„We wrześniu ściany krwawią”, Carissa Orlando

Dom. Miejsce, które kojarzy się z poczuciem bezpieczeństwa, miejscem, w którym możemy być sobą, w którym zrzucamy z siebie maski całego dnia.

Zauważyłam, że wśród moich znajomych, plus minus czterdziestolatków, często mieszkających na tak zwanym blokowisku, pojawia się myśl o posiadaniu własnego domu lub choćby domku z kawałkiem trawy (pamiętacie czasy lockdownu, pięć lat temu, kiedy wygranym był każdy, kto mieszkał w domu właśnie?). A że rynek nieruchomości wychodzi marzycielom naprzeciw, więc w podmiejskich aglomeracjach zaczynają powstawać coraz liczniej nowe budynki (nie zawsze domy, bo większą popularnością cieszą się tzw. szeregowce – im mniejsza działka, tym więcej można ludzi upchać). I ja też marzyłam kiedyś o swoim domu. Ale jak dobrze wiemy, nie zawsze marzenia są w zasięgu ręki. Przekonała się o tym Margaret, bohaterka niesamowicie wciągającej powieści We wrześniu ściany krwawią.

Nasza bohaterka przez całe swoje życie chciała mieszkać w domu. Jednak – jak to właśnie w tym życiu bywa – ciągle pojawiały się inne priorytety (jednym z najważniejszych było wychowanie córki). Ostatecznie Margaret wpadła na „swój” dom zupełnie przez przypadek i tenże właśnie zaważył o kupnie posiadłości. Oczywiście agentka nieruchomości podczas oprowadzania po domu wspomniała o mającym miejsce w tychże ścianach morderstwie (a nawet trzech), ale kto by się tym przejmował, skoro w głowie ma się neon z napisem TO MÓJ WYMARZONY, WYŚNIONY DOM.

W We wrześniu ściany krwawią duchy towarzyszą naszej bohaterce od samego początku powieści. Są takie, które jej służą (to pierwsza książka, w której parzono hektolitry herbaty :)), są takie, które ją chcą wystraszyć, są też takie, które atakują i gryzą, gdy się do nich podejdzie zbyt blisko… I jest jeszcze piwnica. Mroczna, zatęchła piwnica, w której czai się ktoś (coś?) i – co ciekawe – przed którym naszą bohaterkę ostrzegają wszystkie duchy bez wyjątku.

Wspomnienia bohaterki przeplatają się z bieżącymi wydarzeniami, dzięki czemu czytelnik może poznać lepiej Margaret i spróbować zrozumieć jej – często zaskakujące – zachowanie. Zatem mamy dom, mamy bohaterkę i otaczające ją duchy, i wszyscy żyją sobie w mniej lub większej symbiozie. Sielanka nie trwa jednak zbyt długo, a codzienność zostaje zaburzona przez jeden zwykły telefon. Córka naszej bohaterki, Katherin, martwi się o swego ojca. Nie może się z nim skontaktować, nie odbiera telefonu od kilku dni. (W tym momencie czytelnik dowiaduje się, że mąż głównej bohaterki odszedł, bo nie poradził sobie – lekko mówiąc – z atmosferą panującą w domu. Ach, i z krwawiącymi ścianami, o których zapomniałam Wam wspomnieć. Bo – jak w tytule – ściany domu krwawią tylko we wrześniu). Wracając do córki –  właśnie w tymże wrześniu kobieta postanawia odwiedzić matkę i dowiedzieć się, co stało się z tatą (kiedy już minął pierwszy szok po informacji, że rodzice się rozstali). Od tej pory życie Margaret i jej duchów mocno się (a jakże!) komplikuje.

Trudno jest mi mówić o tej powieści tak, żeby nie zepsuć frajdy z jej czytania tym z Was, którzy jeszcze po nią nie sięgnęli. Jest to taki twór, który możemy przyjąć na klatę, zapoznać się z historią i zgodzić się z podaną przez autorkę całością. Albo… możemy fabułę rozbierać na czynniki pierwsze, warstwa po warstwie jak cebulę i zobaczyć, co nam zostanie na końcu. Ja np. wiem, że za jakiś czas przeczytam tę książkę jeszcze raz, żeby sprawdzić, jakie wskazówki pozostawione przez autorkę zwyczajnie przeoczyłam.

We wrześniu ściany krwawią to wciągająca, szalona i nieoczywista powieść,  którą każdy może zinterpretować po swojemu i każdy może odkryć w niej coś innego. Mnie np. jeden motyw skojarzył się ze Slender Manem. Który? Koniecznie sięgnijcie po książkę.
Serdecznie polecam!

(PS Można czytać we wrześniu ;))

Leave a Comment

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *