Kotori: „Czy nie zawiedziemy fanów horrorów? To zależy w dużej mierze od Japonii”

Po dłuższej przerwie zapraszamy na kolejny wywiad z wydawnictwem. Tym razem na pytania Sebastiana Drabika odpowiadały: Anna „Lau” Ćwik – redaktor naczelna, Nina Ciesielska – główny edytor oraz Patrycja „Sally” Siedlecka – korektor, które związane są z wydawnictwem Kotori.

Sebastian Drabik: Tak na wstępie zapytam Was o pierwsze doświadczenia związane z literaturą i mangą.

Nina: Książki były w moim życiu od maleńkości i jak przez mgłę pamiętam kilka wierszy i baśni, które jeszcze wtedy czytała mi mama. Jednak pierwszą książką, którą przeczytałam praktycznie samodzielnie i która najbardziej utkwiła mi w pamięci, były Dzieci z Bullerbyn Astrid Lindgren. Moim pierwszym kontaktem z mangą był, jak pewnie w przypadku wielu osób, Naruto.
Sally: Zaczęłam czytać jako dziecko, ale wtedy były to głównie baśnie i lektury szkole. Do większości nawet nie zajrzałam. Bardzo nie lubiłam czytać na siłę, zwłaszcza jak coś mnie nie interesowało. Kiedy w szóstej klasie sięgnęłam po Harry’ego Pottera, przepadłam na dobre. O mangach długo nie wiedziałam. Oglądałam w dzieciństwie wiele anime, w tym moją ulubioną Sally Czarownicę i Czarodziejkę z Księżyca, ale dopiero po kilku latach dowiedziałam się, co to za animacje i co to są w ogóle mangi. Swoją pierwszą mangę kupiłam dopiero w wieku dwudziestu lat za pierwszą wypłatę. Wcześniej niestety nie mogłam sobie pozwolić na coś takiego. Teraz tonę i w mangach, i w książkach.
Lau: No cóż, może to zabrzmieć cokolwiek dziwnie w kontekście mojej obecnej pracy, ale w dzieciństwie nie czytałam zbyt wiele. Głównie z braku czasu. Lektury najczęściej czytała mi mama, kiedy ja w ekspresowym tempie jadłam po szkole obiad, ponieważ trzeba się było mocno streszczać, żeby zdążyć na zajęcia w szkole muzycznej. Dopiero w okolicach siódmej klasy znalazłam literaturę, która mi odpowiadała, i wsiąkłam bez reszty. Łykałam wszystkich Panów Samochodzików i Tomków, całego Makuszyńskiego (Pannę z mokrą głową i Szatana z siódmej klasy ukochałam najbardziej), całą Montgomery, sienkiewiczowską Trylogię (którą uwielbiam za genialny język), a za czasów studiów Joannę Chmielewską, Agathę Christie i czasopismo Science fiction (to od Roberta J. Szmidta). To właśnie przez tę gazetę weszłam w gatunek literatury, który stał się moim ulubionym. A potem poleciało już z górki: Zajdel, Bułyczow, Ziemkiewicz, Orson Scott Card, Robin Hobb itd., itp. Jeśli zaś chodzi o komiksy, to jako dziecko żyjące u schyłku komunizmu miałam za sobą Tytusa, Romka i A’Tomka i Kajka i Kokosza, ale to jednak nie było to, co by mnie porwało. Dopiero pojawienie się w Polsce Thorgala i Funky’ego Kovala obudziło moją miłość do komiksu. Manga weszła na nasz rynek, kiedy byłam już dorosła, i jakoś do mnie nie trafiła. Owszem, obrazki ładne, ale treściowo… najczęściej jakieś wyssane z palca płytkie historyjki. Pozamiatał mnie dopiero Onizuka. Można powiedzieć, że to dzięki Eikichiemu zaczęłam rozglądać się po rynku komiksu japońskiego. A kiedy odkryłam BL… było po mnie. No i siedzę w tym do dziś.

SD: Wielu czytelników zazdrości ludziom pracującym w wydawnictwach. Jak to było z Wami, chcieliście zobaczyć jakiś upragniony tytuł w polskiej ofercie, zaciekawiła Was oferta wydawnictwa Kotori i postanowiliście się w nim zatrudnić czy może… zazdrościliście innym wydawnictwom i założyliście własne?

Lau: Jednym z powodów powstania Kotori było pragnienie wydania ukochanego komiksu Szefowej – Nany. Drugim – wydanie Findera. Udało się połowicznie, natomiast pomysł z wejściem na rynek polski z mangami yaoi sprawdził się do tego stopnia, że po nas wielu wydawców sięgnęło po ten gatunek, choć wcześniej wszyscy twierdzili, że yaoi się nie sprzeda.
Jeśli chodzi o moje początki, to jeszcze za czasów Omikami (poprzednika Kotori) napisała do mnie Szefowa z zapytaniem, czy zrecenzowałabym Opowiadania Omikami – książkę zawierającą historie BL polskich autorów amatorów. Prowadziłam wtedy wraz z kolegą podserwis z recenzjami na stronie nieistniejącego już czasopisma Arigato i okazało się, że Szefowa czyta sobie przy kawce moje recenzje i że podoba jej się mój zjadliwy styl. Recenzja została napisana, zaraz potem Omikami przestało istnieć (nie, nie z powodu mojej zjadliwej recenzji), na jego miejscu pojawiło się Kotori, a mnie Szefowa zgarnęła do zespołu redakcyjnego. No i tańcujemy razem tego oberka już prawie dziesięć lat.
Nina: Ja natomiast trafiłam do wydawnictwa zupełnym przypadkiem, nigdy nie wiązałam mojej przyszłości z mangami. Na samym początku studiów pisałam na pewnym forum z dziewczyną, która, jak się potem okazało, czyściła mangi właśnie dla Kotori. W związku z tym, że sama miałam wtedy już kilkuletnie doświadczenie w edycji „dla zabawy”, za jej namową napisałam maila do Szefowej z zapytaniem, czy nie potrzebuje kogoś do pomocy. I już następnego dnia miałam u siebie skany Zakochanego tyrana. Przez te 8 lat bardzo zmienił się mój zakres obowiązków, od samego czyszczenia przeszłam do układania tekstów, potem doszły okładki, robienie dodatków, grafik promocyjnych i ogarnianie wielu wydawniczych spraw. Mimo tylu obowiązków, jakie mam jako jedyny edytor w wydawnictwie, mogę z czystym sercem powiedzieć, że jest to najlepsza praca z przypadku, jaką mogłam sobie wyobrazić. A możliwość przekonywania naszej ekipy do wydania moich wymarzonych tytułów to dodatkowy plus. Kilka już udało mi się przepchnąć.
Sally: Odkąd zagłębiłam się w świat mangi i anime, marzyła mi się praca w wydawnictwie mangowym. Nie robiłam sobie dużych nadziei, więc kiedy dostałam propozycję pracy, nie posiadałam się z radości. Miałam pracować w jednym z moich ulubionych wydawnictw i to z redaktorką, która od lat była moją guru. Teraz sobie nie wyobrażam innej pracy. I nie dam się zwolnić, ha, ha!

SD: Przejdźmy do konkretów. Każdy z nas zastanawia się, w jaki sposób ludzie pracujący w wydawnictwach dobierają tytuły do wydania. Sugerujecie się ofertą zagraniczną, monitorujecie fora pod kątem oczekiwań czytelników, płyniecie z obecnymi trendami czy kierujecie się intuicją?

Nina: Polski rynek jest bardzo nieprzewidywalny pod względem tego, co się sprzeda, a co nie. Ilość zapytań i próśb o wydanie jakiegoś tytułu wcale nie przekłada się na jego sprzedaż, czego naszym największym dowodem jest DRRR!!. Czasami intuicja nas zawodzi, w innych przypadkach jesteśmy bardzo mile zaskoczeni tym, jak niektóre tytuły spodobały się fanom mangi.
Lau: Wybór tytułów to naprawdę wielopłaszczyznowy proces. Bywa, że to impuls w rodzaju: „Słuchajcie, jest taki jeden tytuł. Może byśmy go wydali, co?”. Niekiedy agent czy wydawca podeśle nam katalog z propozycjami i okaże się, że wśród najczęściej mało porywających komiksów znajdzie się jeden, dwa, które nas zainteresują. Korzystamy też z pomocy dobrych duszyczek, które podsyłają nam listy propozycji do wydania, często ze skrótem fabuły i opinią. Jest to dla nas bardzo cenne, bo podczas poszukiwania tytułów do wydania niektóre rzeczy po prostu człowiekowi umykają, przez co można jakiś komiks potraktować zbyt pobieżnie i odrzucić z marszu. Przeglądamy też różne rankingi, bierzemy pod uwagę, czy dana manga ma anime (choć nie jest to dla nas priorytet przy podejmowaniu decyzji), regularnie sprawdzamy różne serwisy informacyjne, a raz na jakiś czas robimy redakcyjną posiadówę na Skypie i dyskutujemy, o jakie licencje wystąpić. Jedyne w tej chwili aktywne forum fandomu jest dla nas wykładnią o tyle, że jeśli coś tam zbiera hurraoptymistyczne recenzje, to znaczy, że się nie sprzeda. To też jakaś pomoc, no ale ogólne trendy wyglądają trochę inaczej.
Czasami też decydujemy się na wydanie jakiegoś tytułu nie dlatego, że się świetnie sprzeda, ale dlatego, że jest kultowy (przynajmniej w naszym mniemaniu – vide Devilman), warty wydania czy po prostu powinien pojawić się na polskim rynku. Tak było z Twoim obrazem Kaori Yuki, który dla starszych fanów yaoi jest kwintesencją klasyki. Bardzo słabo się sprzedał, ale nie żałujemy jego wydania, bo po prostu musiał być po polsku. To samo tyczy się Zabawy w kotka i myszkę Setony Mizushiro czy w końcu Yotsuby, na temat której przez dobrych kilka lat dyskutowaliśmy na każdym naszym spotkaniu redakcyjnym. Od początku uważaliśmy, że to świetna pozycja, ale nie łudziliśmy się, że zrobi furorę wśród czytelników. Komiks o przygodach pięciolatki w sytuacji, gdzie główna grupa docelowa to 13-18 lat? Nie jest to jakiś dramat sprzedażowy, ale na pewno to manga bardzo mocno niedoceniona na polskim rynku.

SD: Jak dobrze mi wiadomo, pozyskanie licencji nie jest takie łatwe, co więcej, potrafi bardzo przeciągnąć się w czasie. Dango na pozyskanie trzech licencji czekało przeszło 5 lat… Założę się, że i Wy macie jakąś ciekawą historię związaną z kupnem licencji. Podzielcie się proszę.

Lau: Zdarzyło się, że na info w sprawie popularnego tytułu yaoi czekaliśmy ponad trzy lata. I nie mówię o jakichkolwiek rozmowach czy negocjacjach, a o zwykłym mailu z wiadomością: „Zastanowimy się nad waszą propozycją”. Ostatecznie nic z tego nie wyszło, a w międzyczasie szał na ten tytuł minął bezpowrotnie, ale pamiętam, że na kolejnych Pyrkonach podchodziła do naszego stoiska dziewczyna, która zasugerowała nam ten komiks, i pytała o „wiadomo co”, a my zwyczajnie rozkładaliśmy ręce.
Była też sytuacja, kiedy przez dwa lata pukaliśmy do drzwi wydawcy o pewien popularny tytuł yaoi, aż pewnego dnia okazało się, że dostało go wydawnictwo, które w tamtym czasie nie wydawało tego gatunku. Na pytanie zadane podczas targów we Frankfurcie (co ważne, bo mailowo w życiu nie dostalibyśmy odpowiedzi), dlaczego to nie my będziemy ten tytuł wydawać, pani agentka z rozbrajającą miną odpowiedziała, że profil wydawniczy wydawnictwa, które otrzymało licencję, bardziej pasuje do tego tytułu.
Bywało, że zirytowani przedłużającym się milczeniem strony japońskiej słaliśmy jedno zapytanie za drugim, ale miało to tylko taki skutek, że dostawaliśmy w końcu suchy mail z wiadomością, by „nie naciskać”. Zdarzało się też, że po wystąpieniu o licencję do agenta dowiadywaliśmy się od zaprzyjaźnionych wydawców, że niespodziewanie dostawali ofertę wydania mangi, o którą się staraliśmy. Zresztą niejednokrotnie my też byliśmy zaskakiwani propozycjami wydania jakichś tytułów.
Nina: Dla przykładu ze Złamanymi skrzydłami historia jest o tyle groteskowa, że na papiery i materiały do kolejnego tomu czekaliśmy półtora roku, a dopiero po roku w końcu nas poinformowano, że licencja na ten komiks jest wydawana po upłynięciu określonego czasu od japońskiej premiery i że nie powinniśmy być tacy niecierpliwi. Przy czym „określony czas” waha się od 9 miesięcy do roku i nigdy do końca nie wiadomo, ile wyniesie przy kolejnym tomie.
Bywa też, że podczas załatwiania licencji to nie czas oczekiwania na odpowiedź jest najgorszy, a wymagania Japonii. Zdarza się, że przy tomikach 2w1 musimy najpierw zaprezentować wydawcy cały plan tego, w jaki sposób tomiki połączymy czy usuniemy lub dodamy jakieś strony oraz jak widzimy okładki takiego wydania. Przez owe wymagania musieliśmy zrezygnować z kilku tytułów. W jednym przypadku autor pragnął, aby strony po wydrukowaniu były docięte idealnie do miejsca, które zaznaczył, czego nie bylibyśmy w stanie spełnić, bo nie mamy fizycznej możliwości aż w takim stopniu kontrolować drukarni, dodatkowo maszyny mają pewien margines błędu przy docinaniu tomików.
Lau: Ale! Japonia potrafi też zaskakiwać. Licencję na The Ride-on King dostaliśmy po trzech dniach od złożenia oferty, i tylko dlatego tak długo, że walnęliśmy się w jednym podpunkcie umowy i trzeba było słać korektę.
Inaczej wyglądała współpraca z Koreą. Pamiętam, jak posłaliśmy zapytanie o Annarasumanarę. Mail wyszedł od nas rano, a pod wieczór tego samego dnia dostaliśmy informację, że jak chcemy, to choćby dziś możemy dostać umowę i materiały. „Wstrzymaj swe konie, koreański wydawco!” – zawołaliśmy i poprosiliśmy o przesłanie wydanych na papierze tomów do wglądu, bo mieliśmy duże obawy, jak się prezentuje webkomiks na papierze. Niestety wyglądało to bardzo źle, dlatego ostatecznie zrezygnowaliśmy z tego tytułu. Nakład pracy, jaką grafik musiałby włożyć, żeby nasze wydanie nie wyglądało tak jak wydanie koreańskie, byłby niewspółmierny z wynikami sprzedaży, bo nie oszukujmy się, to bardzo specyficzny tytuł i nie zdobyłby zbyt wielkiej u nas popularności.

SD: Możecie zdradzić, które tytuły były strzałem w dziesiątkę, a które porażką mimo pokładanych w nich nadziei?

Nina: Nie lubię nazywać naszych tytułów porażkami, bo praktycznie każdy tytuł, nad jakim pracowałam, traktuję jak moje książkowe dziecko. Na myśl od razu przychodzą mi trzy komiksy, które moim zdaniem zasługują na lepszą sprzedaż. Pierwszym jest Atelier spiczastych kapeluszy, historia nie tylko niespotykanie pięknie zilustrowana, ale naprawdę przemyślana i wciągająca. To samo możemy powiedzieć o Yotsubie, której humor docenia się najlepiej, kiedy samemu ma się kontakt z małymi dziećmi. Trzecim byłoby jednotomowe Wędrując linią życia. Tutaj podejrzewam, że przez trochę staromodną kreskę wiele osób zainteresowanych yaoi nie dało temu komiksowi szansy. Wszyscy w Kotori zgodnie stwierdziliśmy, że to jedna z najbardziej wzruszających i poruszających historii BL, z jakimi mieliśmy do czynienia. Ten komiks naprawdę realistycznie przedstawia relacje męsko-męskie i wywołuje w odbiorcy całą masę uczuć. Sama pracowałam nad nim o wiele dłużej, niż powinnam, bo przez łzy nie widziałam tekstów na monitorze. To jest tak cudowna historia, że na samo wspomnienie człowieka coś ściska w dołku. Jak nie wierzycie, odwiedźcie nasze stoisko na przyszłorocznym Pyrkonie (bardzo liczymy, że się odbędzie 17-19 czerwca 2022) i poproście o przybliżenie fabuły. Zobaczycie, jak będziemy płakać.
Lau: Porażkę zaliczyła również Dziewczyna znad morza, co zmartwiło nas nie dlatego, że nie zwrócił nam się koszt wydania, ale dlatego, że to bardzo wartościowa, głęboka opowieść o zagubionych młodych ludziach rozpaczliwie poszukujących bliskości. Strzałem w… dziewiątkę (a dlaczego, o tym za chwilę) okazała się natomiast Rihito Takarai. Już pierwszy jej komiks Seven Days był totalnym hitem i rozszedł się na pniu, co o tyle nas zaskoczyło, że to shounen-ai, a nie yaoi. Nie było tam seksów, ekscesów na golasa, nikt nikogo nie zdradził ani tym bardziej nie zgwałcił. Ot całkiem pogodna obyczajówka o rodzącym się uczuciu, pięknie narysowana i opowiedziana. Pozostałe komiksy pani Takarai również plasują się w czołówce sprzedażowej… oprócz Klatki dla ptaków (stąd ta dziewiątka), która była swego rodzaju eksperymentem z naszej strony. Chcieliśmy sprawdzić, czy manga, która wyszła spod ręki autorki yaoi, ale niebędąca yaoi, się sprzeda. Nie sprzedała się.
Genialnie sprzedawały się również pierwsze tomy SAO. Zaskakująco dobrą sprzedaż zaliczyły nasze ostatnie tytuły: Jesteś moim latem, Nasze wspólne lato, Malarz Demonów czy Ballad x Opera oraz Kształt twojego głosu i Given. Bardzo dobrze radzą sobie też Dobranoc, Punpunie czy Eden, co nas niezmiernie cieszy, bo lubimy pracować nad tytułami dla dojrzałego czytelnika.

SD: Wydajecie wyłącznie pozycje, które lubicie, czy może wydaliście jakieś tytuły, których nie lubiliście, ale zdecydowaliście się na publikacje tylko ze względu na ich popularność.

Lau: Gdybyśmy wydawali wyłącznie pozycje, które lubimy, dawno poszlibyśmy z torbami. Przeważająca część oferty Kotori skierowana jest do młodego czytelnika, a połowa naszego zespołu to ludzie poważni i od dłuższego czasu dorośli. No dobra, z tymi poważnymi trochę przesadziłam, nie zmienia to jednak faktu, że gdybyśmy poszli w tytuły lubiane przez nas, to nie zawahalibyśmy się sięgnąć po raz kolejny po Boichiego, Setonę Mizushiro, Ayano Yamane i Kano Miyamoto, a poza tym po Moto Hagio, Kazumę Kodakę, Masarę Minase, Kae Maruyę i całą masę autorek yaoi, które w Polsce cieszyły się popularnością ponad dekadę temu. Powiem tak: staramy się nie nie lubić mang, które wydajemy, bo praca nad tytułami, do których żywi się niechęć czy nienawiść, to męka pańska. Zawsze próbujemy znaleźć jakiś plus w każdym z komiksów. Jak nie pomaga „przynajmniej kreskę ma śliczną” albo „przynajmniej mało dymków”, to pocieszamy się, że dobrze się sprzedaje. Zdarza się, że w dalszych tomach jakiejś serii pojawiają się wątki wywołujące nasz sprzeciw. Wtedy pomaga rozmowa na Skypie. Jak już sobie wspólnie pozrzędzimy, że nadmierna potliwość w scenach seksu jest obrzydliwa, że autor ma chyba jakiś fetysz wydzielin, że powinien zrobić research, zanim zacznie wypisywać głupoty o tym, że ktoś jest synem katolickiego księdza albo że kąt padania nie jest równy kątowi odbicia (tylko kątowi, jaki autorowi pasuje, żeby było mu wygodnie przeprowadzić jakąś wyssaną z palca akcję), to robi nam się lepiej i możemy z większym spokojem pracować nad przygotowaniem tomiku do druku.
Nina: Nasze wydawnictwo jest niewielkie, bo w tym momencie, nie licząc Szefowej i ekipy sklepowej, nad mangami pracuje 6 osób. Mimo tego nasze gusta są naprawdę różne i każdy z nas ma tytuły, które uwielbia, oraz takie, nad którymi nie lubi pracować. Osobiście z utęsknieniem czekam na miesiące, w których będę robić Atelier spiczastych kapeluszy czy Ku twej wieczności, ale mam bardzo mieszane uczucia co do tytułów Inio Asano. Podejrzewam, że gdyby spytać kogoś z ekipy, co sądzę o Dobranoc, Punpunie, powiedziałby: „Nina kocha ten tytuł, chyba że akurat przy nim pracuje”. Uwielbiam jego prace pod względem fabularnym i graficznym, jednak nagromadzenie tekstów na tłach wymaga z mojej strony ogromnego nakładu czasu.

SD: Cofając się jeszcze do Waszych początków… Zaczynaliście od yaoi, podobnie jak Dango, co sądzicie o popularności tego typu tytułów w Polsce i skąd się wzięła na nie moda w naszym kraju?

Lau: Pytanie: co jest lepsze od jednego pięknego chłopca? Odpowiedź: od jednego pięknego chłopca lepsi są dwaj piękni chłopcy. I najlepiej, żeby w podziwianiu ich nie przeszkadzały przedstawicielki płci niewieściej. Nie wiem, jak dla innych osób, ale dla mnie dziewczęta w mangowych romansach są okropnie irytujące, a sama będąc dziewczyną (wiekową, ale jednak), mimowolnie próbuję się z nimi utożsamiać, co wywołuje we mnie nieprzyjemny dysonans i sprawia, że z czytania tego typu komiksów nie mam absolutnie żadnej przyjemności. W komiksach BL jest inaczej, bo tu są praktycznie sami chłopcy/mężczyźni i nie muszę się z żadnym z nich utożsamiać, mogę więc w spokoju obserwować rozwijającą się relację i cieszyć się ładnymi obrazkami. Poza tym BL zaspokaja potrzebę zobaczenia u chłopaków/mężczyzn miękkiej strony, przekonania się, że też są wrażliwi i też mają uczucia. To po części taka próba rekompensowania sobie rozczarowań z realnego świata. No i jest jeszcze jedna sprawa, na którą warto zwrócić uwagę. Otóż pośród morza komiksów yaoi z fabułą pretekstową zdarzają się naprawdę świetne tytuły, które mają naprawdę przemyślaną, mądrą i wciągającą fabułę. BL to nie tylko ładni chłopcy całujący się po pupkach, ale też treść, która, zdarza się, że daje czytelnikowi do myślenia.
Nie sądzę, żeby można było mówić o modzie na BL. Po prostu każda dziewczyna chce wierzyć, że gdzieś tam istnieje facet idealny – wrażliwy i potrafiący kochać. Te, których nie irytują bohaterki mangowych romansów, sięgają po shoujo, a reszta czyta BL. Bo gdzie można obejrzeć ślicznych i uczuciowych facetów jak nie właśnie tutaj?

SD: W tym roku ucieszyła mnie ilość wydawanych przez Was mang w twardych oprawach, zapowiedzieliście Eden – It’s an Endless World! oraz Devilmana. Niedawno skończyliście wydawać Dobranoc, Punpunie. Czy w przyszłym roku planujecie kolejne serie, które wydacie w ten sposób? Jak sprzedają się takie serie?

Nina: Jeśli chodzi o samego Punpuna to początki były trudne. Pierwszy tom w twardej oprawie ponad rok zalegał na magazynie, mimo że miał niewielki nakład. Dopiero w tym roku sprzedaż ruszyła z kopyta do tego stopnia, że nasza sklepowa ekipa nie nadążała informować o ostatnich sztukach tego wydania. Teraz nie mamy już w ofercie kilku pierwszych tomów w oprawie twardej, a dodruki miękkiej zlecamy bardzo często. Z Edenem nie było takiego okresu bezruchu, może również dlatego, że czytelnicy zdążyli się już przyzwyczaić do zasad, jakie mamy ustalone dla dostępności opraw twardych. W niecałe pół roku sprzedaliśmy cały nasz nakład pierwszego twardego tomu. Nakład Devilmana twardookładkowego skończył się już na etapie przedsprzedaży. Zachęca nas to jeszcze bardziej do sięgania po dojrzalsze tytuły i oferowania naszym czytelnikom wersji bardziej ekskluzywnej.
Lau: W twarde oprawy trafiają najczęściej komiksy 2w1 oraz te, które w większości skierowane są do starszego czytelnika. W związku z tym nie mamy złudzeń, że jakoś szczególnie poszerzymy naszą ofertę w tym względzie. Raczej pozostaniemy na obecnym poziomie i za Punpuna wskoczy po prostu inna manga. Na przyszły rok szykujemy jedną petardę, ale zanim ją ogłosimy, musimy dograć pewne kwestie licencyjne. Możliwe, że oprócz niej pojawi się jeszcze jeden tytuł, ale wszystko będzie zależeć od tego, kiedy dostaniemy z Japonii zielone światło.
Jeśli chodzi o sprzedaż, to zależy ona bardziej od tego, jaki to tytuł, a nie z powodu istnienia twardej oprawy. Komiksy skierowane do dorosłego odbiorcy mają się całkiem nieźle, głównie w związku z kolekcjonerskim podejściem wielu czytelników, w przeciwieństwie do takiego na przykład  traktowanego mimo wszystko jako manga dla młodzieży. Ktoś, kto sam na siebie zarabia, ma większe możliwości zakupowe niż nastolatek ciągnący kieszonkowe od rodziców. Natomiast my ze swej strony dokładamy wszelkich starań, by nasze twarde wydania cieszyły oko hobbystów i by nie żałowali wydanych na nie pieniędzy.
Nad oprawą graficzną czuwa nasza główna edytorka (czasem z pomocą zaprzyjaźnionego grafika spoza Kotori), która oprócz niesamowitego wyczucia estetycznego ma świetną intuicję w kwestii przeróżnych dodatków takich jak druk pantonowy czy lakier wybiórczy. To ona wpadła na genialny w swej prostocie pomysł z tasiemką-zakładką w Devilmanie. Reszta zespołu również jest mocno zaangażowana w wydania twardookładkowe. Wszyscy chcemy, żeby prezentowały się jak najlepiej i na przykład przy Edenie urządziliśmy nawet wewnętrzy konkurs na okładki. Przy Devilmanie drugi grafik (na co dzień współpracujący z naszym wydawnictwem książkowym) urządził nam festiwal okładek, z których wybieraliśmy ostateczną wersję.
Jeśli chodzi o kwestie techniczne, to sam druk twardziochów zajmuje około dwóch tygodni dłużej niż komiksów w oprawie miękkiej. Staramy się rozsyłać zamówienia w jednym terminie, żeby nikt nie czuł się poszkodowany, zwłaszcza klienci, którzy wybierają wydanie ekskluzywne. Natomiast przygotowanie komiksów 2w1 to dwa razy więcej pracy dla całego zespołu (tłumacza, redaktorów, korektora i edytora), o czym niektórzy zagorzali fani zapominają w czytelniczym ferworze, domagając się jeszcze szybszego wydawania kolejnych tomów.

SD: Dobrze widzieć, że nie zrezygnowaliście kompletnie z horrorów i w tym roku, już niedługo dzięki Wam zobaczymy w Polsce Devilmana, na którego do tej pory nikt nie chciał się zdecydować. To bez dwóch zdań jedna z tych mang, które powinno się znać. Wcześniej wydaliście również mangę Osamu Tezuki. Obaj ci mangacy są kultowi. Którą licencję było trudniej pozyskać, na którą dłużej czekaliście? Będziecie starali się o więcej licencji tych obu mangaków? A może macie w planach inne kultowe pozycje?

Nina: Właśnie z tego powodu postanowiliśmy sięgnąć po Devilmana. To klasyka i swoisty znak czasów, aż żal byłoby tego nie wydać. Pozyskanie licencji nie było specjalnie trudne, natomiast czekanie na akceptację okładek (bo do Japonii poszły od razu obie) totalnie nas dobijało. Przez długi czas nie mieliśmy żadnych informacji, choć regularnie słaliśmy zapytania. Kontakt z wydawcą oryginału niespodziewanie się urwał i trochę nie wiedzieliśmy, co z tym fantem zrobić, a nasz agent rozkładał ręce. W końcu coś się odblokowało i tytuł poleciał do druku, ale chyba ciąży nad nim jakieś fatum, bo znów pojawiło się kolejne opóźnienie, tym razem spowodowane niedostarczeniem na czas zamówionego przez drukarnię papieru. Miejmy nadzieję, że mimo tych wszystkich przeciwności Devilman spotka się z pozytywnym odzewem czytelników.
Lau: Na Tezukę czekaliśmy w sumie półtora roku, przy czym JUŻ po pół roku dostaliśmy maila, że przygotowywany jest draft, czyli wstępna umowa. Potem nastąpiła dłuuuuga cisza i nie dostaliśmy ani obiecanego draftu, ani jakiejkolwiek odpowiedzi, co się z nim dzieje. Pukaliśmy o niego cały następny rok. Takie sytuacje nie są zbyt komfortowe, rujnują grafik i wprowadzają zamieszanie. Nie mówię o zapełnieniu luki po tytule, który czeka na akcept, bo z tym nie ma żadnego problemu. Kłopot pojawia się w momencie, kiedy Japonia daje wreszcie zielone światło i taki komiks trzeba jak najszybciej umieścić w planie, przesuwając w czasie wydanie wcześniej ustalonych mang. Zdaję sobie sprawę, że fani przesuwanych wówczas serii odczuwają niezadowolenie, ale jesteśmy zmuszeni do takich działań głównie z powodu zapisów licencyjnych odnoszących się do daty wypuszczenia tytułu na rynek polski.

SD: Rozmowa ta ukaże się na horrorowym portalu, a nie tak dawno świętowaliśmy Halloween, w związku z tym zapytam Was o Wasze horrorowe gusta. Które straszne historie w obrazkach są Waszymi ulubionymi, które poleciłybyście czytelnikom?

Sally: … (ucieka)
Nina: Nie jestem niestety wielką fanką horrorów, zbyt łatwo mnie przestraszyć. Każdy jumpscare to u mnie nie taki mały zawał serca. Z mang doceniam za to bardzo prace Junjiego Ito, który jest jedynym autorem horrorów, po którego dzieła nadal sięgam. Polecam szczególnie jego krótkie historie. Pierwszą jego pracą, na którą natrafiłam, i jest do tej pory moją ulubioną, było The Enigma of Amigara Fault. A czytanie jej w łóżku na chwilę przed północą nie było najlepszym wyborem dla takiego cykora jak ja.
Lau: Ja natomiast zostałam wychowana na krwi z keczupu i duchach z prześcieradeł, więc mało co jest w stanie mnie przestraszyć. W mangowych horrorach największym problemem dla mnie jest szybkość, z jaką kończę czytać tomik. Pamiętam rozczarowanie, kiedy po zajęciu miejsca w pociągu wiozącym mnie z któregoś Pyrkonu odkryłam, że oto skończyłam czytać Hideout od kolegów z JPF-u, zanim pociąg zdążył na dobre się rozpędzić. Owszem, historia przedstawiona bardzo ciekawie i naprawdę świetnie narysowana, ale czemu tak krótko trwa?
Co poza tym polecam… A wiecie, że Rycerze Sidonii, których wydaliśmy jakiś czas temu, też zaliczają się do horroru? To taki horror-light, ale na pewno wart polecenia, bo kreska Tsutomu Niheia bywa naprawdę monumentalna, a sam autor potrafi bardzo klimatycznie przedstawić mroczne zakamarki świata przyszłości. Pamiętam, że podczas pracy nad początkowymi tomami co chwila wydawałyśmy z drugą redaktorką okrzyki zachwytu, bo Nihei naprawdę umie w obrazki.
Ocierającym się momentami o makabreskę tytułem jest Made in Abyss, który u mnie osobiście wywołuje zimne dreszcze przez zestawienie dziecięcych, niewinnych postaci z dość makabrycznymi okolicznościami przyrody. Takie coś rusza mnie znacznie bardziej niż klasyczny operator piły łańcuchowej szalejący w wesołym miasteczku. Trzeba przyznać, że autorowi nie brakuje wyobraźni w wymyślaniu kolejnych przerażających wynaturzeń Otchłani i w sumie nie mogę się już doczekać kolejnego tomu, który, mam nadzieję, wydamy w przyszłym roku, jak tylko dostaniemy papiery licencyjne.

SD: Może teraz coś o grafice. Jak wiadomo Japończycy często czepiają się szczegółów i „akcepty” potrafią ciągnąć się tygodniami. Z jaką okładką czy też serią mieliście najwięcej problemów?

Nina: Nie przypominam sobie, żebyśmy na jakikolwiek akcept czekali dłużej niż ten do Devilmana. I koniec końców nie musieliśmy do okładek wprowadzać żadnych poprawek, po prostu przez kilka dobrych miesięcy nie byliśmy w stanie uzyskać odpowiedzi od japońskiego wydawcy. Głównym czynnikiem mogła być tutaj współpraca z zupełnie nowym wydawcą, który chyba nigdy wcześniej nie miał do czynienia z Polską.
Spore problemy mieliśmy także z zaakceptowaniem okładki mangi Wielka Wojna Zodiaku. I to wcale nie przez logo, jak pewnie sporo osób myśli, tylko przez ustawienie poszczególnych elementów na okładce oraz wymienione na tyle obwoluty nazwy chińskich znaków zodiaku. Bardzo długo zajęło nam tłumaczenie, że nasza obwoluta ma inne wymiary niż oryginalna, więc niektóre elementy będą inaczej rozstawione, oraz że pierwotnie ustawione w jednej linii słowa „wąż” i „koń” to wcale nie jest jeden wyraz i dlatego nie da się go znaleźć w słowniku.
Lau: W przypadku Wielkiej Wojny Zodiaku jest też druga zabawna opowieść. Do akceptacji razem z okładką poszło 10 stron pierwszego rozdziału (oczywiście było to życzenie japońskiego wydawcy). Oprócz wprowadzenia znajduje się tam również przedstawienie wszystkich bohaterów, z których każdy miał swój okrzyk bojowy. Przy wojowniczce Tygrysa było hasło: „Zabijam na rauszu”, co znaczy tyle co „Zabijam pod wpływem ekscytacji wywołanej alkoholem”. Tymczasem wydawca oryginału zwrócił nam uwagę, że ta kwestia została źle przetłumaczona, ponieważ według ichniego tłumacza nasza wersja znaczy tyle co: “Zabijam ochoczo”. Zachodziliśmy w głowę, jakimi ścieżkami wędrowała myśl ludzka, żeby wysnuć taki wniosek. A potem bodaj nasza tłumaczka odkryła, że jak się przetłumaczy „rausz” z polskiego na angielski, a potem z angielskiego na japoński, mniej więcej to właśnie wyjdzie. Musieliśmy więc wyjaśnić stronie japońskiej, jaka jest polska definicja słownikowa słowa “rausz”, żeby dostać zielone światło i wreszcie zabrać się za redakcję mangi.

SD: A jak to jest ze starszymi tytułami? Devilman w oryginale miał zupełnie inną okładkę, która obecnie chyba by nie sprzedała tego tytułu, a i Fusuke w Japonii wyglądał zupełnie inaczej. Graficznie Japonia daje Wam wolną rękę, jeśli chodzi o starsze tytuły?

Nina: Tutaj odpowiedzi mogłabym udzielić dwoma słowami – dostępność materiałów. Przy każdym tytule prosimy stronę japońską o przesłanie nam kolorowych materiałów do okładki i ewentualnej wkładki, jednak przy starszych mangach spotykamy się zazwyczaj z odpowiedzią, że strona japońska ich nie posiada. Wtedy robimy, co możemy, aby stworzyć okładkę od zera z tego, co mamy dostępne. Zdarza się też, że dostajemy tylko część okładkowych materiałów, jak było w przypadku Edenu, dlatego też okładki są w dużej mierze naszym pomysłem. Przy tego typu tytułach Japonia bez większych oporów zgadza się na nasze wersje, wystarczy dokładnie przedstawić, skąd wzięliśmy konkretne grafiki.

SD: Jako pierwsi w Polsce wydaliście light novel, konkretnie sprowadziliście bardzo popularną serię Sword Art Online, która i w Polsce świetnie się przyjęła, co zaowocowało kolejnymi tytułami. Czy pozyskanie licencji na light novel jest nieco łatwiejsze niż w przypadku mangi?

Lau: Przebiega podobnie i wiąże się z tymi samymi formalnościami. Gorzej z akceptacją. Niektórzy wydawcy życzą sobie wyłącznie okładkę i kolorową wkładkę, inni chcą złożoną do druku książkę. Dlatego między innymi tak bardzo rozwlekło się w czasie wydanie SAO i SAOP.
Jeden z tytułów, mianowicie Wielka Wojna Zodiaku, został nam zaproponowany do wydania, kiedy wystąpiliśmy o mangę o tym tytule. Stwierdziliśmy, że możemy pójść na taki układ, zwłaszcza że w tamtym okresie staraliśmy się o pewien ważny dla nas tytuł i nie chcieliśmy u wydawcy robić sobie pod górkę. Jednotomowa LN jest, jak można się domyślić, o niebo mniejszym obciążeniem niż tytuł mający kilkanaście tomów. Natomiast na pewno nie zgodzilibyśmy się na taki układ, gdyby LN miała więcej tomów. Przy naszym małym zespole każda dodatkowa książka jest ogromnym obciążeniem.

SD: Praca nad light novel jest jednak znacznie większa niż w przypadku mang. Wiem, z czym się to wiąże, ale jednak jest ciągle masa czytelników, którzy nie zdają sobie sprawy z nakładu pracy, która konieczna jest przy polskim przekładzie, więc może zechcecie wytłumaczyć to raz jeszcze i dodacie, dlaczego to taki długotrwały proces.

Lau: Wielokrotnie pisałam już na ten temat, ale zawsze warto opowiedzieć o tym raz jeszcze. Tłumaczenie trwa około miesiąca, czasem nieco więcej – w zależności od tego, ile zajmuje research, bo często myśl autora błądzi takimi bezdrożami, że trudno zrozumieć, o co mu chodziło, trzeba więc wszystko dokładnie sprawdzić – czasem po informacje idzie się nawet na japońskie fora fanowskie. Potem do tekstu siada redaktor i uzdatnia go do czytania. Polega to nie na poprawieniu literówek i przecinków – jak się niektórym wydaje, co zresztą obserwujemy, kiedy zgłaszają się do nas osoby pragnące pracować jako redaktorzy – ale na takim opracowaniu tekstu, żeby poza ewidentnymi błędami w rodzaju powtórzeń poprawić jego czytelność, dynamikę i płynność. Zadaniem redaktora jest przede wszystkim próba zajrzenia w głowę autora i zrozumienia, co chciał przekazać. Czasami niektóre fragmenty trzeba wręcz pisać od nowa, by lepiej wydobyć z treści główne założenie autora, które podczas translacji zatraciło swój pierwotny sens lub przestało być wystarczająco jasne.
Po pierwszej redakcji następuje druga, która w naszym wypadku połączona jest z ustawianiem tekstu do druku, co oprócz wprowadzania poprawek wiąże się również z usuwaniem błędów typograficznych. Jeśli chodzi o mnie, jest to najbardziej monotonna część mojej pracy, ponieważ często więcej wysiłku zajmuje mi usuwanie bękartów, wdów i szewców niż poprawienie tekstu. Podwójna redakcja wraz z ustawianiem zajmuje 3-4 tygodnie. Należy jednak pamiętać, że w tym samym czasie przygotowujemy również komiksy, co często powoduje znaczne wydłużenie pracy nad LN. Potem tekst trafia do korektora i w ciągu tygodnia wraca do redaktora, który nanosi ostatnie poprawki. W międzyczasie grafik przygotowuje oprawę graficzną oraz okładkę, a kiedy wszystko jest gotowe, tom zostaje wysłany w formie elektronicznej do Japonii. Kiedyś było o tyle łatwiej, że do akceptu szła sama okładka i ewentualnie kolorowa wkładka, jeśli książka ją posiadała. Była wtedy szansa, że na zakończenie prac redakcyjnych będzie już zaakceptowana. Teraz jednak, kiedy wydawcy życzą sobie całą książkę do wglądu, czas wypuszczenia na rynek każdego tomu znacząco się wydłuża, zwłaszcza że akceptacja potrafi trwać i 2 miesiące. Patrząc po przykładzie SAO 23: tłumaczenie było gotowe na początku sierpnia, redakcja trwała w sumie około miesiąca, ale po drodze przydarzyło się trochę komiksów (licząc te, które wyjdą w grudniu), co sprawiło, że tomik trafił do akceptacji w połowie listopada i najpewniej posiedzi tam z miesiąc, jak to miało miejsce przy poprzednich tomach. Gdy wydawaliśmy w miesiącu jeden tomik mangi, mogliśmy sobie pozwolić na określenie przybliżonego czasu wydawania LN. W tej chwili jest to awykonalne.

SD: Powoli doganiacie Overlorda, w Sword Art Online macie nieco więcej tomów do dogonienia Japonii, ale w przyszłym roku może uda się wam zrównać z japońskim wydawcą. Planujecie dalej wydawać light novelki? Jeśli tak, to kiedy najbliższa zapowiedź?

Lau: Jeszcze trochę nam brakuje, żeby dogonić japońskie tomiki. Przy obecnym nakładzie pracy na mangi, które mają status priorytetowy, nie ma większych szans, żeby w ciągu roku wyszło więcej niż 4 tomy LN. Dlatego w tej chwili nawet nie myślimy o występowaniu po nowe tytuły. A czy po coś jeszcze sięgniemy? Czas pokaże. Natomiast nie nastawiałabym się na to, że będą to tytuły mające po dwadzieścia kilka tomów. Wydawalibyśmy je wtedy do końca świata.

SD: W Polsce z roku na rok wychodzi coraz więcej mang, w tym roku pojawiły się też dwa wznowienia, Wasz Eden – It’s an Endless World! oraz GTO, które ponownie wydaje Waneko. Jeszcze nie tak dawno mówiono, że wznowienia na tak mały rynek nie mają sensu. Podobnie rzecz się miała z długimi seriami. Mówiło się, że nie ma możliwości wydania w Polsce Jojo’s Bizarre Adventure, czy sławnego Berserka, a jednak te serie zostały zapowiedziane, co więcej, podobno sprzedają się bardzo dobrze. Więc jak to naprawdę jest?

Lau: Jeśli chodzi o wznowienia, to szczerze mówiąc, jest to loteria. Nigdy do końca nie da się przewidzieć, jaki będzie odbiór takiej serii. Czy ci, którzy kupili ją kiedyś, zdecydują się na dublowanie czy tylko dokupią brakujące tomy? Czy wśród młodszych czytelników tytuł wzbudzi zainteresowanie? Czy my jako wydawnictwo nie przejedziemy się na liczbie tomów? Czy przy obecnym drastycznym wzroście cen papieru zwróci nam się choć cena zakupu licencji oraz druku? Dlatego decydując się na reedycję, na początek sięgnęliśmy po takiego pewniaka, jakim jest Eden. To świetnie poprowadzona fabuła, głęboko przemyślana przez autora i ciekawie narysowana. Wierzyliśmy, że siła i wartościowość tego komiksu nie pozwolą nam żałować naszego postanowienia. I nie zawiedliśmy się. Tytuł został doceniony i sprzedaje się naprawdę nieźle.
Nina: Jesteśmy zbyt małym wydawnictwem, aby brać się za jakiegoś tasiemca. W miesiącu możemy wydać do 4 komiksów, a takie tytuły jak Eden liczymy jako dwa tomy, dlatego zdarza się, że w miesiącu wypuszczamy naprawdę niewiele mang. Długa seria zajęłaby nam wydawniczy slot na wiele lat. Wolimy pozostać przy krótszych tytułach, żeby nie doszło do strasznej monotonii w naszym planie wydawniczym, co mogłoby się stać, gdybyśmy wydawali kilka naprawdę długich tytułów.

SD: Nawiązując nieco do poprzedniego pytania. Czy istnieją jeszcze jakieś serie czy jednotomówki, które w Polsce raczej nie wyjdą, czy też jak niektórzy mówią: „Polska jeszcze nie jest na nie gotowa”? (Podobno w Kotori jest ktoś, kto lubi bara.)

Lau: To jestem ja! Ta, co lubi barę! Niejednokrotnie namawiałam moich kolegów z wydawnictwa, żebyśmy wydali coś lekkiego – nie tam zaraz, że nieśmiały hydraulik spotyka na siłce murarza-tynkarza z dziesięcioletnim doświadczeniem w kładzeniu gładzi szpachlowej i przypadkiem ociera się o niego półdupkiem, a potem… jechane. Nie, coś takiego można sobie poczytać dla śmiechu, ale żeby nie zrazić czytelnika do specyficznej kreski, należałoby sięgnąć po bardziej wartościowe tytuły. Dlatego chylę czoła przed Studiem JG, że zdecydowało się wydać jeden z moich ulubionych komiksów, a do tego mojego ukochanego autora bary. Ale to, że coś zostało wydane, nie oznacza, że przetarło szlak dla innych tytułów tego gatunku. Przede mną jeszcze daleka droga, żeby i w Kotori pojawił się miś cały w futrze.
A jeśli chodzi o tytuły, które w Polsce nie wyjdą, to moim zdaniem nie ma szans na serie BL sprzed roku 2010 mające powyżej 10 tomów. To się po prostu nie sprzedaje, więc nikt nie będzie ryzykował naprawdę dużych pieniędzy, żeby w to wchodzić. Nie wiem, jak inne wydawnictwa, ale my na pewno nie wejdziemy w długie sportówki. A poza tym? W tej chwili wydawcy sięgają po takie tytuły, że w sumie może pojawić się wszystko, na co znajdą się chętni.
Sally: Tu bym mogła podać mój ukochany tytuł Którego-Nie-Wolno-Wymawiać… ale nie podam.
Lau: Tak. Yarichina zdecydowanie nie wydamy.
Nina: I Banana Fish też nie.

SD: Niedawno sprezentowałem moim siostrzeńcom po jednej mandze. Jeden z nich stał się fanem i kupuję mu kolejne. Niedawno mieli w szkole tydzień czytania i zabrał swoją kolekcję. W klasie wywołał megazainteresowanie, bo nikt nie miał pojęcia, że coś takiego wydaje się w Polsce. Znali anime, ale nie mangi. To jak to jest z promocją?

Nina: Na pewno nie jest łatwo dotrzeć do nowych czytelników, o ile sami wcześniej nie natrafią w Internecie na mangi i nie zobaczą, że coś takiego jest wydawane w Polsce, lub ktoś ze znajomych albo rodziny ich tym nie zainteresuje. Jak wszyscy wiemy, algorytmy portali społecznościowych faworyzują pokazywanie nam postów na tematy, którymi się już interesujemy. Empik także nie ułatwia nowym czytelnikom zapoznania się z mangą, wrzucając ją na dział prasy. Kto zainteresowany komiksami i niezorientowany w mandze szukałby tam nowych tytułów dla siebie? Dobrą formą promocji mang są wszelkiego rodzaju konwenty, ale wszyscy wiemy, jak to teraz wygląda.
Lau: Faktycznie najlepszą reklamą w tym względzie są wszelkiego typu spotkania bezpośrednie, czyli głównie targi książki oraz konwenty, które niestety z wiadomych względów w tej chwili praktycznie nie istnieją. Podczas kontaktu twarzą w twarz z wydawcą i jego tytułami ci, którzy do tej pory nie mieli pojęcia o istnieniu czegoś takiego jak manga, mogą nie tylko ją obejrzeć, ale i dowiedzieć się podstawowych rzeczy prosto u źródła. Dzięki temu nie ma potem reklamacji, jakich całkiem sporo zdarza się przy zakupach internetowych, kiedy to dziadkowie czy rodzice zgłaszają problem „bo tomik został źle wydrukowany, okładka jest z tyłu i nawet jak ją odwrócę, to w środku kartki są do góry nogami”.
Można powiedzieć, że korzystamy z ugruntowanego mikrorynku złożonego z ludzi, którzy wiedzą już co nieco o komiksie japońskim albo w ogóle o jakimkolwiek komiksie. Jest to środowisko dość stałe, jeśli chodzi o liczbę zainteresowanych, lecz całkiem „ruchome” w kontekście osób, które odchodzą i przychodzą do tego hobby. Dlatego ważnym dla nas elementem jest pomoc recenzentów i vlogerów, którzy piszą o naszych komiksach lub prezentują je na filmikach. Taki feedback jest bardzo potrzebny, ponieważ dzięki temu możemy się zorientować, czy to, co wydajemy, spotyka się z aprobatą czytelnika, czy jednak powinniśmy poszukać innych tytułów.
Nina: Pomagają nam w taki sposób nie tylko recenzenci, ale również sami fani mangi. Myślę tutaj głównie o naszych odbiorcach aktywnych na Instagramie. Zawsze z uwagą czytamy posty, w których czytelnicy oznaczają nasze tytuły, i w ten sposób dowiadujemy się, jakie mają preferencje. W komentarzach pod takimi postami o wiele częściej możemy znaleźć opinie o naszych tytułach, bo ludzie chętniej dzielą się swoimi przemyśleniami w gronie znajomych niż na naszych stronach czy pod recenzjami naszych tytułów. Dlatego z tego miejsca zachęcamy wszystkich, by oznaczali nas pod zdjęciami komiksów wydanych przez Kotori. Nie mamy wiele czasu, żeby komentować wszystkie posty, ale zawsze z uwagą je czytamy.

SD: Na zakończenie spytam Was o plany wydawnicze na nadchodzący rok. Czego możemy się spodziewać? Nie zawiedziecie fanów horrorów?

Nina: Czy nie zawiedziemy fanów horrorów? To zależy w dużej mierze od Japonii. Na pewno postaramy się przygotować coś dla dojrzalszych czytelników.
Lau: Wszystko okaże się niedługo, mam nadzieję, kiedy dostaniemy odpowiedzi na przynajmniej część naszych zapytań licencyjnych. Na razie pierwszą połowę roku będziemy mieć trochę lżejszą, jeśli chodzi o tematykę. Do sierpnia pojawi się kilka jednotomówek i nie za długa seria. Na pewno ucieszą się wielbiciele BL oraz fani fantasy. Czas pokaże, jakie tytuły ostatecznie dostaniemy, ale może uda się również zadowolić czytelników lubiących cięższe klimaty. Szykujemy się do wypuszczenia długiej – jak na nasze doświadczenie – serii, która przypadnie do gustu nieco starszym czytelnikom. Poza tym pojawi się seria w miejsce Punpuna oraz kilka krótkich komiksów, żeby nie było zbyt monotonnie. Oprócz tego będziemy sukcesywnie wypuszczać tomiki tych serii, które dogoniliśmy. Nie zostały oznaczone w zapowiedziach na naszej stronie, ale przeznaczyliśmy dla nich sloty w grafiku i będziemy nad nimi pracować w międzyczasie, a ogłosimy wydanie, kiedy będziemy mniej więcej znali datę wydania.

SD: Serdeczne dzięki za Wasz czas!

Kotori: My również dziękujemy i polecamy się na przyszłość.


zdj. Sebastian Drabik i siostry Soska

Sebastian Drabik – rocznik 82. Absolwent Wydziału Administracji na lubelskim UMCS. Szerszej publiczności dał się poznać już jakiś czas temu jako autor krótkich opowiadań publikowanych w magazynie Czachopismo i e-zinie Grabarz Polski. Obecnie specjalizuje się w wywiadach i relacjach, a efekty jego pracy publikują magazyny takie jak OkoLica StrachuNowa Fantastyka oraz portal Lubimy Czytać. Pasjonuje się kinematografią i kulisami sztuki filmowej, jest zagorzałym czytelnikiem kochającym książki, a ostatnio stał się wielbicielem japońskiego komiksu, mangi.

2 komentarze

  1. Dziekuję za dobry wywiad,
    Niestety obecnie od was kupuję tylko ovelorda i sao oba w LN i czekam niecierpliwie na 23 tom sao a tak propos horrorów waneko stwierdziło że higueashi jest nie opłacalne i nie wyda serji do końca czy dało by się z tym coś zrobić zeby serja ukasała się kompletna w Polsce ??

    1. Już sam fakt, że wydawca wspomina o nieopłacalności serii, jest dla nas sygnałem ostrzegawczym, by nie brać się za sequele do niej. Druga sprawa, że wydanie kontynuacji narzucałoby na tłumacza potrzebę spójności tłumaczeniowej z tym, co już ukazało się na polskim rynku – czyli wiązałoby się z potężnym researchem z jego strony – a nakład pracy, jaką by w to włożył, w żadnym stopniu nie przełożyłby się na sprzedaż mangi. Trzeba pamiętać, że mimo miłości do komiksu japońskiego, jaka łączy wszystkie wydawnictwa mangowe (bo każde z nich powstało z pasji, a nie przez zimną kalkulację, że komiks japoński się sprzeda), wypuszczenie na rynek każdego tomu wiąże się z potężnymi kosztami i nikogo z nas nie stać na ciągnięcie tytułu przynoszącego straty. Zwłaszcza teraz, kiedy borykamy się z potężnym wzrostem cen papieru na niespotykaną do tej pory skalę.

Leave a Comment

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.