Sport towarzyszył mi od zawsze, choć tak najmocniej związałam się z nim w trzeciej klasie podstawówki, kiedy to zupełnie przez przypadek (wersji tej historii jest co najmniej kilka) zaczęłam trenować szermierkę. Na początku podobało mi się tak se, choć w sumie… podobało, ale bakcyla (i ostateczny wybór broni na szpadę*) złapałam, kiedy wygrałam swoje pierwsze zawody, czyli Pierwszy Krok Szermierczy. Od tej pory całą dekadę swego szkolnego życia poświęciłam na treningi i uczestnictwo w zawodach (spokojnie, do szkoły też chodziłam ;)). Po maturze rozstałam się z klubową planszą, ponieważ harmonogram dziennych studiów zwyczajnie mi na to nie pozwolił, ale żeby nie wyjść z formy, często gęsto spotykałyśmy się z moją kochaną J., żeby poćwiczyć, czy też pobiegać bulwarami wiślanymi. Natomiast do tego czasu siłowni unikałam jak ognia (OK, czasem na treningach miałam jakieś zajęcia tego typu, ale nie były one takim must have, jak obecnie). Głównie dlatego, że na siłowni się… nudzę 😀 Dlatego na długi czas związałam się z zajęciami fitness, a na siłkę trafiłam, kiedy moje plecy poczuły, że potrzebują łamania kołem 😀 Aktualnie ćwiczę jedynie bieganie za Grozolubisiem, ale liczę na to, że niebawem wrócę do regularnych treningów na siłowni czy tam basenie (jeszcze się waham ;)).
Bywając na siłowni, zdarzyło mi się robić martwy ciąg, ale szczerze – nie było to moje ukochane ćwiczenie. Czego nie można powiedzieć o Andrzeju – głównym bohaterze książki Tomasza Kozioła Martwy ciąg.
Wyobraźcie sobie, że treningi siłowe to Wasze ukochane hobby, które pomaga w mierzeniu się z codziennością. Z samotnością… Z poczuciem beznadziei. I pewnego dnia widzicie światełko w tunelu, ktoś wyciąga do Was rękę, ktoś chce Was otoczyć opieką, sugeruje wsparcie i Wy w to idziecie, bo macie już dość tej szarości, tego doła… Rzucacie dotychczasowe życie, bo przecież jest nadzieja na lepsze i… wraz z kilkoma innymi osobami trafiacie, ale… z deszczu pod rynnę. A potem, na skutek przypadku, pecha, fatum – jak zwał, tak zwał, dzieje się coś złego i to złe zaczyna ciążyć Wam najpierw na barkach, potem na piersi, by powoli, każdego dnia zabierać kolejny oddech. I właśnie o tym jest ta książka…
Tomasz Kozioł snuje swą opowieść w takim tempie, w jakim powinno się wykonywać powtórzenia martwego ciągu. Niespiesznie, w skupieniu, ale i swego rodzaju napięciu. Tragedia, która wydarza się w nowo powstającej siłowni, gdzieś na warszawskiej Pradze, dokłada do tego warstwę niepokoju, a ta towarzyszy czytelnikowi niemal do końca powieści.
W Martwym ciągu nie znajdziecie typowych dla horroru straszaków, za to czekają tu na Was strach, popadanie w szaleństwo, dążenie do celu po trupach (dosłownie!), bezradność, poczucie osaczenia i kontroli, ale też… wspomniane wcześniej światełko w tunelu.
Odbieram tę powieść jako horror, ale w rozumieniu horroru, z jakim często mierzą się młodzi ludzie, którzy wchodzą w dorosłość. To powieść, w której tak naprawdę potworem jest człowiek. Martwy ciąg śmierdzi potem, cuchnie złem i jest lepki od brudu. I dlatego tak mocno zapada w pamięć.
Ze swej strony serdecznie polecam!
*w szermierce występują trzy rodzaje broni: szpada, szabla i floret 🙂
