„Pieśń słowika”, Agata Suchocka

Z twórczością Agaty Suchockiej spotkałam się kilka lat temu, kiedy ukazała się pierwsza część cyklu wampirycznego Daję ci wieczność. Co ciekawe, autorka najpierw debiutowała zagranicą, a dopiero później małymi krokami zaczęła się wdzierać na nasz rynek wydawniczy. Miałam przyjemność poznać Agatę, zanim jeszcze zaczęłyśmy współpracować przy projekcie #grozajestkobietą, a później przy antologii grozy kobiecej Zabawki i wiem, że to kobieta orkiestra, a pisanie jest jedną z jej pasji.

Dziś, z okazji premiery trzeciej części cyklu Daję ci wieczność. Pieśń słowika, zapraszam Was do krótkiej opinii na temat książki.

Powieść podzielona jest na dwie części. Pierwsza, zatytułowana „Królowa nocy”, przedstawia historię Arapaggio – chcącego skończyć ze sobą, porzuconego kochanka oraz Józefiny – ladacznicy, która mści się, polując na nazistowskich oficerów. Pewnego dnia los splata ścieżki tych nietypowych bohaterów i łączy je. Ale czy na zawsze?…

Druga część, tytułowa „Pieśń słowika” to wspomnienia Arapaggio o byłym kochanku, Aleksandrze. Pierwsze spotkanie w operze, pierwsze uniesienia, pierwsze sprzeczki, a także pewne tragiczne wydarzenia, które doprowadziły naszego głównego bohatera do wydarzeń z początku książki. A cała historia dzieje się w czasach pogrążonej w konflikcie zbrojnym Europie.

Na pierwszy rzut oka mogłoby się wydawać, że powieść Agaty Suchockiej to romans historyczny, tyle że w przeciwieństwie do zwykłej historii miłosnej, w tej znajdziecie… wampiry. Tak, nasz Arapaggio to dżentelmen krwiopijca, wrażliwy acz brutalny, gdy trzeba, umiejętnie wpasowujący się w czasy, w których dane przyszło mu żyć.

Powieść charakteryzuje się pięknym językiem, dzięki czemu czyta się ją lekko i płynnie. Czasem miałam wrażenie, jakby poszczególne zdania tworzyły rytm melodii znanej tylko autorce. Poza tym Agata Suchocka dobrze operuje detalami: czy to pisząc o ubiorze Józefiny, czy to opisując wystrój domu, opery czy metaliczny zapach krwi wypływającej z poderżniętego gardła przypadkowej ofiary.

Pieśń słowika uzupełniona jest o ilustracje zaprzyjaźnionych z autorką grafików i artystów, a także jej samej, co po raz kolejny pokazuje, że nie tylko słowem pisanym Agata Suchocka żyje.

Podsumowując, trzeci tom cyklu wampirycznego Daję ci wieczność da Wam nie tylko wieczność, ale mnóstwo namiętności, tęsknoty oraz zazdrości okraszonej odrobiną zemsty. I ma jeszcze kolory. Mnóstwo kolorów.

Jeśli zdecydujecie się sięgnąć po tę powieść, to życzę Wam miłych wieczorów w doborowym towarzystwie istot, które kochają mrok. Ja bardzo polecam. I powieść, i towarzystwo.

 

Bartosz Niegrebecki:„Nie przypuszczałem, że aż tak „trafię” z tematem w czas i miejsce”

Pod koniec roku 2020 Bartosz Niegrebecki zadebiutował powieścią Pełnia zapomnienia. To powieść niezwykle wzruszająca, pomimo występującej w tle epidemii depresji, z wątkiem psychologicznym, jaki lubię, a i posiada elementy znane miłośnikom grozy z Bezsenności Stephena Kinga.

Zapraszam do lektury wywiadu!

Magdalena Paluch: Dzień dobry Panie Bartoszu! Bardzo się cieszę, że możemy porozmawiać przy okazji niedawnej premiery Pana książki Pełnia zapomnienia. Pomysł na fabułę bardzo mi się podoba. Jest oryginalny, ale i na obecne czasy bardzo aktualny. O czym jest ta powieść?

Bartosz Niegrebecki: Dzień dobry, mnie jest również miło porozmawiać o mojej pierwszej książce. Kiedyś usłyszałem mądre zdanie: „wszystko jest historią jakiejś miłości”. I gdybym musiał odpowiedzieć jednym słowem o czym jest Pełnia zapomnienia, odpowiedziałbym, że jest o… miłości. O takiej, która ma wiele postaci i objawia się w różny czasami przedziwny sposób. Bohaterowie odnajdują się w rzeczywistości po epidemii, mierzą się z jej skutkami. Próbują odnaleźć się w nowym świecie, a każda z postaci niesie bagaż swojej przeszłości. Wielu z nich ma problemy z pamięcią, ale ciężar czasem bardzo trudnych relacji rodzinnych – o tym akurat woleliby zapomnieć –  nieustająco wpływa na ich losy. Nie chciałbym odkrywać treści. Powiem tylko, że czytelnik znajdzie tam wiele mniejszych historii. I to takich wziętych prosto z życia, niestety prawdziwych.Continue reading →

Katarzyna Burda (Studio JG): „nigdy nie przyszło mi do głowy, że znalazłby się wariat, który płaciłby mi za czytanie komiksów”

W nowym Roku zapraszam na kolejny wywiad z cyklu „Wydawnictwa pod lupą”.
Z Katarzyną Burdą z wydawnictwa komiksowego Studio JG rozmawia Sebastian Drabik.

Sebastian Drabik: Jakie są Twoje pierwsze wspomnienia związane z literaturą, a jakie z mangą?

Katarzyna Burda: Cóż, nie jestem w stanie uczciwie powiedzieć, jakie były pierwsze książki, które przeczytałam, zdecydowanie pamiętam jednak moje pierwsze zderzenie z komiksem w ogóle. Jako że mój tata był niegdyś fanem Kajka i Kokosza, ich przygody często zajmowały mnie w dzieciństwie. Pierwszą zaś mangą, jaką przeczytałam, było zeszytowe wydanie Neon Genesis Evangelion.

SD: Myślę, że wiele osób pasjonujących się opowieściami w obrazkach zwyczajnie Ci zazdrości. Praca w wydawnictwie to dla wielu czytelników wymarzone zajęcie, ale Twoja historia związana z pracą w Studio JG jest wyjątkowa – ostatnio wydało się, że zatrudniłaś się w wydawnictwie, aby powalczyć o wydanie swojej ulubionej mangi. Czy to prawda?

KB: Heh, to jest jedna z tych sytuacji, gdy głuchy telefon rodzi plotkę, która następnie żyje własnym szalonym życiem. 🙂 Pamiętam, że jakiś rok temu na asku ktoś zapytał, czy przyszły nam ostatnio jakieś licencje i odpowiedziałam (parafrazując), że właśnie dostaliśmy jedną, na którą bardzo długo czekałam i zażartowałam, że jeśli komuś marzy się jakiś konkretny tytuł, zatrudnienie się w wydawnictwie jest świetną metodą, aby to marzenie spełnić. Oczywiście to było tak pół żartem, pół serio i nie przypuszczałam, że potem ta rzucona bokiem uwaga wróci do mnie w tak wielu niesamowitych wersjach – dostawałam maile, prywatne wiadomości z zapytaniem: cóż to takiego; niektórzy już nie pytali, tylko powtarzali, że taka jedna w tamtym wydawnictwie zatrudniła się, żeby wydać to czy tamto. Jest i było wiele licencji, których niecierpliwie wyczekiwałam i wyczekuję, zatem nie było to nawet tak historyczne wydarzenie, na jakie wygląda. Mogę jednak zdradzić, że w nadchodzącym roku wydamy kilka bliskich mojemu sercu serii. 🙂Continue reading →

Tomasz Siwiec: „Jeśli ktoś twierdzi, że obcowanie z horrorem uodparnia na lęki to albo kłamie, albo jest pieprzonym pozerem!”

Magdalena Paluch: Tomku, przede wszystkim bardzo się cieszę, że zgodziłeś się na rozmowę dla Grozowni. Tym bardziej że na tzw. poletku grozy działasz już bardzo długo: nie tylko jako autor, ale także jako promotor tego gatunku. No właśnie, gdybyś mógł opowiedzieć, od czego zaczęła się Twoja miłość do horroru i makabry?

Tomasz Siwiec: Dziękuję za zaproszenie. Przed napisaniem odpowiedzi na to pozornie proste pytanie, zmuszony byłem cofnąć się pamięcią do czasów, kiedy jeszcze w czarno-białym telewizorze leciały tak zwane „kina nocne”. Czasami były to bardzo stare horrory lub tematycznie podobne filmy albo kryminały w stylu „Teatru Sensacji Kobra”. Te telewizyjne dzieła budziły u takiego wówczas kilkulatka, jak ja, ciekawość oraz grozę. Natomiast w czwartej lub piątej klasie szkoły podstawowej rozpoczęła się moja przygoda z książkowym horrorem. Pamiętam, że wynikła ona z mojej nienawiści do lektur szkolnych oraz fascynacji krwawymi okładkami wydawnictwa Phantom Press. Po przeczytaniu pierwszych b-klasówek, stwierdziłem – ja zrobię to lepiej! Tak właśnie narodziła się miłość do horroru oraz makabry, która z wiekiem zaczęła ewoluować i trwa do dziś.Continue reading →

Piotr Ander: „Sam jestem ciekaw, jak wygląda horror w rozumieniu Piotra Andera”

Magdalena Paluch: Panie Piotrze, przede wszystkim bardzo się cieszę, że zgodził się Pan udzielić wywiadu dla Grozowni. I przy okazji serdecznie gratuluję wydania debiutanckiej powieści Mroczny rewers. Jakie to uczucie – trzymać w rękach powieść, której się jest twórcą? Powieść, która jeszcze całkiem niedawno znajdowała się w jednym z plików na komputerze?

Piotr Ander: Bardzo dziękuję. Mnie również jest bardzo miło. Jestem ogromnie wdzięczny, że Grozownia zdecydowała się objąć patronatem moją książkę.
Jakie to uczucie? Hm. Wyobrażam sobie białą salę na oddziale położniczym, dyskretny zapach septodermu i mnie, jako wyczerpaną porodem mamusię, której właśnie przyniesiono dziecko. Mówiąc poważnie, oczywiście cieszę się, że książka znalazła się w sprzedaży w całym kraju. Było już kilka bardzo pozytywnych recenzji. Książki są trochę jak dzieci, z czasem zaczynają żyć własnym życiem, coraz bardziej niezależnym od autorów. Mam nadzieję, że Mroczny rewers jakoś przetrwa w starciu z czasem i za kilka lat ktoś będzie nadal o tej książce pamiętał.Continue reading →

Seria GROBOWIEC nadchodzi (wydawnictwo Vesper)

Prawdopodobnie na początku przyszłego roku nakładem Wydawnictwa Vesper  ukaże się  GROBOWIEC – antologia prezentująca teksty wybranych przedstawicieli polskiej literatury grozy.

Sama idea i koncepcja na ten projekt narodziła się w głowie Jakuba Kozłowskiego – inicjatora serii. W pierwszym tomie zatytułowanym GROBOWIEC. Zaraza, znajdziemy nazwiska autorów mniej lub bardziej związanych z wydawnictwem Vesper. Jak zdążyliście się już domyślić, to właśnie wokół tematyki zarazy będą krążyć opowiadania, zawarte w antologii.

Jak podkreśla jeden z przedstawicieli wydawnictwa: „Nie zamykamy się na żaden gatunek literacki, natomiast ważne jest, aby w tekście pojawiły się elementy grozy/niepokój, a także by opowiadanie zawierało słowo-klucz (w tym wypadku jest to wspomniana już wcześniej „zaraza”- przyp. MP).”

Plan jest taki, aby tomy serii ukazywały się raz w roku. Natomiast wszystko i tak będzie zależało od zainteresowania czytelników projektem.

Wiadomo już, że trwa nabór do drugiego tomu serii. Tym razem temat przewodni to przysługa, a propozycje opowiadań należy przesyłać na adres mailowy: grobowiec.antologia@gmail.com.

Za oprawę graficzną serii odpowiada Maciej Kamuda.

 

 

 

Anna Maria Wybraniec: „Wolę takie małe, ukryte cierpienia, jak o dziewczynce co wypłakała sobie oczy i teraz chowa szklane kulki pod powiekami”

Magdalena Paluch: Cześć! Cieszę się, że dołączyłaś do projektu Groza jest kobietą i że możemy trochę o Tobie porozmawiać. Nie wiem, czy śledziłaś wcześniej ten cykl na Grozowni, ale jeśli tak, to czy zaobserwowałaś jakieś zmiany w środowisku grozy? Więcej kobiet zaczęło pisać? Czy jednak nic się nie zmieniło?

Anna Maria Wybraniec: Dziękuję za zaproszenie! Projekt kojarzyłam, wywiady pojawiały się na mojej tablicy, a ja czułam lekkie ukłucie nieuzasadnionej zazdrości. Trudno mi jednak powiedzieć, czy wiele się zmieniło. Nie śledziłam przeszłych i bieżących publikacji zbyt dokładnie, a dzięki projektowi co jakiś czas trafiałam na kolejne piszące kobiety, więc ten mój obraz mógł być zniekształcony. Coś zmieniło się na pewno, jak zasygnalizował w listopadzie zeszłego roku Sebastian Sokołowski: Mam wrażenie, patrząc na wydania z 2019 roku i wcześniejsze, że kobiety w polskiej grozie są jakby schowane pod „naporem” powieści i książek napisanych przez facetów. Ba! Patrzę nawet na nasze dotychczasowe publikacje (wstyd). Trzeba to zmienić, tym bardziej, że dziewczyny piszą świetnie.Continue reading →

Paweł Marszałek (wydawnictwo C&T): „Kiedyś było powiedzenie: Kto nie czyta, ten zamiata, ale dziś to już nieprawda, bo wystarczy posłuchać, jak się mówi i pisze w mediach”

Sebastian Drabik: Wydawnictwo C&T powstało blisko 30 lat temu. To ładny i robiący wrażenie staż. Opowiedz o celu, jaki wtedy Ci przyświecał i początkach Twojego wydawnictwa. I co kryje się za tymi literkami w nazwie?

Paweł Marszałek: Za literkami C&T kiedyś kryło się: Crime and Thriller, ale bardzo szybko zostało po tym wspomnienie (bez żalu i sentymentu), bo zamiast wydawać kryminały, co było pierwotnym celem wydawnictwa – na wygłodniałym tego typu rasowej literatury rynku – w naszej ofercie pojawiły się i poezja, i proza współczesna, i powieści dla młodzieży przy coraz mniejszej ilości kryminałów. A te początki były szalone, gdy każdego miesiąca bankrutowała jedna hurtownia książek po drugiej – lepiej sobie tego nie przypominać.
Jedyne, co było piękne w tamtych czasach, to nakłady książek. Cel mógł mi przyświecać piękny i banalny: że będę wydawał tylko książki takie, jakie lubię. A rynek powiedział dość szybko: takie, jakie kupią. I chyba dobrze, bo ekonomicznie dużo się nauczyłem przez 30 lat…Continue reading →

„Paradoks” (przedpremierowo), Artur Urbanowicz

Trzydzieści lat temu, w kwietniu, premierę miał serial, który zachwycił odbiorcę swym niesamowitym klimatem, genialną muzyką i interesującymi bohaterami. Podejrzewam, że każdy, kto wtedy go oglądał, do czarnej, mocnej kawy zajadał ciastko z wiśnią, a o Dale’u Cooperze opowiadano sobie podczas przerw w pracy, w szkole czy w trakcie spotkań towarzyskich. W 1990 roku miałam 7 lat i dla mnie większym przeżyciem było to, że po wakacjach pójdę do szkoły i zostanę pełnoprawną pierwszoklasistką klasy sportowej, natomiast doskonale pamiętam napis na jednym z bloków mojego osiedla: „Kto zabił Laurę Palmer?”. Ostatecznie dowiedziałam się tego, będąc na ostatnim roku studiów i stając się miłośniczką serialu Miasteczko Twin Peaks.

Pewnie się zastanawiacie, co wspólnego ma ten kultowy serial z czwartą już powieścią Urbanowicza? W zasadzie niewiele, ale czytając Paradoks napotkałam na kilka elementów, które automatycznie skojarzyły mi się właśnie z Miasteczkiem Twin Peaks.

Opis:
Maks Okrągły „Square” to najlepszy student matematyki na wydziale i chorobliwy perfekcjonista. Jego umysł, przesiąknięty królową nauk, przestawił się na skrajną efektywność – chłopak uczy się szybciej, robi więcej i osiąga lepsze wyniki niż rówieśnicy. Sytuacja ta ma jednak swoją ciemną stronę – Maks podświadomie gardzi innymi ludźmi i traktuje ich z góry. Paradoksalnie jednak najbardziej gardzi… samym sobą – zwłaszcza kiedy popełnia błąd, który jego zdaniem mu nie przystoi, i czuje z tego powodu potężną złość. Czasem przybiera to ekstremalne formy – Maks wymierza sobie coraz dotkliwsze kary poprzez samookaleczanie i dręczą go paranoiczne myśli przeplatane z przerażającymi wizjami, między innymi, że prześladuje go jego sobowtór, który go nienawidzi i chce go zabić. Nie wie jednak, że prawdziwy koszmar dopiero nadchodzi i na własnej skórze przekona się o dosłowności porzekadła „Lepsze jest wrogiem dobrego”. Czy sobowtór Maksa, uosobienie jego obsesji dążenia do doskonałości, naprawdę przestał być jedynie majakiem udręczonego umysłu?

Paradoks jest powieścią, do której trudno mieć zastrzeżenia. Zaskoczyć może objętość, ale myślę, że to już jest kwestią indywidualną każdego czytelnika. Jeden woli, kiedy książka jest opasłym tomiskiem, a inny podda się na sam widok. Oby tych drugich było jak najmniej, bo kiedy już pochłonie Cię opowiadana przez Urbanowicza historia, ilość stron przestaje mieć znaczenie. Tak. Paradoks mocno wciąga. Myślę, że mocniej od Inkuba, mimo że dużo w nim matematyki (a ja zdecydowanie mam duszę humanistyczną).

Podoba mi się humor zawarty w powieści. Do tej pory jakoś nie było mi z nim po drodze, podczas czytania poprzednich książek autora, a tu jakoś tak wszystko ładnie pasowało: i narracja, i dialogi, i humor. Ogólnie widać progres w warsztacie pisarskim Urbanowicza, a to wbrew pozorom nie taka częsta cecha. Cieszy fakt, że autor podchodzi do pisania każdej swej książki z wielką starannością, a tym samym – z szacunkiem do czytelnika.

Główny bohater Paradoksu, Maks, to bohater nietypowy, potrafiący tak mnie wkurzyć, że nawet sobie sprawy nie zdajecie, ale… pomimo tego, polubiłam go. Może dlatego, że jest taki jak Ty czy ja. Ma swoje wady, bywa irytujący i przemądrzały. Jednak dzięki temu jest prawdziwy, ludzki. Działa po swojemu, nie dba o to kto i co o nim sądzi. To dupek, ale szczery i na swój sposób oryginalny. Postać, o której czytelnik szybko nie zapomni.

Jeśli zastanawiacie się nadal, jakim cudem skojarzyłam Paradoks z Miasteczkiem Twin Peaks, powiem Wam tylko dwie rzeczy: sobowtór i czerwień. Mam nadzieję, że ci, co kojarzą serial, zrozumieją mnie. Każdy z nas ma prawo do własnych skojarzeń i indywidualnego odbioru powieści. Ja Wam powiedziałam o swoim 🙂

Najnowsza powieść Artura Urbanowicza, której premiera już za miesiąc, to miks wartkiej, wciągającej fabuły, niesamowitości, wzruszeń i przyjemnego humoru.

Bardzo polecam!

Kazimierz Kyrcz Jr: „dla twórcy nie ma chyba nic bardziej zabójczego, niż popadanie w schematy”

Magdalena Paluch: Kazku, bardzo się cieszę, że zgodziłeś się na tę rozmowę. Zwłaszcza że okazji nie brakuje, bo po pierwsze niedawno miała premierę Twoja najnowsza powieść Kobiety, które nienawidzą, a po drugie niedawno obchodziłeś okrągłe urodziny. Czy możesz powiedzieć, że na tym etapie swojego życia czujesz się spełniony jako pisarz?

zdj. Marcin Halerz

Kazimierz Kyrcz Jr: Spełniony, a i owszem, ale nie przepełniony… Pierwszy raz w życiu zdarza mi się sytuacja, że wydawca nie tylko podpisuje ze mną umowy na kilka książek, ale i dopomina się o nie… Rzecz jasna to nie wydawca jest najważniejszy, lecz czytelnicy. Przyznam szczerze, że trochę mnie przeraża świadomość, że tylu ludzi czeka na powieści, które napiszę. Staram się jednak nie dać sparaliżować lękowi przed tym, czy sprostam oczekiwaniom. To może dziwne, ale wierzę, że czytelnicy docenią to, że się nie oszczędzam.

MP: Widząc jak dużą masz rzeszę fanów, myślę, że doceniają to, w jaki sposób piszesz i o czym piszesz. Ale wróćmy do początków – kiedy poczułeś, że tak na poważnie ciągnie Cię do słowa pisanego? Kiedy napisałeś swój pierwszy tekst, którym chciałeś się podzielić z resztą świata?

KKJ: Wiesz, to było bardzo wcześnie, w czasach, kiedy absolutnie nie miałem nic, albo prawie nic, do powiedzenia. Byłem zakochany w Republice, chciałem pisać coś podobnego do Grzegorza Ciechowskiego, ale byłem dzieckiem, które nie tyle chciało się podzielić czymś z resztą świata, co ten świat poznać i zrozumieć.

MP: Czy teraz, już jako dorosły mężczyzna, udało Ci się choć trochę poznać i zrozumieć ten świat? Czy jednak – skoro wciąż piszesz dla nas, Twoich Czytelników – nadal ten świat jest dla Ciebie zbyt mało znany?

KKJ: Trochę odwrócę to pytanie. Coraz częściej mam wrażenie, że znam nasz świat zbyt dobrze… Choć nie oznacza to, że go rozumiem. Mnóstwo rzeczy, w tym wiele relacji międzyludzkich, wydaje mi się sztucznych, opartych na kłamstwie. To kłamstwo jest wielopiętrowe: okłamujemy samych siebie, okłamujemy się wzajemnie, dajemy się okłamywać, bo tak jest nam wygodniej.

MP: Zrobiło nam się poważnie, więc wróćmy do Twoich książek. Ostatnie trzy powieści to kryminały, ale nie od tego gatunku rozpocząłeś swą przygodę z pisaniem. Jeśli dobrze pamiętam, Twoim debiutem był zbiór opowiadań grozy Piknik w piekle, napisany wspólnie z Dawidem Kainem. Czy mógłbyś na chwilę cofnąć się w czasie i opowiedzieć, jak doszło do współpracy z Dawidem i dlaczego akurat postawiłeś na opowiadania grozy, a nie na przykład kryminalne czy fantastyczne?

KKJ: Tak Bogiem a prawdą, moja Podwójna pętla też była kryminałem, w którym znalazła się raptem jedna scena z grozowego podwórka. Tak naprawdę ciągnęło mnie do kryminałów, odkąd zabrałem się za pisanie. Nawet nie tyle do kryminałów, co do thrillerów. Zawsze uważałem, że zło jest przede wszystkim dziełem człowieka, że tylko wyjątkowo na jego powstanie wpływają czynniki nadnaturalne. To zresztą znajdowało odzwierciedlenie w moich tekstach…
Dawida poznałem, zanim to się stało modne – przez internet. Napisałem do niego maila, bo myślałem, że jest redaktorem portalu grozy, a miałem akurat opowiadanie, które chciałem tam umieścić. Okazało się, że Dawid jedynie publikuje na tym portalu, ale od słowa do słowa doszliśmy do wniosku, że warto by razem coś napisać. Te wspólne opowiadania powstawały bardzo szybko. Naturalną koleją rzeczy zaczęliśmy myśleć o wspólnym zbiorze. Wydawcy lubią przypinać książkom łatki gatunkowe, bo wtedy łatwiej sprzedać dany tytuł, a i my czuliśmy się wówczas związani z grozą, więc Piknik w piekle też wylądował na tej półce. Spory wpływ na to miał z pewnością także Łukasz Orbitowski, którego twórczość obaj bardzo ceniliśmy. Z perspektywy czasu widzę, że tej grozy w Pikniku w piekle wcale nie było aż tak dużo. Zdarzały się tam teksty ciążące w stronę fantastyki, choćby moje osadzone w alternatywnej rzeczywistości „V”, thrillera czy bizarro fiction.

MP: Ja tam się bardzo cieszę, że udało Wam się z Dawidem spotkać, bo teraz czytelnicy mają Twoje książki i książki Dawida. Poza tym, że Wasze wspólne 🙂

KKJ: No tak. Dobrze wspominam tę współpracę. Myślę, że motywowaliśmy się nawzajem do twórczego wysiłku.

MP: Jak z perspektywy czasu oceniasz tworzenie książki z drugim autorem? Poza Dawidem Kainem, współpracowałeś jeszcze z Robertem Cichowlasem, Łukaszem Radeckim, Łukaszem Śmiglem czy Michałem Walczakiem. Łatwiej jest pisać we dwójkę czy jednak zdecydowanie lepiej pisać solo? 

KKJ: Zawsze bardzo lubiłem pisać w duetach z młodszymi autorami. Pewnie dlatego, że nie ma już wielu starszych… A tak na serio: wierzę, że jeśli dobrze dobierze się kompana od pióra, wówczas można stworzyć – jeśli nawet nie coś lepszego – to na pewno innego, niż by się samemu napisało. Dla twórcy nie ma chyba nic bardziej zabójczego, niż popadanie w schematy, więc taki płodozmian jest korzystny. Ostatnio co prawda coraz rzadziej piszę z innymi, ale wynika to przede wszystkim z tego, że doba nie jest z gumy. Niemniej z dwoma spośród wymienionych przez Ciebie pisarzy na pewno jeszcze coś stworzę…

MP: No właśnie, tak naprawdę od kiedy działasz, że tak powiem, na poletku kryminalnym, świetnie dajesz sobie radę solo. Jak myślisz, z czego to wynika? Że świat kryminalny jest Ci bliski z racji wykonywanego zawodu? Że jednak, żeby na początku zmierzyć się z horrorem, potrzebna była ta druga osoba? 

KKJ: Nie myślałem o tym w ten sposób, ale… Wydaje mi się, że w horrorze nie czułem się zbyt pewnie. Kiedy poruszałem się głównie w obrębie tego gatunku, miałem o nim dość mgliste pojęcie. Miałem za sobą lekturę nielicznych autorów, nawet filmowych horrorów niewiele oglądałem. Plus tej sytuacji był taki, że nie wzorowałem się jakoś usilnie na żadnym z pisarzy związanych z grozą. No, może poza Kathe Koją, ale ona tworzy w tak odrębnym stylu, że jest praktycznie nie do podrobienia.

MP: Przyznam szczerze, że nigdy bym nie powiedziała, że w literaturze grozy nie czujesz się zbyt pewnie, ale… to tylko świadczy o Tobie, że jesteś autorem, który będzie potrafił napisać wszystko. Wiesz, ja bardzo lubię Twoje grozowe teksty – czy to zbiory opowiadań, czy powieści pisane w duetach i uważam, że dobrze sobie z nimi poradziłeś. Czy któryś z nich jest Ci szczególnie bliski?

KKJ: Dziękuję Ci za miłe słowa. Jeśli chodzi o moje ulubione opowiadania grozy, to najbardziej lubię te zawarte w zbiorze Femme fatale, choć podobają mi się też te, które trafiły do „Nowej Fantastyki”: Ciśnienie, Klątwa G i Czyściec 3D. Wpływ na ostateczny kształt Ciśnienia miał Łukasz Orbitowski, który po przeczytaniu tego opowiadania poradził mi, bym zmodyfikował zakończenie. Pomyślałem, pomyślałem, a że z natury jestem leniwy, dopisałem raptem jedno zdanie… i siadło.

MP: Mówisz, że nie czujesz się za dobrze w grozie, ale mimo wszystko odnoszę wrażenie, że jednak ciągnie Cię do tego gatunku. W końcu spod Twoich skrzydeł wyszła seria City – antologia polskich opowiadań grozy. Dostępnych części jest już cztery. Z tego, co wiem, trwają prace nad piątą. Czy możesz opowiedzieć coś więcej o tym projekcie? Skąd pomysł akurat na taką antologię?

KKJ: Z tego, co pamiętam, pierwszą część tej antologii złożyłem w 2009 roku. Pomagał mi w tym Bartek Paszylk, dwa czy trzy opowiadania dorzucił też wydawca. To były czasy, gdy wydawcy niechętnie patrzyli na grozę, a że wcześniej Dawid opublikował tam powieść, postanowiłem spróbować… Szef wydawnictwa Forma, bo o nim tu mowa, Paweł Nowakowski, zainteresował się tematem, no i jakoś poszło. W pracach redakcyjnych nad trzecim i czwartym tomem pomagał mi Marek Grzywacz. Od trzeciego tomu do załogi dołączyła też dr Ksenia Olkusz, której posłowia są świetnymi podsumowaniami antologii. Najnowszą odsłonę cyklu redagowała ze mną Karolina Stasiak, za co jestem wdzięczny Stwórcy, bo jej sokole oko i wyczucie zdecydowanie podniosły poziom opowiadań, które trafią do książki…  City 5 ukaże się jeszcze w tym roku, powoli też zabieramy się za „szóstkę”. Tym, co zapewne Cię ucieszy, to informacja, że większość opowiadań z City 5 napisały kobiety.

MP: O, to naprawdę świetna wiadomość! Cieszę się, że coraz więcej kobiet odnajduje się w grozie.
Widzę, że całkiem niezła ekipa pracuje przy serii City. Dużo czasu zajmuje przygotowanie jednej części? Czy to Ty zapraszasz autorów do antologii, czy może trwa nabór i trafiają do niej – obok znanych nazwisk – debiutanci? 

KKJ: Tak, ekipa jest naprawdę zacna… Niestety, mam wrażenie, że przygotowanie każdej kolejnej części zajmuje coraz więcej czasu i wymaga coraz większego nakładu pracy. Generalnie – i tu pewnie powiem coś, co nie spotka się z aplauzem – grono autorów przyznających się do grozy powiększa się z roku na rok, jednak nie ma to przełożenia na ilość dobrych tekstów.
Nabór do antologii odbywa się wielotorowo. Wydawnictwo ogłasza konkurs, z którego wyławiany jest jeden, czasem dwa teksty, jednak o 90% opowiadań muszę zabiegać. Pewnym ułatwieniem jest to, że od kilku ładnych lat współtworzę portal Niedobre Literki, więc udało mi się stamtąd wyłowić kilka talentów, jak na przykład Zeter Zelke, Kornela Mikołajczyka, Florę Woźnicę czy Monikę Jaworowską.
Kolejne odsłony antologii różnią się od siebie i pieszczę się myślą, że są pewnym odzwierciedleniem tego, co dzieje na rodzimej scenie grozy. Cieszę się, że w tych antologiach pojawiło się tylu debiutujących autorów, ale satysfakcję daje mi też to, że udało mi się pozyskać nowe opowiadania starszych i uznanych pisarzy, takich jak Dariusz Zientalak Jr, Tadeusz Oszubski, Krzysztof Kochański, Jacek Skowroński czy Iza Szolc.

MP: To faktycznie pracy jest sporo, ale potem dobrze podziwiać jej efekty, prawda?

KKJ: Rzeczywiście, świadomość, że zostałem ojcem chrzestnym tak wielu świetnych opowiadań, daje satysfakcję.

MP: Ale, ale… dość już o grozie. Powiedz, kiedy kryminał tak mocno dał o sobie znać (gatunek oczywiście, a nie styl życia) i postanowiłeś zostawić grozę właśnie dla niego? Wspominałeś już co nieco o Podwójnej pętli, ale to chyba powieść Dziewczyny, które miał na myśli była tą, która stała się niejako Twoim literackim drogowskazem.

KKJ: Masz rację. Kiedy Dziewczyny… trafiły na księgarskie półki, poczułem się tak, jakbym właśnie zadebiutował pełną gębą. Zawsze chciałem pisać nieoczywiste rzeczy i uważam, że ta powieść lokuje się właśnie w tej kategorii. Do pisania kontynuacji zostałem zmuszony przez bohaterów powieści.  Tak długo wiercili mi dziury w brzuchu, aż uległem.

MP: Trudno było znaleźć wydawcę dla Twojej pierwszej pełnoprawnej powieści kryminalnej? Długo trwały poszukiwania czy jednak znane już nazwisko w świecie literackim ułatwiło Ci ten etap (dla wielu debiutujących autorów jakże stresujący)?

KKJ: To była dość pokręcona historia. Dosyć szybko odezwało się do mnie znane wydawnictwo, specjalizujące się w kryminałach, jakoby zainteresowane wydaniem powieści. Po początkowej euforii, skorzystałem z wujka Google, który podpowiedział mi, że to wydawnictwo stosuje nieuczciwe praktyki polegające na blokowaniu młodym autorom ich powieści, po to, by zdusić w zarodku konkurencję dla „swoich” autorów. Mniej więcej w tym właśnie czasie dojrzałem do tego, by spojrzeć na rynek wydawniczy nie tylko z perspektywy autora, ale i wydawców…
Uświadomiłem sobie, że pierwotny tytuł Dziewczyn… jest do bani, no i go zmieniłem. Nie minął miesiąc, a podpisałem umowę na ich publikację.

MP: Czy od momentu, kiedy zacząłeś pisać kryminały, Twój sposób pracy nad tekstem zmienił się? Czy np. piszesz więcej, a może wręcz przeciwnie – możesz pozwolić sobie na większy luz i piszesz wtedy, kiedy masz czas?

KKJ: Wiesz, tworzenie cyklu – zwłaszcza w obecnych czasach – stawia przed autorem wymóg, by kolejne tomy ukazywały się dość często. Jest to z jednej strony motywujące, z drugiej dość mocno obciążające emocjonalnie. Piszę więc nie tyle, kiedy mam czas, tylko muszę go znajdywać – często kosztem odpoczynku czy innych aktywności… Moja żona od pół roku czeka, żebym wymalował kuchnię. Ale w końcu to zrobię.

MP: Jak długo powstawał Twój negatywny bohater – Kuba Szpikulec? Jest on wzorowany na jakiejś realnej postaci czy może jest to zlepek różnych osób?

KKJ: Kuba rodził się w bólach, w pewnym sensie przez cesarskie cięcie. Wymyśliłem go na potrzeby mojej drugiej powieści, która okazała się tak beznadziejna, że nie czytał jej nikt poza moją żoną. Jedynym plusem tamtego literackiego potworka był właśnie Szpikulec i jego zwichrowana psychika. Rzecz jasna, po włączeniu go do obsady Dziewczyn, które miał na myśli, znacząco zwiększyłem mu czas antenowy… Nie wzorowałem go na nikim konkretnym, był raczej efektem mojego wieloletniego zainteresowania psychiką psychopatów.

MP: I efekt jest taki, że masz już na swoim koncie trzy części, których bohaterem jest Kuba Szpikulec. Czy planujesz kolejne?

KKJ: Czwarty tom – Mężczyźni w potrzasku – trafi na księgarskie półki w październiku, powoli zabieram się do pisania piątego. Możliwe, że na tym skończę cykl, no chyba, że moi bohaterowie zdecydują inaczej.

MP: Załóżmy, że cykl o Kubie Szpikulcu zakończy się na piątej części. Czy myślałeś już, o czym chciałbyś napisać w następnej kolejności? Bo zakładam, że póki co z pisania nie zrezygnujesz.

KKJ: Tu mi zabiłaś ćwieka… Myślę, że po skończeniu cyklu będę musiał trochę odpocząć, zorganizować sobie mały reset. Czyli pewnie przez jakiś czas zajmę się mniej wymagającymi projektami. Dopiszę kilka opowiadań, potrzebnych do skompletowania trzeciego zbioru, może opublikuję z dawna odkładany zbiór moich wierszy.

MP: A czy napiszesz jeszcze kiedyś powieść grozy?

KKJ: Niewykluczone, jednak pod warunkiem, że wpadnie mi do głowy na tyle intrygujący pomysł, żeby zmusił mnie do rozwinięcia go właśnie w powieść… Kiedyś nawet znalazłem – tak mi się przynajmniej wydawało – oryginalne ujęcie postaci wampira, niestety, kierowałem wtedy samochodem i nie zdążyłem zapisać… Wróciłem do domu i fiu! – wyleciało.

MP: O nie! To następnym razem proszę się zatrzymać na poboczu i pomysł zapisać 😉

KKJ: Tak zrobię, nawet jeśli by to był rów ;P

MP: Kazku, zmierzając już do końca naszej rozmowy, chciałam zapytać, gdzie można Cię będzie spotkać w najbliższym czasie? Mam tu oczywiście na myśli wydarzenia związane z literaturą? 

KKJ: Wiesz, że jestem konwentową bestią, więc obecna sytuacja pokrzyżowała mi wiele planów… Na tę chwilę mam nadzieję pojawić się na łódzkim Kapitularzu, którego formuła będzie jednak mocno zmieniona, a tydzień później na Pilkonie. Poza tym razem z Michałem J. Walczakiem planujemy coś ekstra, ale póki co za wcześnie, żeby się tym chwalić.

MP: Dobrze, że mimo wszystko uda się gdzieś pojawić na spotkaniach. Nieważne już, jaka ich będzie forma 🙂

KKJ: Dokładnie. Najważniejsze, żeby uczestnicy dopisali – czy to ciałem, czy choćby duchem.

MP: Na koniec chciałabym Cię zapytać, o czym marzy Kazimierz Kyrcz Jr – autor?

KKJ: Nie będę oryginalny. Chciałbym, żeby doba trwała 72 godziny, tak abym mógł pisać tyle, na ile mam ochotę, nie robiąc tego kosztem czasu spędzanego z rodziną czy odpoczynku. To niestety niemożliwe, więc… muszę cieszyć się z tego, co mam.

MP: Z tą dobą faktycznie nieciekawa sprawa, ale… od czego są marzenia? Kazku, dziękuję za ciekawą rozmowę i wszystkiego dobrego Ci życzę!

KKJ: Ja także dziękuję Ci za możliwość odpowiedzenia na tyle frapujących pytań. Rzecz jasna polecam się na przyszłość.