„Tajemnica bezgłowego szkieletora”, Łukasz Olszacki (il. Katarzyna Kołodziej)

Czasy szkolne, a zwłaszcza te, kiedy chodziłam do szkoły podstawowej, wspominam tak sobie. Poza poznaniem pierwszej, najlepszej przyjaciółki ever i kilku osób z klasy, raczej za nimi nie tęsknię. Aktualnie przyjaźń może trochę się „rozlazła”, a z grupą podstawówkowych kolegów kontakt mamy raczej marny (ale mimo wszystko wciąż jest!), jednak pamiętam kilka niezłych numerów, które wywinęliśmy w trakcie zajęć szkolnych i pozaszkolnych. Pamiętam również groźną woźną, która patrzyła na wszystkich uczniów spod zmarszczonych brwi i która mieszkała w niewielkim pomieszczeniu/domku/składziku przy budynku szkoły (w sumie gdybym całe życie miała spędzić w szkole, pewnie też chodziłabym wiecznie wkurzona :D). Zapewne zastanawiacie się, skąd nagle wpadły mi do głowy takie rozmyślanki. Zatem już wyjaśniam: miałam przyjemność ostatnio powrócić do czasów szkolnych dzięki Antosiowi Wircusiowi i jego bandzie, czyli Nacie (nie Natce!) i Stasiowi, dzięki niedługiej, acz strasznej historii pt. Tajemnica bezgłowego szkieletora autorstwa Łukasza Olszackiego.

Słuchajcie, kiedy pierwsze zdanie książki zaczyna się tak: „Cześć! Nazywam się Antoś Wircuś i właśnie siedzę uwięziony w kominie”, to ja już wiem, że koniecznie muszę się dowiedzieć, jakim cudem ten dzieciak się tam znalazł; a kiedy w dalszej części czytamy, że wraz z nim w kominie utknęła dwójka jego przyjaciół, to nie ma opcji, żeby nie dowiedzieć się, jakie jest zakończenie tej historii… niefortunnych pomyłek. A zaczęło się tak…

…że oczywiście już więcej nic Wam nie zdradzę 😉 Przecież nie mogłabym Wam odebrać całej frajdy z czytania i przeżywania tej jakże strasznej i zabawnej zarazem książki. Natomiast, jak już wcześniej wspomniałam, cała historia opiera się na kanwie drobnych kłamstw i nieporozumień, które sprawiły, że dzieci znalazły się w kominie (nie wiem, czy mam klaustrofobię – zdecydowanie lęk przestrzeni – ale kiedy czytam o ciasnych pomieszczeniach czy przejściach, z których nie można się wydostać, a na dodatek jest w nich ciemno, to od razu robi mi się zimno… i słabo) oraz z powodu szkieletora, który postanowił stracić głowę podczas jednej z przerw. Z kolei kościotrup sprawił, że głowę stracił również Antoś Wircuś (mały spoiler: niedosłownie), a potem to już poszła lawina złych decyzji i złych wyborów. Pokręcone? Może trochę, ale obiecuję, że zakończenie książki wszystko wyjaśnia 🙂

Tajemnica bezgłowego szkieletora, poza dynamiczną i pełną przygód opowieścią, to historia o przyjaźni. O tym, jak w trudnych sytuacjach możemy trafić na ludzi, którzy zamiast nas osądzać i karać – pomogą nam bez względu na wszystko. To opowieść o tym, jak jedno kłamstwo generuje kolejne, a brak przyznania się do błędu może uruchomić lawinę niespodziewanych wydarzeń, co z kolei może prowadzić na przykład do wylądowania w szkolnym kominie. To też historia z morałem o tym, jakie są konsekwencje naszych błędnych decyzji, ale też o tym, że wszyscy jesteśmy ludźmi – w tym wypadku dzieciakami w wieku szkolnym – i właśnie na tych błędach się uczymy. Taka trochę szkoła życia po lekcjach 🙂

Myślę, że ten tytuł przypadnie do gustu wszystkim młodym miłośnikom niespodziewanych przygód i lekkiego dreszczyku emocji. Font jest duży, przejrzysty, dzięki czemu Tajemnicę bezgłowego szkieletora czyta się bez większego wysiłku. Ba! Książka spokojnie może posłużyć jako wsparcie dziecka przy nauce samodzielnego czytania lub je ćwiczyć. Duży plus za komiksowe ilustracje Katarzyny Kołodziej.

Mam nadzieję, że niebawem powstaną kolejne części serii Antoś i jego banda, bo jestem niezwykle ciekawa, co nasza trójka przyjaciół znowu zmaluje najlepszego. Serdecznie polecam 🙂

Leave a Comment

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *