Kiedy byłam dzieciakiem, chyba jak większość miałam pewne stereotypowe podejście do myślenia o Warszawiakach. Pewnie dlatego, że jako rodowita Krakowianka nasłuchałam się tego i owego o mieszkańcach Warszawy (że zadufani, że patrzą na wszystkich z góry, bo mieszkają w stolYcy* itp. itd.). Jednak to wszystko były jakieś tam opinie osób, które albo zwyczajnie zraziły się do tego miasta i mieszkających w nim ludzi, albo osób, które nigdy w Wawie nie były, ale opowiadały różne kocopoły w temacie w myśl zasady „nie wiem, ale się wypowiem”. Oczywiście niedługo później, będąc po raz pierwszy w stolicy, na zawodach sportowych, sama mogłam – mniej więcej – ocenić, czy to, co w Krakowie mówią o Warszawiakach to prawda, czy nie. Zresztą jedną z moich najlepszych koleżanek-szpadzistek była/jest Warszawianka 🙂
Generalnie nigdy nie interesowało mnie to, czy ktoś pochodzi z takiego miasta, czy takiego kraju. Bo ludzie są ludźmi i jak świat długi i szeroki w każdym zakątku Ziemi znajdą się ci fajni i ci niefajni (jak śpiewają Depeche Mode w kawałku People are people: „So we’re different colours/ And we’re different creeds/ And different people/ Have different needs/ It’s obvious you hate me/ Though I’ve done nothing wrong/ I’ve never even met you/ So what could I have done”**) i tyle w temacie.
A dlaczego wspominam Wam dziś o swoich myślach w temacie mieszkańców stolicy, ano dlatego, że lektura książki Kajetana Puszka Miasto stygmatyków sprawiła, że zaczęłam się zastanawiać, jak to jednak z nimi jest (oczywiście piszę to z przymrużeniem oka ;)).
Nie powiem, że łatwo mi się czytało tę książkę. Dopiero za drugim razem pozwoliłam się wciągnąć w opowieść zaserwowaną przez autora. Mnogość bohaterów, niecodzienne sytuacje, w których się znajdują i sporo dziwności – to wszystko sprawia, że dobrze zasiąść do lektury z głową choć minimalnie odciążoną od trudnych myśli, bo – moim zdaniem – odbijecie się od tej książki i nie będziecie chcieli do niej wrócić. Mimo pozornie niewielkiej objętości, cała ta opowieść wymaga dużego skupienia.
W Mieście stygmatyków traficie do Warszawy, ale do takiej wersji alternatywnej, brudnej, mocno surrealistycznej, takiej, gdzie alkohol i seks – oba w nadmiarze – są czymś mocno pożądanym (w tym drugim przypadku – im dziwniej, tym lepiej). W Mieście stygmatyków spotkacie bohaterów na pierwszy rzut oka niepozornych, ale kiedy już poznacie ich historie, ich myśli, sądzę, że bylibyście jednocześnie zaskoczeni i zasmuceni, z jakim bagażem mierzą się na co dzień.
Trudno mi określić tę powieść, ale gdybym miała ostrożnie spróbować, to pokusiłabym się o taki miks groteski i bizarro ze szczyptą czerwonego pokoju z Twin Peaks. Ale pamiętajcie, że to tylko moja opinia. Wy możecie zinterpretować ten tekst zupełnie inaczej.
Podsumowując, Miasto stygmatyków to niezwykle wymagająca lektura, mroczna, dziwna, dająca do myślenia. Nie tylko dla miłośników bizarro.
* i tu absolutnie się nie nabijam. W swoim życiu spotkałam co najmniej jednego Warszawiaka, który właśnie w ten sposób wymawiał to słowo. Tak po prostu, nie w żartach.
**„Więc mamy różne kolory skóry/ I mamy różne wyznania/ I różni ludzie/ Mają różne potrzeby/ To oczywiste że mnie nienawidzisz/ Choć nie zrobiłem ci nic złego/ Nigdy wcześniej cię nie spotkałem/ Więc co mogłem zrobić?”.
