Anna Musiałowicz to autorka, z książkami której jestem na bieżąco (kiedyś tak miałam z książkami Stephena Kinga, a teraz – proszę – ostatnią mam totalnie w plecy!). Pamiętam jej początki na rynku wydawniczym, kiedy nieśmiało stawiała kroki ku nowej przygodzie, jaką było pisanie. Pamiętam tę niepewność podczas naszych prywatnych rozmów: czy ktoś to będzie chciał czytać? Jak widać TAK, skoro miesiąc temu ukazała się kolejna już książka autorki pt. Płachytka.
Kiedy tak zastanawiałam się nad moim podejściem do powieści Ani Musiałowicz, to wydaje mi się, że odkąd jestem mamą, zmieniło się ono diametralnie. Skąd takie wnioski? Ano stąd, że autorka już wcześniej opowiadała historie czy to mamy z synem (Kuklany las, Wyrzuciła ją rzeka), czy taką, której bohaterkami są dziewczynki (Diabeł zza okna, Śnieg jeszcze czysty), a jednak żadna (serio, żadna! A przecież pozostałe książki Ani również wywołują gęsią skórkę podczas czytania i są niezwykle klimatyczne) nie poruszyła mnie tak bardzo i nie przestraszyła tak bardzo, jak wspomniana już przeze mnie Płachytka.
Bohaterką powieści jest Ewa, która wraz z mężem i dwiema córeczkami przeprowadza się do miasta. Tak się składa, że na jej drodze los stawia dawno niewidzianą znajomą jej matki, która z czasem staje się przyjaciółką rodziny i nieocenionym wsparciem w trudnej sytuacji, w jakiej znajdzie się Ewa. A żeby podkreślić grozę sytuacji, mężem nowej znajomej jest Radosław Skowronek, człowiek, który w młodości zmierzył się z niewyobrażalną tragedią spowodowaną przez płachytki – „istoty zwiastujące chorobę i śmierć”. Podczas spotkania obu rodzin do Skowronka powracają wspomnienia sprzed lat z powodu płachytki, którą widzi tylko on i którą otulona została Ewa. Zaraz po tym Ewa i jej córeczki podupadają na zdrowiu, a staruszek znając przyczynę choroby dziewczyn, zaczyna walkę z czasem i postanawia stawić czoła przeszłości.
Powiem Wam, że bardzo trudno jest pisać o powieści, która tak mocno mnie poruszyła. Tak naprawdę żadne słowa nie są w stanie oddać tych emocji, które towarzyszyły mi podczas lektury Płachytki. Myślę, że przede wszystkim dlatego, że bez trudu mogłam utożsamić się z główną bohaterką. Czuć całą sobą wszystko to, co czuła Ewa, zarówno kiedy spotyka po latach Marię Skowronek czy gdy zderza się z wrogim zachowaniem jej męża. I te momenty bezradności, kiedy nasza bohaterka zapada na zagadkową chorobę. Ale chyba najbardziej niepokoiły mnie opisy wwiercającego się w czaszkę, panicznego strachu o dziewczynki, o ich zdrowie. Ten histeryczny lęk przed śmiercią ukochanych dzieci… Chyba te fragmenty najbardziej powaliły mnie na łopatki. Autorka pisze o tym tak dosłownie, tak szczerze, tak od… serca, że nie sposób uciec od tych trudnych emocji. Nie raz łapałam się na tym, że wstrzymuję oddech w trakcie czytania książki, bojąc się, co mnie zastanie na kolejnej stronie powieści i wierząc, że jednak wszystko będzie dobrze. Czy było?… To już musicie sprawdzić sami, sięgając po Płachytkę.
Jak już wspomniałam, ogromną rolę w całej tej opowieści ma Skowronek. Staruszek, na którego drodze lata temu stanęła płachytka, doprowadzając do tragedii. W powieści, równolegle z wydarzeniami dziejącymi się w domu Ewy, cofamy się do czasów PRL-u i młodości naszego bohatera, co pozwala poznać nam jego historię i to, co złego mu się przydarzyło w życiu. To bardzo ważna część opowieści, która wyjaśnia motywy działania Skowronka – to raz, a dwa – jest równie przejmująca i bogata w takie wydarzenia, że… ja na jego miejscu już dawno wąchałabym kwiatki od spodu… Historia Skowronka pokazuje nam również, jak silny i zdeterminowany jest ten mężczyzna, mimo iż sprawia wrażenie zupełnie zwyczajnego, a nawet gburowatego starszego pana.
Poza ogromną dawką różnorodnych emocji, ale takich silnych, które trafiają mocno w serducho, wpleciony do powieści został motyw słowiańskich wierzeń, czyli tytułowa płachytka. Podoba mi się ten zabieg, kiedy coś, w co wierzono dawniej, przypomina o sobie we współczesności. To trochę taki prztyczek w nos dla nas, którzy w pogoni za (i tu każdy z Was niech sobie wpisze, za czym wciąż pędzi bez tchu) zapominamy, że być może jest gdzieś obok nas ten drugi świat. Przestaliśmy być uważni, a nasilający się kaszel czy ogromne osłabienie, wręcz ociężałość tłumaczymy zmęczeniem… A jeśli to COŚ innego?…
(W ogóle motyw płachytki, która przytula się do człowieka, która siada na jego barkach, osacza skojarzył mi się z japońskim filmem Shutter-Widmo. Jeśli nie widzieliście, polecam!).
Poza motywami słowiańskimi, poza ogromną dawką emocji, autorka ukazuje również złożoność relacji, zwłaszcza relacji w rodzinie. Kiedy zaczyna dziać się źle, dopiero wtedy widzimy – my i zapewne sama bohaterka – że tak naprawdę z całą sytuacją (poza małymi wyjątkami) Ewa musi sobie radzić sama. Że w sytuacji podbramkowej ta druga osoba sobie nie poradziła, uciekając w obowiązki zawodowe. Myślę, że wiele kobiet może się w tym wątku odnaleźć. Zresztą ten motyw (strach przed odpowiedzialnością) nadaje jeszcze większej dynamiki w powieści. Bezradność, osamotnienie, obezwładniający strach o życie dzieci… Groza w czystej postaci! Choć tak naprawdę grozą nie jest.
I jeszcze na koniec dodam, że po tylu latach od debiutu autorka wypracowała sobie swój własny, charakterystyczny styl opowiadania historii. Znów wrócę do początku tej opinii i powiem, że to samo mam z Kingiem. Kiedy zaczynam czytać jego powieść, od pierwszych zdań WIEM, że to jego tekst. W przypadku Anny Musiałowicz mam podobnie. Gdyby nikt mi nie powiedział, że Płachytkę napisała Ania, rozpoznałabym ją po pierwszych zdaniach 🙂
Podsumowując, powtórzę to, co napisałam już w dniu premiery książki: Płachytkę przeczytałam z wypiekami na twarzy i – w moim subiektywnym odczuciu – jest to najlepsza powieść autorki.
Serdecznie polecam!
