Paweł Marszałek (wydawnictwo C&T): „Kiedyś było powiedzenie: Kto nie czyta, ten zamiata, ale dziś to już nieprawda, bo wystarczy posłuchać, jak się mówi i pisze w mediach”

Sebastian Drabik: Wydawnictwo C&T powstało blisko 30 lat temu. To ładny i robiący wrażenie staż. Opowiedz o celu, jaki wtedy Ci przyświecał i początkach Twojego wydawnictwa. I co kryje się za tymi literkami w nazwie?

Paweł Marszałek: Za literkami C&T kiedyś kryło się: Crime and Thriller, ale bardzo szybko zostało po tym wspomnienie (bez żalu i sentymentu), bo zamiast wydawać kryminały, co było pierwotnym celem wydawnictwa – na wygłodniałym tego typu rasowej literatury rynku – w naszej ofercie pojawiły się i poezja, i proza współczesna, i powieści dla młodzieży przy coraz mniejszej ilości kryminałów. A te początki były szalone, gdy każdego miesiąca bankrutowała jedna hurtownia książek po drugiej – lepiej sobie tego nie przypominać.
Jedyne, co było piękne w tamtych czasach, to nakłady książek. Cel mógł mi przyświecać piękny i banalny: że będę wydawał tylko książki takie, jakie lubię. A rynek powiedział dość szybko: takie, jakie kupią. I chyba dobrze, bo ekonomicznie dużo się nauczyłem przez 30 lat…

SD: A nawiasem mówiąc, jakie są Twoje pierwsze wspomnienia związane z literaturą – książką, czytaniem?

PM: Czytałem od zawsze, a jak już coś więcej rozumiałem z zadrukowanych stron, to prawie wyłącznie takie kryminały – inne były zwyczajnie nudne! – dla dzieci młodzieży (Widmo z Głogowego Wzgórza Fentona, Zaginiony brat Robertsona, Na tropie Damiana Szczypiorskiego, Widmo w zamku Kermoal spółki Boileu-Narcejac – te dobrze pamiętam, a gdybym się uparł, to jeszcze ze 100 podobnych, razem z autorami, bym wymienił na poczekaniu – zawsze miałem pamięć do nazwisk i tytułów), potem były jamniki i kluczyki – na większość polskich tam tytułów dziś spuśćmy zasłonę milczenia. Z klasyki Pora przypływu czy Morderstwo na plebanii Christie. I najlepszy z nich wszystkich (dla 12-14 latka!) – Ross Macdonald, co zostało mi do dziś, ale moich wydań po latach tego autora nie kupowali – zresztą z innych wydawnictw także nie.

SD: Podoba Ci się praca w branży edytorskiej/wydawniczej? Jakie widzisz jej plusy i minusy?

PM: Gdybym nie lubił tego, to przecież trzydziestu lat bym nie poświęcił książkom. Jak mówi córka, Nina, nie zna szczęśliwszego człowieka, który robi to, co lubi. A żona, Magda, powtarza, że za te książki to dałbym się pokroić. To co tu jeszcze dodawać?
Minusy: to wojna trzydziestoletnia o przetrwanie, czyli: zapłacą czy zbankrutują? Niezmiennie! Na razie, jak widać, coś tam zapłacili, skoro kolejne książki wydaję.

SD: Co uwielbiasz, a czego nienawidzisz w pracy w wydawnictwie?

PM: Najgorsza część tej pracy od zawsze to walka z plastykami o takie okładki, jakie sam zobaczyłem w głowie, a oni widzą je kompletnie inaczej, a przy tym pojęcie: termin oddania takiej pracy jest bardzo luźno traktowane – zawsze czekam za długo. Ale po tylu latach już wiem: artyści tak mają…
A uwielbiam chyba najbardziej zamykanie kolejnego roku i podsumowanie: ile książek ci moi wierni czytelnicy kupili?

SD: Chyba wszyscy związani z rynkiem wydawniczym, zastanawiają się, które tytuły się sprzedadzą. Jednak na przestrzeni lat trudno wychwycić algorytm, bo lista popularnych autorów, tematów, rodzajów zmienia się jak kartki w kalendarzu.
Które tytuły były strzałem w dziesiątkę, a które porażką mimo pokładanych w nich nadziei?

PM: Porażek nie zliczę, bo na siedemset wydanych tytułów to połowa chyba była porażką… Ale druga połowa dała tyle, że wydaję dalej.
A bestseller (taki prawdziwy) był chyba tylko jeden: Sentymenty Agnieszki Osieckiej – nawet na tamte czasy (1996 rok i kolejne) sprzedaż powyżej stu tysięcy egzemplarzy była wydarzeniem (odnotowywanym w rożnych analizach).
A “Biblioteka Grozy” to chyba, obok “Biblioteki Poezji”, najdłużej wydawana seria (z dużym powodzeniem, nieprzerwanie od 2004 roku) – z naszych różnych pomysłów na serie wydawnicze na przestrzeni tych lat!

SD: Jeśli spojrzymy na lata 80. i 90. zauważymy, że wtedy sprzedawało się u nas praktycznie wszystko, w tym również horrory, których wydawano masę. Później jednak rynek uległ zmianie. Czy obecnie trudniej jest sprzedać książkę, niż trzy dekady temu?

PM: Zawsze było trudno, ale przecież można zmienić zawód, jak się liczy na wiele, a tu hossy nie widać. To jest wolny kraj (no przecież…). Ja ciągle sprzedaję tyle, że nie narzekam, ale zawsze wyprzedzałem rynek: jak inni drukowali 20.000 egz., to ja 10.000 egz., jak inni – 5.000 egz., ja już zlecałem 3.000 egz. – a dziś drukuję 1.000-1.500 egz. I ewentualne dodruki, a trochę ich zawsze się stworzy, mimo słabego przecież rynku.

SD: Kiedy mowa o horrorze, w Polsce czytelnikom wciąż łatwiej wskazać autorów zagranicznych: King, Masterton, Koontz. Na naszym podwórku można wspomnieć o Dardzie, Orbitowskim czy Małeckim (choć oni odchodzą już od grozy). Wciąż brak jest nowych autorów! Czy mi się wydaje, czy wydawnictwa niechętnie inwestują w nowe nazwiska? Dlaczego tak się dzieje?

PM: Trudno pisać o tym komuś, kogo nie interesuje wydawanie takich autorów czy książek. A inwestycja w nowe nazwiska to potem promocja, spotkania, targi itp., a ja tego nie znoszę i nie robię. Dlaczego? Bo wolę czytać w wolnym czasie kryminały i klasykę – taki typ.

SD: A skoro już jesteśmy przy polskich nazwiskach… Zwykle w C&T wydawałeś zagraniczne nazwiska, a ostatnimi laty były to głównie klasyczne teksty, jednak 4 lata temu wydałeś tekst nie dość, że premierowy, to jeszcze autorstwa młodego pisarza, Wojciecha Guni. Co Cię do tego skłoniło?

PM: Skłonił mnie ktoś – guru polskiej grozy (wiem, co piszę): Paweł Mateja. Inteligentniejszego znawcy-krytyka polski rynek grozy nie miał, i się nie zanosi…
A po lekturze powieści Guni od razu kupiłem prawa i wydałem – bo to była znakomicie napisana powieść. Kupowali średnio, ale kupują to już cztery lata, niezmiennie, czyli sukces Wojtka, nos Pawła i moja dobra decyzja o edycji.

SD: Możemy się od teraz spodziewać, że w Twoim wydawnictwie ujrzymy więcej polskich nazwisk? Czy są jakieś szanse na współczesną grozę? W sumie od tego zaczynałeś, ale ostatnimi laty skłoniłeś się ku klasyce.

PM: Innej polskiej grozy nie będzie – Gunia jest JEDEN. Jeśli Wojtek napisze nową powieść (niedużą, bo nie lubię grubych książek – wystarczy poczytać, co potrafił stworzyć Georges Simenon na stu paru stronach) i jeśli zechce u mnie wydać, to ja będę gotów, o czym on sam wie, a ja czekam cierpliwie!

SD: Zauważyłem, że w ostatnich latach, niezbyt często wydaje się literaturę rosyjską. Kiedyś było tego na pęczki, ale ostatnio zwykle wydaje się teksty z rejonów bezpieczniejszych. Nie myślałeś, żeby nieco odkurzyć tę kopalnię? Ciekaw też jestem jak wygląda groza, dark fantasy z krajów, które jakoś były pomijane przez wydawnictwa. Ameryka Łacińska, Afryka… ale też są europejskie, azjatyckie, czy też inne zakątki świata, których nie mieliśmy okazji poznać. Myślisz, że z czasem mógłbyś nam dostarczyć jakieś nieznane dotychczas diamenty?

PM: Diamenty może i są, ale kogo to dzisiaj obchodzi. Ja nie mogę wydawać dla kilkuset osób – nie wydaję książek w druku cyfrowym. Tylko znane nazwiska się sprzedają, a reszta to książki, które były/są/albo będą na… taniej książce – jak mi wyjaśnił zaprzyjaźniony dystrybutor książek, a ja temu przytaknąłem – taki kraj.

SD: Sądzę, że czytelnicy często zastanawiają się, co decyduje o tym, że wydawana jest dana książka. W jaki sposób się to odbywa?

PM: U mnie kiedyś był to fanatyzm – miał nazwę czarny kryminał, ale już się wyleczyłem, choć kusi, […] kusi. Wyleczyłem się, bo musiałem – nie kupowali. A inne gatunki to kwestia wiedzy – znam się na poezji, to wydaję – i kupują, bo chyba wiem, jak czytelnikom to podać.
Nie wydałbym książki tzw. historycznej, naukowej, technicznej – bo ja się znam tylko na literaturze; mnóstwo klasyki literatury musiało umrzeć, albo ledwo zipie księgarsko, nawet jeśli sądzić, że to przecież niemożliwe: wspomnianej przez Ciebie literatury rosyjskiej, poza lekturami, Tołstojem i Dostojewskim, już nie można sprzedać z dobrym wynikiem. Podobnie francuskiej, czy niemieckiej – młodych czytelników klasyka nie kusi.

SD: W Polsce nie wydaje się tyle grozy, ile bym chciał. Jest wiele nazwisk, które chętnie bym u nas widział, co więcej, za granicą są to pisarze bardzo znani i popularni. Czy zdarza się, że konkurencyjne wydawnictwo chce wydać tę samą książkę w tym samym czasie? Walczysz? W jaki sposób zdobywa się prawa do przekładu i publikacji?

PM: Walczyć w licytacjach morderczych nie ma sensu – nikt na tym nie wygra. Zresztą rynek jest podzielony (i chyba dobrze) i tylko nieliczni ciągle próbują zmieniać asortyment, na co rynek taniej książki zawsze jest gotowy nas potem wspomóc. Ale sensowna konkurencja zawsze jest zdrowa, bo pobudza nas do działania…

SD: W ostatnich latach nie widać poprawy czytelnictwa w naszym kraju. Co robić?! Przecież od tego zależy Twój biznes! Masz jakieś pomysły, żeby zachęcić Polaków do czytania?

PM: Zachęcam od lat jedynym pomysłem, na jaki mnie stać: ceną. Mam chyba najtańsze książki w RP w porównaniu do niewielkich nakładów. A do czytania nie zmusimy – zawsze byli tacy, co czytali, i tacy, których książki nie interesowały. Kiedyś było powiedzenie: Kto nie czyta, ten zamiata, ale dziś to już nieprawda, bo wystarczy posłuchać, jak się mówi i pisze w mediach. Można? Można – ciemny lud to kupi, a niektórzy nawet kupujom.

SD: Jakiś czas temu było dość głośno o pomyśle na ujednolicenie cen książek. Co sądzisz o takiej koncepcji? Jej realizacja przyniosłaby więcej dobrego, czy wręcz przeciwnie?

PM: Nic by nie zmieniła. Książka niech kosztuje tyle, ile chce za nią ktoś najpierw zapłacić w hurtowni, a później sprzedać czytelnikowi. Jedni zarobią 2 zł i się cieszą, inni muszą zarobić 10 zł, żeby im się opłacało. A kto im tego zabrania?… Tylko niech się znajdzie taki kupiec. Sam kupuję tylko w promocjach w dniu premiery książki, a kupuję bardzo dużo.
Najpierw są absurdalne ceny na okładkach, a potem rabaty-giganty dla hurtu – i jedni i drudzy pracują, tak jak sugeruje rynek, bo takie rządzą nim prawa. Jak chcą zmienić, niech zmienią – powodzenia. Można, tylko po co? Czytelników cudownie nie przybędzie tym sposobem.

SD: W ostatnim roku widać nieco większy ruch w grozowym światku. Ukazało się więcej horrorowych pozycji, ale jednak zawsze może być lepiej. Czy w nadchodzących latach widzisz jakąś szansę na poprawę kondycji literatury grozy na naszym rynku?

PM: Nie widzę takiej szansy, bo mnie kompletnie nie interesuje. Robię swoje, dla swoich czytelników. Tylko znane nazwiska gwarantują mi sprzedaż powyżej 1.000 egz. Co do reszty, niszowo: kilkaset egz. przez 5-7 lat. Ale będę to robił, bo przecież ktoś musi – a chyba na starej grozie trochę się znam i wybieram wartościowych autorów i najlepsze ich teksty…

SD: Na zakończenie zapytam o plany związane z horrorem. Masz zaplanowane jakieś ciekawe tytuły na ten rok?

PM: Gdy to piszę, ukazuje się trzeci Conan Doyle Igranie z duchami i w tym roku będzie już tylko Gertrude Atheron Dzwon we mgle. A kolejne nazwiska już w następnym roku, choć planowałem inaczej (wiadomo: koronka, jak mówią znajomi).
I tak 2021-2022: Kipling, Oliphant, Erckmann-Chatrian (2 tomy), Jacobs, Blackwood (3 tomy), Maupassant, Shiel, Benson (zamykający, trzeci tom), O’Brien, Braddon, Edwards, Middleton – ile się uda, czas pokaże. Nadzieja jest w czytelnikach…


zdj. S. Drabik i siostry Soska

Sebastian Drabik – rocznik 82. Absolwent Wydziału Administracji na lubelskim UMCS. Szerszej publiczności dał się poznać już jakiś czas temu jako autor krótkich opowiadań publikowanych w magazynie Czachopismo i e-zinie Grabarz Polski. Obecnie specjalizuje się w wywiadach i relacjach, a efekty jego pracy publikują magazyny takie jak OkoLica StrachuNowa Fantastyka oraz portal Lubimy Czytać. Pasjonuje się kinematografią i kulisami sztuki filmowej, jest zagorzałym czytelnikiem kochającym książki, a ostatnio stał się wielbicielem japońskiego komiksu, mangi.

 

 

Leave a Comment

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *