne relacje. Z kolei rynek to przecież czytelnicy, a nie każdy czytelnik lubi każdą z naszych książek. Spróbujmy wyobrazić sobie miłośnika krwawego slashera, który zabiera się za Micińskiego ha, ha… Wydajemy odmienne rzeczy, którymi po prostu się uzupełniamy, dzięki czemu to właśnie czytelnicy mają większy wybór i mogą dotrzeć do fascynujących książek, więc nie chcę mówić o jakiejś pożerającej zdrowy rozsądek konkurencji, która miałaby się przerodzić w mafijne porachunki…

SD: Chyba wszyscy związani z rynkiem wydawniczym zastanawiają się, które tytuły się sprzedają. W swojej historii wydawniczej masz na pewno takie, które sprzedały się lepiej i te gorsze. Opowiedz o tym.

KB: Przyznam się, co nie jest żadną tajemnicą i każdy to zauważył, że działalność IX rozpoczęliśmy od wydania w większości niepublikowanych do tej pory opowiadań Lovecrafta. Było to posunięcie spowodowane zarówno tym, że dla mnie samego Lovecraft jest pisarzem fascynującym, ale też jednym z najbardziej rozpoznawalnych i wymagających dla wydawcy. Dzięki temu IX mogła dotrzeć do sporej grupy odbiorców, a dobrze przygotowane wydanie dało do zrozumienia czytelnikom, że nie jesteśmy amatorami. Lovecraft oczywiście stał się jednym z tych sukcesów sprzedażowych. Nie mogę też narzekać na większość wydawanych przez nas książek, ponieważ ich sprzedaż ciągle trwa (gdyby tak nie było, pewnie byśmy już nie istnieli), ale może kilka konkluzji i konkretów. Jednym z naszych zmartwień było wydanie opowiadań Roberta Aickmana. Jako pierwsi wprowadziliśmy jego książki na polski rynek wydawniczy, co nawet w przypadku tak ważnego autora, jest trudnym zadaniem. O ile przedsprzedaż zdawała się nastrajać optymistycznie, tak zaraz potem sprzedaż prawie całkowicie wygasła, przez co miałem sporo zmartwień, gdyż inwestycja w prawa autorskie nie jest najczęściej tanim przedsięwzięciem dla małego wydawnictwa. Jednak nasze działania promocyjne, a następnie zdecydowana większość pozytywnych opinii sprawiły, że mogliśmy pozwolić sobie na wydanie drugiego tomu, co nas ogromnie cieszy, bo sami jesteśmy oczarowani prozą Aickmana i dostrzegamy jej wyjątkowy potencjał. Z pewnością sukcesem jest wznowienie prozy Micińskiego, ale już np. Księżycowa studnia nie była takowym i pomimo dobrych recenzji nie dochodzi do przeciętnego pułapu naszej sprzedaży. Zobaczymy, czy pomoże jej drugi tom przygód dr Goodwina Stalowe Monstrum. Podobnie rzecz ma się z Podróżą powietrzną. Najcięższym orzechem do zgryzienia jest Bezpiecznej jazdy, matko. To książka, którą czyta się doskonale – wciągająca, wielowarstwowa, a jednak łatwa w odbiorze. Jednak zaprezentowanie jej czytelnikowi i zachęcenie po sięgnięcie już takie łatwe nie jest i wydaje się nam, że spora grupa czytelników podchodzi do niej z nieufnością, bo nie wie, czego może się spodziewać. Na ten czas jest to książka, która wymaga od nas chyba więcej pracy, a od czytelników więcej zaufania.

SD: Jeśli spojrzymy na lata 80. i 90., zauważymy, że wtedy sprzedawało się u nas praktycznie wszystko, w tym również horrory, których wydawano masę. Później jednak rynek uległ zmianie. Myślisz, że obecnie trudniej jest sprzedać książkę, niż dwie dekady temu?

KB: Zdecydowanie trudniej, tym bardziej jeśli mówimy o jakichś wyższych nakładach. Nie śledzę aż tak bardzo sytuacji na rynku książki, statystyk itp., choć czasami, kiedy potrzebuję zdobyć jakieś informacje, staram się dotrzeć do różnych źródeł, jak np. Rynek Książki z Biblioteki Analiz itp. Tak zupełnie osobiście uważam, że dawniej sporo książek kupowali młodzi ludzie, którzy dorastając pielęgnowali swoje pasje lub porzucali je z różnych względów. Obecnie tak wielu młodych ludzi już nie czyta książek, ponieważ ma inne formy rozrywki. Świat mocno się scyfryzował i również rozrywka intelektualna nie zawsze potrzebuje książki. Ale na szczęście nowe technologie sprzyjają również mniejszym wydawcom.

SD: Kiedy mowa o horrorze, w Polsce czytelnikom wciąż łatwiej wskazać autorów zagranicznych: King, Masterton, Koontz. Na naszym podwórku można wspomnieć o Dardzie, Orbitowskim czy Małeckim (choć oni odchodzą już od grozy). Wciąż brak jest nowych nazwisk. Czy wydawnictwa niechętnie inwestują w nowe nazwiska? Dlaczego tak się dzieje?

KB: Nie można pominąć obecnie popularnego Artura Urbanowicza czy też Wojciecha Guni. To z pewnością dwójka pisarzy grozy wybijająca się ponad przeciętną popularność w samym środowisku, choć obaj są tak odmienni, że pewnie ich grupy czytelnicze pokrywają się raczej w małym stopniu. Ale wracając do pytania. Nie uważam, żeby było tak, iż wydawnictwa niechętnie inwestują w nowe nazwiska. Phantom Books w serii Odmienne Stany Grozy wydało przecież Damiana Zdanowicza, Agnieszkę Kwiatkowską i kilku innych debiutantów. Ba! Jakub Bielawski debiutował w Phantom Books. Dom Horroru również wydaje debiutantów i ma na swoim koncie pewien sukces, jaki osiągnął Bartłomiej Fitas. Genius Creations z założenia jest, jak sama nazwa wskazuje, wydawnictwem, które inwestuje w świetne teksty mniej znanych autorów. Sam mogę polecić z czystym sumieniem Michała Jana Chmielewskiego, którego Złe powinno zainteresować również miłośników grozy. Przejdę jednak do zasadniczego problemu. Za Twoim pytaniem kryją się te „codzienne sprawy”… Wspomniani autorzy zagraniczni są pewnego typu marką, w którą wkłada się odpowiednią ilość pieniędzy, kontaktów, znajomości i ma w zamian mało ryzykowną inwestycję w znane nazwisko, a następnie osiąga konkretny zysk. Poza Kingiem, który obecnie sprzedałby się pewnie tak samo dobrze, bo jest fenomenem na skalę światową i po prostu bardzo dobrym pisarzem, pozostali są autorami, którzy na naszym rynku zaistnieli w tzw. „złotej erze horroru” – choć tak naprawdę lata 90. to była złota era wszystkiego ha, ha… Spójrzmy na fenomen Guya N. Smitha. Gdyby jakimś cudem nie znalazł się wtedy w ofercie Phantom Press, dziś wydanie jego książki wiązałoby się z ciężkim ryzykiem finansowym. W tamtych czasach hasło horror na okładce sprzedawało książkę samo, tak jak jeszcze kilka lat temu nie sprzedawało jej… wcale. Wiem, że wpadam w dygresję, zatem szybkie résumé. Nowych nazwisk nie brakuje, ale ostatnimi czasy na duże inwestycje w debiutantów stać niewielu. Prędzej będzie to klasyczna zasada drabiny, czyli mniejsi wydawcy promują autorów, którym otworzą drogę do szerszego rynku, a następnie większy wydawca przejmie już znane nazwisko, być może z korzyścią dla autora. Inną sprawą są relacje właśnie autora i wydawcy. Jeśli wydawca nie stworzy pewnej więzi z autorem, z całego planu wyjdą nici. Trzeba również zwrócić uwagę, że za sukcesem Łukasza Orbitowskiego, Jakuba Małeckiego i kilku innych stoi nie tylko ich obecny, ale również przeszły wydawca, ich wspólna, ciężka praca, kontakty, które sobie wypracowali, a przede wszystkim talent autora, charyzma, osobowość. Autorzy są artystami, którym należy otworzyć drogę. Zadaniem wydawcy jest, w moim odczuciu, jak największe umożliwienie im pokazania siebie, kontaktu z odbiorcami, dotarcie do nich. Inteligentne połączenie „autor + wydawca” wykorzystuje to z sukcesem i jest okazją do stworzenia czegoś wyjątkowego. Ostatni punkt: relacja musi być szczera.

SD: Sądzę, że czytelnicy często zastanawiają się co decyduje o tym, że wydawana jest ta konkretna książka. Mnie również to interesuje, zwłaszcza, że pewnie nieco inaczej jest to w małych oficynach. W jaki sposób się to odbywa? Jakie czynniki bierzesz pod uwagę?

KB: Rzecz ma się różnie w różnych wydawnictwach. W tych większych najczęściej są to wykresy excela, dlatego nie zawsze otrzymujemy dobre książki ha, ha… U nas warunkiem podstawowym jest to, czy książka jest naprawdę dobra. Ona może się komuś nie podobać, niektórzy czytelnicy mogą narzekać, że jest nudna, czy że nie ma dla nich klimatu, jaki sobie wyobrażali. To są odczucia indywidualne, które nie stanowią obiektywnego spojrzenia na wartość literacką danego tekstu. Dla mnie ważne jest, żeby książka była dobrze napisana, żeby prezentowała sobą coś więcej niż tylko schematyczną fabułę (nawet jeśli jest to fabuła oparta na najlepszych schematach), żeby mówiła o czymś ważnym, prezentowała też oryginalny styl autora. Żeby po prostu była „indywidualna”. To dotyczy oczywiście autorów współczesnych, ponieważ mamy jeszcze drugi tor wydawniczy, którym jest klasyka. Reguły, którymi się kierujemy, nie są w tym wypadku jakieś jednoznaczne. Bywają w klasyce utwory, które stały się kultowe i wpłynęły na jakieś ruchy kulturowe, na powstanie pewnych idei filozoficznych lub ezoterycznych, ale literacko są utworami, powiedzmy, średniej klasy. Ale uważamy, że należy je wydać właśnie dlatego, aby czytelnik mógł dotrzeć do książek, które były źródłem obecnie popularnych teorii czy ruchów społecznych i stanowią ogromną wartość pozaliteracką. Inną grupą są naprawdę wyjątkowe perełki, jak Zaginiony stradivarius, którego praktycznie nikt nie znał wcześniej, a okazało się, że jest to jedno z najbardziej wyjątkowych dzieł prozy gotyckiej na świecie, które doskonale się czyta i które potrafi bronić się nawet współcześnie. Mamy w planie jeszcze kilka takich zaskakujących historii i ciągle odnajdujemy nowe.

SD: Jak długą drogę musisz przebyć, żeby zdobyć licencję na wydanie ksiażki w Polsce.

KB: W zasadzie nie wiem, czy jestem odpowiednim kandydatem do tego pytania ha, ha… Do tej pory na licencji wydaliśmy tylko książki Roberta Aickmana i… no właśnie, już chyba trzeci miesiąc czekamy na odesłanie podpisanej umowy na wydanie Maski Cthulhu Augusta Derletha. Ta własnie sytuacja pokazuje, że niektóre formalności mogą trwać długo nie tylko w Polsce, ale również w USA. Z kolei w wypadku Aickmana wszystko odbyło się bardzo szybko, kontakt z właścicielem praw jest praktycznie cały czas. Z tego co wiem, zdecydowanie łatwiej jest nawiązać kontakty i podpisać kontrakty z autorami żyjącymi.

SD: W Polsce nie wydaje się tyle grozy, ile bym chciał. Jest wiele nazwisk, które chętnie bym u nas widział, co więcej, za granicą są to pisarze bardzo znani i popularni. Czy zdarza się, że w tym samym momencie konkurencyjne wydawnictwo chce wydać tę samą książkę?

KB: Mieliśmy jedną taką sytuację, kiedy planowaliśmy wydać Starmaker Stapledona, ale okazało się, że prace nad tym trwają już w Stalker Books Wojtka Sedeńki, dlatego zdecydowaliśmy, że nie będziemy wydawać tej książki, skoro już ktoś inny zaczął nad nią pracę. Myślę, że uczciwym jest podejście, aby nie podbierać czy wyprzedzać czyjegoś wydania, jeśli chodzi o książki z tzw. wolnej domeny. Jeśli chodzi o licencje, sprawa jest bardziej klarowna. Jest oczywiście wiele niesamowitych książek, które nie ukazały się jeszcze w Polsce i sam mam kilku autorów na oku. Czas pokaże, czy będzie nas na nich stać, bo poza licencją są jeszcze przecież koszty tłumaczenia, redakcji. Swoją drogą, jeśli kilku wydawców w Polsce ubiegałoby się o jakiegoś autora, pewnie byłby on zadowolony ha, ha… A wydawcy sami wtedy wiedzą, kto był pierwszy.

SD: W ostatnich latach nie widać poprawy czytelnictwa w naszym kraju. Co robić?! Przecież od tego zależy Twój biznes! Masz jakieś pomysły, żeby zachęcić Polaków do czytania?

KB: Myślę, że jeśli ktoś nie złapie wirusa czytania książek i nie będzie to współgrać z jego wrażliwością i charakterem, bardzo trudno będzie zwerbować nowego czytelnika. Oczywiście staramy się działać medialnie, robić audiobooki (trzeba zdać sobie sprawę, że słuchający audiobooków naprawdę często nie czytają książek papierowych i są inną grupą docelową) i prezentować interesujące treści, pojawiać się na różnych imprezach i w różnych towarzystwach, żeby mówić o literaturze (choć obecnie może być to dość trudne), ale jaki będzie tego efekt, zobaczymy. Osobiście uważam, że poza wydawcą, większą rolę w promocji czytelnictwa odgrywają różne imprezy, przede wszystkim kiedy mówimy o horrorze. Sam gatunek jest przecież ciągle bardzo popularny w świecie filmu. Dlatego, kiedy organizowane są takie festiwale tematyczne, jak krakowski KFASON, jest spora szansa, że miłośnicy horroru spotkają się tam z dużą dawką takiej literatury i mają dzięki temu szanse bardziej poznać ten rynek. Ogólnie w naszych działaniach mamy w planie pojawić się jeszcze na YouTubie. Czy wszystko wypali, pokaże czas.

SD: Skoro już przy tym jesteśmy… Jakie są Twoje pierwsze wspomnienia związane z literaturą – książką, czytaniem?

KB: Takie całkowicie pierwsze to była książka Tadeusza Markowskiego Umrzeć by nie zginąć. Już od dziecka fascynował mnie zarówno kosmos i jego barwne tajemnice, jak i magia, przygody związane z podróżami w mroczne miejsca, czy też tzw. duchy. W dzieciństwie byłem tym karmiony, jeśli mogę takiego określenia użyć, w bajkach czytanych przez rodziców czy opowiadanych przez dziadka, który nie wiem skąd je wymyślał, bo o czytanie książek go nie podejrzewałem nigdy ha, ha… Stąd okładka książki SF mnie zainteresowała. Przeczytałem kilka stron, niczego nie zrozumiałem za bardzo i w dalszych poszukiwaniach lektur bliższych przygodom, jakie oglądałem w filmach, wziąłem się za Conana, Tolkiena, Czarnoksiężnika z Archipelagu (ale nie kręciły mnie zupełnie np. Opowieści z Narnii). Później w kiosku natknąłem się na Fantastykę i Feniksa i zaraz potem, z początkiem lat 90., rynek otworzył się na mnóstwo fantasy, horroru i SF. Pierwszą osobiście kupioną przeze mnie książką był Kawaler Mieczy Moorcocka, a horrorem Nawiedzony Jamesa Herberta, którego to czytałem nocą przy latarce pod kołdrą dla lepszego klimatu ha, ha… Później oczywiście sam napisałem w zeszytach kilka książek fantasy i horrorów i po prostu zacząłem życie, którego bez książek sobie nie wyobrażam. Nawet poszedłem na polonistykę, mimo że kończyłem technikum elektromechaniczne (do liceum nie chciałem iść, bo szkoda mi się było rozstawać z kolegami bandytami z boiska). Jak widać, wszystko u mnie obraca się wokół książek ha, ha…

SD: Jakiś czas temu było dość głośno o pomyśle na ujednolicenie cen książek. Co sądzisz o takiej koncepcji? Jej realizacja przyniosła by więcej dobrego, czy wręcz przeciwnie?

KB: Rozmawiałem o tym z kilkoma osobami. Nie mam jasno określonego zdania. Z jednej strony ujednolicenie ceny książki mogłoby mieć zdrowy wpływ na część patologii, która ma miejsce na rynku, przynajmniej z punktu widzenia małego wydawnictwa. Czytelnik bardzo często jest mamiony promocyjną ceną książki, która obecnie wynika z jej sztucznego zawyżenia ceny detalicznej po to, aby następnie można było manipulować promocjami. W przypadku ujednolicenia cen z pewnością dystrybutorzy i różne księgarnie mogłyby (a raczej boją się, że mogłyby) na tym stracić, choć wcale nie musiałoby tak być, ponieważ ceny książek mogłyby zostać na obecnym poziomie, tylko bez mamienia, że mamy do czynienia z promocją. Ale wiemy, że tak marketing rynkowy nie działa, więc pewnie wszystko zostanie, jak jest, co też ma swój specyficzny urok.

SD: W ostatnim roku widać nieco większy ruch w grozowym światku. Między innymi dzięki Twojej inicjatywie… Ukazało się więcej horrorowych pozycji, ale jednak zawsze może być lepiej. Czy w nadchodzących latach widzisz jakąś szansę na poprawę kondycji literatury grozy na naszym rynku?

KB: Dziękuję, że doceniasz nasz wkład w promocję literatury grozy, choć obecnie groza wisi nad całym rynkiem… Jednak, jeśli spojrzymy mniej katastroficznie i dożyjemy normalniejszych czasów, musiałbym odpowiedź na Twoje pytanie rozbić na dwie kategorie. Groza na naszym rynku istnieje i czytelnicy ją zauważają, kupują, wspierają. Dom Horroru, czy nasza „Dziewiątka” wyszły już do szerszych dystrybucji księgarskich, my często też pojawialiśmy się na festiwalach, konwentach i targach. Phantom Books posiada własny sklep z ofertą kilku innych wydawnictw. Vesper, Gmork, Genius Creations wiadomo, mają szeroką zarówno dystrybucję, jak i pojawiają się na wielu imprezach, ale wiadomym jest, że są to już wydawnictwa działające od wielu lat. Jest przecież także festiwal horroru KFASON organizowany przez Magdalenę Paluch czy też mniejszy, ale ciągle aktywny, Horror Day. Dzieje się sporo i czytelnik ma naprawdę interesujący wybór. Do dziś widzę w mediach społecznościowych stosiki hańby z wieloma książkami naszych wszystkich wydawnictw, które zalegają czytelnikom ha, ha… Inną z kolei sprawą jest ogólna poprawa pozycji, jaką zajmuje horror na rynku ogólnoliterackim. Groza znalazła swoją niszę, ale rzadko poza nią wychodzi i o ile jest wielu czytelników sięgających na przemian po kryminały, reportaże, fantastykę, obyczajówki, tak po horror dodatkowo sięga tylko niewielki odsetek, ponieważ kojarzy się raczej z literaturą niskich lotów, niewymagającą, a przecież tak nie jest. Owszem znajdują się w literaturze grozy teksty oparte na pewnych schematach będące rozrywką dla fanów pewnego typu historii. Ale mamy przecież sporo wartościowej i wielowymiarowej literatury grozy i powinniśmy na nią postawić pewien nacisk. Ale trzeba wiedzieć, że dotarcie do innego czytelnika nie będzie miało miejsca, kiedy usilnie będziemy wciskać mu coś, czego nie chce. Ostatnio znakomitym wytrychem do promowania literatury grozy na szerszym rynku literackim jest weird fiction, które w zasadzie nie jest z definicji horrorem sensu stricte, ale prezentując pod tym szyldem wyjątkowe utwory grozy, możemy jak najbardziej zbliżyć czytelników krok po kroku do horroru właśnie.

SD: Czy podczas Twojej przygody związanej z wydawnictwem zdarzyło się coś nieoczekiwanego? Może napisał do Ciebie jakiś znany autor z ofertą wydania lub wznowienia wyjątkowej książki?

KB: Podczas przygody z wydawnictwem ciągle zdarzają mi się niesamowite sytuacje. Przecież zaraz na początku działalności Arek Seidler z Audioteki zaproponował mi profesjonalną produkcję i aktorską obsadę audiobooka z opowiadaniami Lovecrafta. Nie patrzeć dalej, podpisaliśmy umowę z Wojtkiem Masiakiem na kolejne audiobooki. Nigdy nie sądziłem, że będę miał możliwość wydać książkę Marcina Przybyłka. Nigdy nie myślałem, że zaproponowanie Tomkowi Chyrzyńskiemu wydania jego tłumaczenia Zaginionego stradivariusa, które miał pierwotnie umieścić na blogu, zaowocuje tak dobrymi recenzjami, a w konsekwencji wydaniem Roberta Aickmana w Polsce. Od lat wielu chciałem przeczytać Nadchodzącą rasę Bulwer-Lyttona, a tu dzięki współpracy z Katarzyną „Ophelią” Koćmą nie tylko ją przeczytałem, ale i wydaliśmyten tytuł, a to nie jedyna fascynująca książka z jej tłumaczeniem. Nie myślałem, że kiedyś będę wydawcą wznowień Tadeusza Micińskiego, którego poezje wywarły na mnie ogromny wpływ lata temu, a tu spotkanie z Wojciechem Kowalewskim spełniło kolejne marzenia. Wydanie unikatowego Głową w dół i współpraca z niesamowicie cenionym grafikiem Mateuszem Kołkiem. Tłumaczenie klasyki literatury niderlandzkiej dzięki Damianowi Olszewskiemu… Gdybym miał tak wymieniać, to przy każdym wydaniu znalazłbym jakąś nieoczekiwaną przygodę i godne zapamiętania wydarzenia. I przede wszystkim wspaniali ludzie, którym w tym miejscu mogę ogromnie podziękować za naszą ciągłą współpracę, m.in. Kseni Olkusz, Joannie Widomskiej, Łukaszowi Gwiżdżowi, Radkowi Jarosińskiemu, Krzysztofowi Grudnikowi, Mateuszowi Kopaczowi i wielu innym, którzy są z nami. Wydawnictwo to wymagająca i nawet często stresująca praca, ale jednocześnie fascynująca przygoda, choć nie pozbawiona czasami problemów, które spędzają sen z powiek.

SD: Na zakończenie zapytam o plany związane z horrorem. Macie zaplanowane jakieś ciekawe tytuły na ten rok?

KB: Przede wszystkim dokończyć pracę nad The Night Land ha, ha… Dostajemy już w tej sprawie maile z pogróżkami, a niedługo pewnie pojawią się złośliwe memy i hejt… A poza tym – na ten czas planujemy wznowienie Powrotu Wojciecha Guni, Maskę Cthulhu Augusta Derletha. Niebawem bierzemy się za Osobliwość Bartłomieja Fitasa. W tłumaczeniu jest Klejnot siedmiu gwiazd Brama Stokera (tak, tego od Draculi, tylko tym razem o mumiach). Redakcji domaga się antologia Mapa cieni. Gdzieś na horyzoncie powinna w tym roku pojawić się jeszcze jedna antologia polskiej grozy. Mamy koncepcyjny zbiór opowiadań Dawida Kaina Wszystkie grzechy korporacji Somnium. Nowy horror Grzegorza Gajka. Echo of a Curse R.R. Ryan jakoś w dalszym planie. No i jeszcze czytamy nadesłane propozycje. Horroru u nas nie braknie, ale też i inne książki znajdą się w kolekcjach. Oby tylko nic nie stanęło nam na przeszkodzie i ten horror, który dzieje się wokół zamienił w ten, który możemy bezpiecznie przeżyć w naszej wyobraźni.

SD: Serdecznie dzięki za Twój czas.

KB: Dziękuję za wywiad! Pozdrawiamy czytelników i fanów Grozowni i wszystkich czytelników ceniących naszą pracę! Obiecujemy być coraz lepsi! Z życzeniami jak najlepszego zdrowia i spokoju ducha – Krzysztof Biliński


zdj. S. Drabik i siostry Soska

Sebastian Drabik – rocznik 82. Absolwent Wydziału Administracji na lubelskim UMCS. Szerszej publiczności dał się poznać już jakiś czas temu jako autor krótkich opowiadań publikowanych w magazynie Czachopismo i e-zinie Grabarz Polski. Obecnie specjalizuje się w wywiadach i relacjach, a efekty jego pracy publikują magazyny takie jak OkoLica StrachuNowa Fantastyka oraz portal Lubimy Czytać. Pasjonuje się kinematografią i kulisami sztuki filmowej, jest zagorzałym czytelnikiem kochającym książki, a ostatnio stał się wielbicielem japońskiego komiksu, mangi.

Leave a Comment

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *