Nie ukrywam, że ostatnio chętnie sięgam po literaturę dziecięco-młodzieżową. Głównie dlatego, że w natłoku różnych problemów i monotonii codzienności dobrze jest znaleźć jakąś odskocznię, a jako że moją największą pasją od dziecka jest czytanie, więc z przyjemnością sięgam po lżejsze opowieści. Jeśli dodatkowo podczas lektury książki na kolana wdrapie mi się jeden z mruczących sierściuchów, to przepis na chwilę relaksu gwarantowany. No prawie, bo podczas czytania akurat TEGO tytułu moja kotka, Sis, nie mogła spokojnie na moich kolanach wysiedzieć (spać czy kontemplować kocie żyćko?), tylko co kilka minut podchodziła do mnie i albo ocierała się pyszczkiem o róg książki, albo trącała mnie łapką, kiedy ją usilnie ignorowałam, bo akurat w powieści działo się, oj, działo! Częściej jednak sięgałam po TĘ powieść podczas drzemki Grozolubisia. Wtedy czytanie było walką z czasem, bo drzemki mojego synka posiadają widełki od godziny do trzech, więc nigdy nie wiedziałam, ile czasu będę mogła pobyć wraz z bohaterami we Wrocławiu i jego podziemiach 🙂 A uwierzcie mi, powieść wciągnęła mnie na całego! Chyba nawet bardziej niż poprzednia część.
Magda, ale jaka to książka?, zapytacie, mimo że tajemnicą jej tytuł nie jest, bo widać go i na zdjęciu, i w tytule wpisu, i w poście wprowadzającym do lektury opinii. Jednak żeby wszystko było jak należy, to książka, która mnie pochłonęła i niesamowicie zrelaksowała nosi tytuł Kot Marian i Przeklęty Kwartet.
Jest to czwarty tom cyklu, którego autorem jest Krzysztof Zapotoczny, i którego głównymi bohaterami są kot Marian oraz jego człowiek, nastolatek Baltazar Synal. Ten duet wraz z grupą przyjaciół tego ostatniego: Amelią, Kaśką i Konradem po raz kolejny stają się centrum wydarzeń, które w pewien sposób zarówno przybliżają ich, a jednocześnie odsuwają od najważniejszej misji, jaką jest ratowanie wieloświata. Tym razem na drodze naszej ekipy stają postacie znane z bestiariusza słowiańskiego: Morena, Dola, Pochwist i Strach, czyli tytułowy Przeklęty Kwartet. To właśnie te cztery demony przeszkadzają naszym bohaterom w planowaniu działań ratowania świata, a Amelia, Kaśka, Konrad i wybraniec, czyli Baltazar, zostają wystawieni na próby, które zaważą nie tylko na ich życiu. Mało tego! Między Baltazarem a Marianem coraz częściej dochodzi do gwałtownej wymiany zdań, a wisienką na torcie jest fakt, że młodsza siostra chłopaka – Patrycja – dołącza do społeczności odwiedzaczy (tak nazywają się ci, którzy posiadają niezwykłe zdolności…).
Czy nasi bohaterowie pokonają Przeklęty Kwartet? Czy Baltazar uratuje wieloświat? Czy kot i jego człowiek przestaną sobie ufać?… Tego dowiecie się, sięgając po książkę Kot Marian i Przeklęty Kwartet.
Nie mogłam się oderwać od lektury tej powieści. Jak już wcześniej wspominałam, potrzebowałam właśnie takiej historii, takich bohaterów i takiego humoru (a jakże!), by choć trochę zapomnieć o problemach, które całkiem niedawno, acz intensywnie, zajmują moją głowę. Oczywiście nie jest tajemnicą, że gdyby nie słowo „kot” w tytule, to na ten cykl wpadłabym o wiele później, ale na całe szczęście stało się inaczej (generalnie mam na myśli moje pierwsze spotkanie z Marianem jakieś dwa lata temu, kiedy pracowałam w bibliotece, w dziale dziecięco-młodzieżowym).
Przede wszystkim podoba mi się, że autor stworzył takich bohaterów (głównych i pobocznych), z którymi można się utożsamić bądź ich cechy dopasować do znanych nam osób (mam na myśli najbliższe otoczenie, nie celebrytów). To nie są herosi, poza dobrymi decyzjami, popełniają również błędy, dotykają ich różne emocje (od radosnych uniesień po złość, zazdrość, strach) i zmagają się z różnymi zmartwieniami. Wyobrażacie sobie, jaką ogromną odpowiedzialnością Krzysztof Zapotoczny obarczył naszego wybrańca – Baltazara? Nastolatek ma uratować wieloświat! – tak wiele spoczywa na jego barkach, że dorosły by sobie nie poradził. Jasne, chłopak ma ogromne wsparcie przyjaciół oraz dorosłych odwiedzaczy, ale ma też na swojej drodze „przeszkadzajki” nie tylko w postaci demonów, stworów czy innych istot. Ba! Czasem podczas lektury książki miałam wrażenie, że to jednak inni ludzie są zagrożeniem na drodze do ratowania świata.
Koty. Autor jak nikt świetnie zna naturę tych zwierząt. Kot Marian to jedyny w swoim rodzaju osobnik, który posiada chyba wszystkie najgorsze kocie cechy (ale pytaniem bez odpowiedzi pozostaje: które w takim razie kocie cechy są OK? ;)). Uwielbiam jego (pozorne) zdystansowanie do trudnych sytuacji, uwielbiam jego sprzeczki z Baltazarem (i innymi odwiedzaczami również), uwielbiam jego cięty język i czarny humor. Aż żałuję, że w moim domu nie rezyduje taki Marian (dobrze, że Jerry i Sis nie potrafią czytać… Chyba ;)).
Dobrym zabiegiem jest wplecenie w fabułę motywu słowiańskiego. Raz, że mitologia słowiańska aktualnie przechodzi swego rodzaju renesans, a dwa – jest szansa, że młody czytelnik w trakcie lektury zainteresuje się demonami z Przeklętego Kwartetu, a co za tym idzie sięgnie po bestiariusz słowiański, by poznać inne fascynujące i przerażające stwory i istoty.
To co towarzyszyło mi podczas czytania książki, to… ciągłe napięcie. Tyle że z tych pozytywnych, które świadczą o tym, jak bardzo opowiadana historia mnie wciągnęła. Podobnie jak w cyklu Czarny Staw Roberta Ziębińskiego, tak i tu czasem czułam się, jakbym była dodatkowym bohaterem książki, przeżywającym te same wydarzenia lub który cieszy się i martwi razem z pozostałymi bohaterami Kota Mariana i Przeklętego Kwartetu. Szczerze – przewracanie kolejnych stron było katorgą, bo z jednej strony chciałam dowiedzieć się, co dalej, a dwa – podświadomość szeptała mi: Jesteś coraz bliżej końca książki… – co było okrutne, bo tak dobrze mi się czytało tę powieść, że mogłaby sobie płynąć jeszcze przez kolejnych pięćset stron. I generalnie kończąc rozdział, myślałam: Dobra, to jeszcze tylko jeden. A że przy Grozolubisiu myśl ta często była tylko pobożnym życzeniem (bo rozdziałów dużo, a drzemka króciutka), więc każda chwila na czytanie stawała się świętem 🙂
Jako że jest to kolejny tom cyklu, to zdradzać Wam więcej nie będę poza tym, że bawiłam się podczas lektury świetnie! Wyobraźnia autora nie zna granic, a cykl o kocie Marianie wciąga niczym studnia bez dna (w pozytywnym znaczeniu)! Ta część ma – moim zdaniem – więcej mroku i ogólnie uważam, że każda kolejna jest lepsza od swojej poprzedniczki.
Polecam serdecznie każdemu, kto kocha koty i/lub książki, i/lub fantastyczne historie i/lub Wrocław!!!
I czekam z (nie)cierpliwością na kontynuację!
