„Martwy ciąg”, Tomasz Kozioł

Sport towarzyszył mi od zawsze, choć tak najmocniej związałam się z nim w trzeciej klasie podstawówki, kiedy to zupełnie przez przypadek (wersji tej historii jest co najmniej kilka) zaczęłam trenować szermierkę. Na początku podobało mi się tak se, choć w sumie… podobało, ale bakcyla (i ostateczny wybór broni na szpadę*) złapałam, kiedy wygrałam swoje pierwsze zawody, czyli Pierwszy Krok Szermierczy. Od tej pory całą dekadę swego szkolnego życia poświęciłam na treningi i uczestnictwo w zawodach (spokojnie, do szkoły też chodziłam ;)). Po maturze rozstałam się z klubową planszą, ponieważ harmonogram dziennych studiów zwyczajnie mi na to nie pozwolił, ale żeby nie wyjść z formy, często gęsto spotykałyśmy się z moją kochaną J., żeby poćwiczyć, czy też pobiegać bulwarami wiślanymi. Natomiast do tego czasu siłowni unikałam jak ognia (OK, czasem na treningach miałam jakieś zajęcia tego typu, ale nie były one takim must have, jak obecnie). Głównie dlatego, że na siłowni się… nudzę 😀 Dlatego na długi czas związałam się z zajęciami fitness, a na siłkę trafiłam, kiedy moje plecy poczuły, że potrzebują łamania kołem 😀 Aktualnie ćwiczę jedynie bieganie za Grozolubisiem, ale liczę na to, że niebawem wrócę do regularnych treningów na siłowni czy tam basenie (jeszcze się waham ;)).

Bywając na siłowni, zdarzyło mi się robić martwy ciąg, ale szczerze – nie było to moje ukochane ćwiczenie. Czego nie można powiedzieć o Andrzeju – głównym bohaterze książki Tomasza Kozioła Martwy ciąg.

Wyobraźcie sobie, że treningi siłowe to Wasze ukochane hobby, które pomaga w mierzeniu się z codziennością. Z samotnością… Z poczuciem beznadziei. I pewnego dnia widzicie światełko w tunelu, ktoś wyciąga do Was rękę, ktoś chce Was otoczyć opieką, sugeruje wsparcie i Wy w to idziecie, bo macie już dość tej szarości, tego doła… Rzucacie dotychczasowe życie, bo przecież jest nadzieja na lepsze i… wraz z kilkoma innymi osobami trafiacie, ale… z deszczu pod rynnę. A potem, na skutek przypadku, pecha, fatum – jak zwał, tak zwał, dzieje się coś złego i to złe zaczyna ciążyć Wam najpierw na barkach, potem na piersi, by powoli, każdego dnia zabierać kolejny oddech. I właśnie o tym jest ta książka…

Tomasz Kozioł snuje swą opowieść w takim tempie, w jakim powinno się wykonywać powtórzenia martwego ciągu. Niespiesznie, w skupieniu, ale i swego rodzaju napięciu. Tragedia, która wydarza się w nowo powstającej siłowni, gdzieś na warszawskiej Pradze, dokłada do tego warstwę niepokoju, a ta towarzyszy czytelnikowi niemal do końca powieści.

W Martwym ciągu nie znajdziecie typowych dla horroru straszaków, za to czekają tu na Was strach, popadanie w szaleństwo, dążenie do celu po trupach (dosłownie!), bezradność, poczucie osaczenia i kontroli, ale też… wspomniane wcześniej światełko w tunelu.
Odbieram tę powieść jako horror, ale w rozumieniu horroru, z jakim często mierzą się młodzi ludzie, którzy wchodzą w dorosłość. To powieść, w której tak naprawdę potworem jest człowiek. Martwy ciąg śmierdzi potem, cuchnie złem i jest lepki od brudu. I dlatego tak mocno zapada w pamięć.
Ze swej strony serdecznie polecam!

*w szermierce występują trzy rodzaje broni: szpada, szabla i floret 🙂

„Opowieści o dinozaurach”, Marcin Kończewski

Pamiętam, że pierwszy film z serii Jurassic Park obejrzałam w kinie. Miałam wtedy może 10-11 lat. I mimo że nie byłam wtedy jakąś wielką fanką dinozaurów (w przeciwieństwie do mojego brata), to pamiętam, że ekranizacja powieści Michaela Crichtona zrobiła na mnie ogromne wrażenie (wiecie, że nie czytałam jeszcze tej książki?). Na fali popularności w tamtym czasie powstawały również gry komputerowe i pamiętam jedną z nich, piekielnie trudną i straszną, w którą graliśmy z bratem na naszej nowiutkiej Amidze (no dobra, grał on, a ja byłam tylko biernym obserwatorem. Mam taką dziwną przypadłość, że… nie znoszę ginąć w grach. I to mówi fanka horrorów ;)). Oczywiście boom minął, co nie znaczy, że o Jurajskim Parku zapomniano. Wręcz przeciwnie. Zresztą nawet w 2015 roku zatęskniono w kinie za tymi przerażającymi, acz fascynującymi gadami i powstała pierwsza część trylogii Jurassic World. Oczywiście obejrzałam, bo cały ten wykreowany na dużym ekranie świat to niezwykła rozrywka, ale…

Pewnie dinozaury nadal byłyby tylko wspomnieniem w moim życiu, gdyby nie synek, który po wizycie w jednym z parków dinozaurów dostał bakcyla na punkcie tych zwierzów i połowa jego pokoju to książki, zabawki czy ciuchy, a nawet tapeta(!) o wiadomej tematyce 🙂 Jako że mój maluch lubi przeglądać książeczki (zwłaszcza te o dinozaurach), staram się być na bieżąco z dinkowymi nowościami i ostatnio udało mi się natrafić na niezwykle ciekawy tytuł, czyli na Opowieści o dinozaurach Marcina Kończewskiego.

Mimo że książka jest jeszcze „zbyt poważna” dla mojego dwulatka, to tym, co od razu przykuło wzrok malucha, były niezwykle kolorowe i duże ilustracje wewnątrz publikacji i… szkice dinozaurów, które pojawiają się praktycznie wszędzie. Generalnie – białej strony w tej książce nie uświadczycie 😉 Szkice stworzył sam autor, ale ich ostateczną wersję dopieścił Nusrat Ali.

Głównymi bohaterami opowiadań są owiraptor Kukuru oraz protoceratops Twardodziób, a wydarzenia, w których uczestniczą te pocieszne(!) dinki są okraszone zarówno humorem, jak i grozą, ale tak naprawdę w każdym z tych tekstów liczy się… przygoda!

Bardzo fajnym zabiegiem przed każdym z opowiadań jest skala, na którą składają się: humor, emocje i straszność, i to właśnie dzięki niej możemy dobrać opowiadanie odpowiednie do wieku dziecka.

Pomiędzy opowiadaniami otrzymujemy zarówno ciekawostki o prehistorycznych gadach, jak i proste zadania/zagadki nawiązujące do przeczytanego przez nas tekstu. Zresztą Opowieści o dinozaurach to książka interaktywna (za co odpowiada aplikacja educreator.ai – po więcej informacji odsyłam Was tu: www.educreator.ai) – oznacza to, że więcej dinkowych zadań znajdziecie, klikając w kod QR.

Opowieści o dinozaurach to nie tylko książka, to również świetne narzędzie pracy dla rodziców, nauczycieli czy bibliotekarzy, dzięki któremu można spędzać ciekawe popołudnia i wieczory z dziećmi, a także uatrakcyjnić wszelkiego rodzaju zajęcia w szkołach czy bibliotekach. Ale też… Opowieści o dinozaurach to książka, którą każdy fan dinozaurów powinien mieć na swojej półce!
Serdecznie polecam 🙂

„Kobieta w rzece i inne opowieści grozy”, Kōtarō Tanaka

Japonia. Już od pewnego czasu kusi mnie, by w końcu zacząć sięgać po literaturę, która bywa pokręcona, mroczna czy otula jak kocyk w chłodny dzień. Myślę, że to naturalna kolej rzeczy po grach pokroju Silent Hill czy filmach typu The Ring, Shutter-Widmo, Dark Water i innych. Japonia umie w emocje. Jeśli trzeba przestraszyć – robi to. Jeśli trzeba zaskoczyć – robi to. Jeśli trzeba ukoić – również to robi. Dlatego właśnie zaczęłam bardziej interesować się książkami, które traktują o Kraju Wiśni. I znalazłam ich od groma! A najbardziej cieszy mnie fakt, że odkryłam (jak to mówią: lepiej późno, niż wcale) absolutnie cudowne wydawnictwo Kirin, które w swej ofercie ma i literaturę mroczną, ale i taką bardziej baśniową. Oczywiście japońską 🙂

Dziś chciałabym Wam co nieco opowiedzieć o zbiorze opowiadań Kobieta w rzece i inne opowieści grozy Kōtarō Tanaka. Twórca, którego książkę miałam okazję przeczytać, żył na przełomie XIX i XX wieku. Pisał własne wersje znanych opowieści kaidan, jak i swoje autorskie teksty. Czy warto sięgać po opowiadania, które (być może) wydarzyły się ponad wiek temu? Oczywiście, że tak!

Czasy, w których żyjemy, coraz bardziej odarte są z atmosfery niedopowiedzeń, tajemniczości. Musi być szybko, musi być na pokaz, a kultowe postaci znane z horrorów filmowych czy gier coraz częściej są sprowadzane do tzw. parteru (w rozumieniu – zamiast straszyć, wzbudzają politowanie a nawet śmiech). Przez to „wszystko, wszędzie, naraz” – moim zdaniem – niestety w książkach gubi się klimat charakterystyczny dla konwencji, a horrory coraz rzadziej wzbudzają niepokój, częściej po prostu nużą.

Ale… dlaczego o tym piszę – bo zbiór opowiadań Kobieta w rzece… – ta niepozorna objętościowo książka – podczas lektury wzbudza strach. W zasadzie w każdym z tekstów autor niespiesznie wprowadza czytelnika w swoją opowieść, budując niesamowity nastrój. Nastrój grozy, niesamowitości, który przyspiesza bicie serca. Czytelnik WIE, że COŚ czai się w kolejnym słowie, zdaniu, na kolejnej stronie, a mimo tego daje się wciągnąć w historie opowiedziane przez Tanaka.

Kobieta w rzece… to bardzo dobry, klimatyczny zbiór opowiadań, który zapoznaje czytelnika z japońskimi wierzeniami i przesądami. Wszystkie teksty otrzymały kolorowe grafiki autorstwa Joanny Zakrzewskiej, co nie tylko dodaje uroku książce, ale przede wszystkim nawiązuje do danego opowiadania.

Podsumowując – jestem bardzo na TAK i na pewno będę wnikliwie śledzić plany wydawnicze wydawnictwa Kirin.

„Podziemna przygoda odważnej żaby Rene”, Mikołaj Pasiński (il. Gosia Herba)

Wokół tej książki Grozolubiś krążył kilka miesięcy. W zasadzie nie krążył, świadomie omijał ją szerokim łukiem, bo w danym czasie zupełnie go nie interesowała. Nawet ilustracje nie były dla niego atrakcyjne. Ja z kolei nie naciskałam, abyśmy ją wspólnie czytali, bo wyszłam z założenia, że być może jest dla niego za trudna w odbiorze. Poza tym maluch ma niecałe dwa lata, a książka wszak przeznaczona jest dla starszych dzieci (3+). I tak sobie jakiś miesiąc z hakiem przeleżała na regale. Do czasu… Nie przypomnę sobie, kiedy stylizowana na wampira żabka skradła serce mego synka, ale możecie wierzyć lub nie, czytamy o jej przygodzie co najmniej kilka razy dziennie.

Pewnego poranka podczas śniadania Rene zaczyna zastanawiać się, czy Ziemia w środku wygląda podobnie jak konsumowane przez nią jajko na miękko. Chęć odkrycia tej tajemnicy sprawia, że pakuje do torby najpotrzebniejsze rzeczy i wyrusza na poszukiwania wnętrza Ziemi. Jak można się tam dostać? Kogo zapytać i poprosić o pomoc? Z pozoru proste zadanie wymaga od Rene dużego zaangażowania. Razem z nią mały, ale i dorosły czytelnik, przenosi się do świata pełnego przygód.

Czy Rene znajdzie odpowiedź na swoje pytanie? Czy podczas szukania odpowiedzi napotka trudności i czy wszystkie podziemne żyjątka okażą się przyjacielskie i życzliwe? – tego dowiecie się, sięgając z maluchem po książkę Podziemna przygoda odważnej żaby Rene Mikołaja Pasińskiego.

Grozolubiś jest zbyt mały, żeby mi odpowiedzieć na pytanie, dlaczego na ten moment przygoda żabki Rene tak mocno go fascynuje, ale mnie się wydaje, że to dlatego, że nasza bohaterka zadaje ważne, ciekawe pytania, na które stara się znaleźć odpowiedź w sposób prosty, ale niezwykle obrazowy. No bo kto z nas choć raz w życiu nie jadł jajka na miękko? A kiedy pada pytanie, czy jądro Ziemi wygląda jak żółtko, to od razu w głowie wyświetla nam się obraz płynnego żółtka, które spływa po łyżeczce… Wszyscy to zobaczyli? No właśnie!
Zatem dzięki tym trudnym pytaniom, a całkiem nietrudnym w zrozumieniu odpowiedziom, maluch z zainteresowaniem śledzi poczynania Rene i razem z nią dowiaduje się m.in. jak jedno miejsce dla każdego żywego (a nawet nieżywego) stworzenia może znaczyć zupełnie co innego. Poza tym razem z Rene mały czytelnik odkrywa, co też tak naprawdę kryje się pod powierzchnią ziemi. Uwaga, spoiler! Całkiem sporo 😉

Podziemna przygoda odważnej żaby Rene nie tylko poszukuje odpowiedzi na postawione pytania, ale także zaszczepia w początkującym odkrywcy chęć do eksplorowania świata. Uczy również empatii oraz współpracy w działaniu. To także książka o przyjaźni.

Podsumowując, Podziemna przygoda odważnej żaby Rene to przede wszystkim przygoda, która na równi stawia dobrą zabawę z nauką i poznawaniem świata. Duże, pełne detali rysunki Gosi Herby, które w jakiś pokrętny sposób trochę skojarzyły mi się z ilustracjami Zbigniewa Rychlickiego (seria o Misiu Uszatku Czesława Janczarskiego) uzupełniają wciągającą historię, do której można wracać wielokrotnie. Bywa śmieszno, a nawet straszno, ale przede wszystkim ciekawie!

I oczywiście wraz z Grozolubisiem liczymy na kolejną fascynującą przygodę wampirzej żabki Rene 🙂

„Jak wydać książkę”, Andrzej Zyszczak

Nie raz wspominałam, że książki towarzyszą mi od lat wczesnodziecięcych i w mniejszym lub większym stopniu są moim najulubieńszym hobby, odskocznią od szarej codzienności. Dlatego pewnie naturalną koleją rzeczy było to, że ostatecznie podjęłam pracę w bibliotece (mimo że studia kierunkowe mam zupełnie inne. Kto zgadnie jakie?) na kilkanaście lat. To tu czułam się jak w domu, to tu czułam się dobrze wśród regałów zapełnionych książkami. To tu wprowadzałam nowe książki do obiegu bibliotecznego, a te chore, zniszczone albo reanimowałam, albo pozwalałam im przejść na makulaturę 😉 To w bibliotece nauczyłam się zwracać uwagę na stronę redakcyjną książki, a także zaczęłam rozróżniać, czy książka jest szyta czy klejona itp., itd. I chyba jakoś tak naturalnie, być może z nadmiaru kreatywności, kiedy już poznałam trochę świat wydawniczy i rynek literacki,  pomyślałam o zajęciu się korektą tekstów. Tyle że wtedy bardziej dodatkowo, sporadycznie (jedną z takich szans otrzymałam od Tomasza Siwca już jakieś 10 lat temu, za co bardzo dziękuję!), bo przecież miałam etat w miejscu, które lubię (edit: praca w bibliotece wcale nie jest spokojna – to tak tylko, gdyby się ktoś zastanawiał;)). Po drodze zrobiłam nawet podyplomowo edytorstwo, ale kierunek ten nie zaspokoił głodu wiedzy redaktorsko-korektorskiej. Dopiero stało się tak za sprawą m.in. Akademii Korekty Tekstu Ewy Popielarz, książek Łukasza Mackiewicza, a ostatnio tego tytułu, o którym chciałabym Wam trochę opowiedzieć.

Jak wydać książkę Andrzeja Zyszczaka z założenia jest pewnego rodzaju przewodnikiem, w którym krok po kroku początkujący autor (taki, który dopiero zaczyna przygodę z rynkiem wydawniczym i taki, który zdecydowany jest na self-publishing) otrzymuje konkretne wskazówki do tego, w jaki sposób przygotować książkę pod względem technicznym, by efekt ostateczny był jak najbardziej zbliżony do ideału.

Cóż może być trudnego w ogarnięciu książki do druku? Wystarczy przecież okładka, tekst, jakieś tam poprawki się zrobi, opis okładkowy napisze i jazda! No właśnie… nie. To znaczy jasne, jeśli chcemy, żeby nasza książka była przygotowana do druku jak np. praca magisterska, gdzie wystarczyło tekst wydrukować, a w punkcie ksero wybrać do niej oprawę (właśnie sobie uświadomiłam, że nigdy nie wydrukowałam swojej pracy magisterskiej ani dyplomowej… jak znajdę pliki, zajmę się tym!) to w porządku. Natomiast jeśli zależy nam, by ujrzała światło dzienne, zyskała czytelników, a jej twórca względną popularność/rozpoznawalność, to jednak polecam sięgnięcie po Jak wydać książkę.

Ten tytuł czyta się jak dobrą powieść. Wciąga od pierwszych stron; autora charakteryzuje lekkie pióro i gawędziarski styl, więc o przynudzaniu zapomnijcie. Do tego wpleciony jest humor, a czasem i szczypta grozy (mimo że ta książka to nie horror. A może jednak? ;)), a wszystko to znajdziecie w tym niepozornym poradniku. Mówiąc „wszystko” mam na myśli kolejne czynności (od początku do końca), które należy wykonać ze swoim tekstem, aby mógł ujrzeć światło dzienne i by odbyło się to bez wstydu przed sobą, najbliższymi i całą resztą.

W Jak wydać książkę nie znajdziecie wodolejstwa. Każdy rozdział to konkret i dawka ogromnej wiedzy w pigułce, którą spokojnie może przyjąć nie tylko początkujący autor, ale i ktoś, kto chciałby np. założyć własne wydawnictwo czy osoba opiniująca książki w mediach społecznościowych (myślę, że mimo wszystko warto wiedzieć, że jest coś takiego jak strona redakcyjna). Poza tym książka ta wzbogacona jest o wywiady z ekspertami pracującymi w branży (m.in. redaktor, grafik, składacz), co stanowi świetne dopełnienie omawianego w danym rozdziale zagadnienia. Natomiast od czasu do czasu w różnych miejscach w książce znajdziecie swego rodzaju didaskalia. Dzięki nim nie musimy sobie wyobrażać, co autor miał na myśli, pisząc o danym zjawisku – po prostu wskazuje na nie palcem.

Warto jeszcze wspomnieć o uroczej okładce, na której jest sowa z książką. Czyż nie można było lepiej podkreślić pozycji o wydawaniu książek jak właśnie tym symbolem? 🙂

Podsumowując, Jak wydać książkę to tytuł, który powinien mieć na swojej półce każdy, kto na poważnie chce zajmować się pracą w książkach (czy to autor – i do nich przede wszystkim skierowana jest ta pozycja, czy inny bookoholik). Ja dowiedziałam się z niego sporo nowych rzeczy, z kolei znane zagadnienia nagle zrozumiałam lepiej 🙂 Wiem, że będę wracać do tej pozycji jeszcze nie raz, bo to świetne narzędzie na drodze do pracy moich marzeń.

Tu jeszcze taki edit – w papierze wyszło tylko wydanie pierwsze. Wszelkie aktualizacje tej książki będą dziać się wyłącznie w formie elektronicznej, ze względu na dynamikę zjawisk zachodzących w związku z wydawaniem książki. Po wszelkie dodatkowe informacje zapraszam na Zyszczak.pl

Nie przedłużając – bardzo polecam!

„Kot Marian i Przeklęty Kwartet”, Krzysztof Zapotoczny

Nie ukrywam, że ostatnio chętnie sięgam po literaturę dziecięco-młodzieżową. Głównie dlatego, że w natłoku różnych problemów i monotonii codzienności dobrze jest znaleźć jakąś odskocznię, a jako że moją największą pasją od dziecka jest czytanie, więc z przyjemnością sięgam po lżejsze opowieści. Jeśli dodatkowo podczas lektury książki na kolana wdrapie mi się jeden z mruczących sierściuchów, to przepis na chwilę relaksu gwarantowany. No prawie, bo podczas czytania akurat TEGO tytułu moja kotka, Sis, nie mogła spokojnie na moich kolanach wysiedzieć (spać czy kontemplować kocie żyćko?), tylko co kilka minut podchodziła do mnie i albo ocierała się pyszczkiem o róg książki, albo trącała mnie łapką, kiedy ją usilnie ignorowałam, bo akurat w powieści działo się, oj, działo! Częściej jednak sięgałam po TĘ powieść podczas drzemki Grozolubisia. Wtedy czytanie było walką z czasem, bo drzemki mojego synka posiadają widełki od godziny do trzech, więc nigdy nie wiedziałam, ile czasu będę mogła pobyć wraz z bohaterami we Wrocławiu i jego podziemiach 🙂 A uwierzcie mi, powieść wciągnęła mnie na całego! Chyba nawet bardziej niż poprzednia część.

Magda, ale jaka to książka?, zapytacie, mimo że tajemnicą jej tytuł nie jest, bo widać go i na zdjęciu, i w tytule wpisu, i w poście wprowadzającym do lektury opinii. Jednak żeby wszystko było jak należy, to książka, która mnie pochłonęła i niesamowicie zrelaksowała nosi tytuł Kot Marian i Przeklęty Kwartet.

Jest to czwarty tom cyklu, którego autorem jest Krzysztof Zapotoczny, i którego głównymi bohaterami są kot Marian oraz jego człowiek, nastolatek Baltazar Synal. Ten duet wraz z grupą przyjaciół tego ostatniego: Amelią, Kaśką i Konradem po raz kolejny stają się centrum wydarzeń, które w pewien sposób zarówno przybliżają ich, a jednocześnie odsuwają od najważniejszej misji, jaką jest ratowanie wieloświata. Tym razem na drodze naszej ekipy stają postacie znane z bestiariusza słowiańskiego: Morena, Dola, Pochwist i Strach, czyli tytułowy Przeklęty Kwartet. To właśnie te cztery demony przeszkadzają naszym bohaterom w planowaniu działań ratowania świata, a Amelia, Kaśka, Konrad i wybraniec, czyli Baltazar, zostają wystawieni na próby, które zaważą nie tylko na ich życiu. Mało tego! Między Baltazarem a Marianem coraz częściej dochodzi do gwałtownej wymiany zdań, a wisienką na torcie jest fakt, że młodsza siostra chłopaka – Patrycja – dołącza do społeczności odwiedzaczy (tak nazywają się ci, którzy posiadają niezwykłe zdolności…).

Czy nasi bohaterowie pokonają Przeklęty Kwartet? Czy Baltazar uratuje wieloświat? Czy kot i jego człowiek przestaną sobie ufać?… Tego dowiecie się, sięgając po książkę Kot Marian i Przeklęty Kwartet.

Nie mogłam się oderwać od lektury tej powieści. Jak już wcześniej wspominałam, potrzebowałam właśnie takiej historii, takich bohaterów i takiego humoru (a jakże!), by choć trochę zapomnieć o problemach, które całkiem niedawno, acz intensywnie, zajmują moją głowę. Oczywiście nie jest tajemnicą, że gdyby nie słowo „kot” w tytule, to na ten cykl wpadłabym o wiele później, ale na całe szczęście stało się inaczej (generalnie mam na myśli moje pierwsze spotkanie z Marianem jakieś dwa lata temu, kiedy pracowałam w bibliotece, w dziale dziecięco-młodzieżowym).

Przede wszystkim podoba mi się, że autor stworzył takich bohaterów (głównych i pobocznych), z którymi można się utożsamić bądź ich cechy dopasować do znanych nam osób (mam na myśli najbliższe otoczenie, nie celebrytów). To nie są herosi, poza dobrymi decyzjami, popełniają również błędy, dotykają ich różne emocje (od radosnych uniesień po złość, zazdrość, strach) i zmagają się z różnymi zmartwieniami. Wyobrażacie sobie, jaką ogromną odpowiedzialnością Krzysztof Zapotoczny obarczył naszego wybrańca – Baltazara? Nastolatek ma uratować wieloświat! – tak wiele spoczywa na jego barkach, że dorosły by sobie nie poradził. Jasne, chłopak ma ogromne wsparcie przyjaciół oraz dorosłych odwiedzaczy, ale ma też na swojej drodze „przeszkadzajki” nie tylko w postaci demonów, stworów czy innych istot. Ba! Czasem podczas lektury książki miałam wrażenie, że to jednak inni ludzie są zagrożeniem na drodze do ratowania świata.

Koty. Autor jak nikt świetnie zna naturę tych zwierząt. Kot Marian to jedyny w swoim rodzaju osobnik, który posiada chyba wszystkie najgorsze kocie cechy (ale pytaniem bez odpowiedzi pozostaje: które w takim razie kocie cechy są OK? ;)). Uwielbiam jego (pozorne) zdystansowanie do trudnych sytuacji, uwielbiam jego sprzeczki z Baltazarem (i innymi odwiedzaczami również), uwielbiam jego cięty język i czarny humor. Aż żałuję, że w moim domu nie rezyduje taki Marian (dobrze, że Jerry i Sis nie potrafią czytać… Chyba ;)).

Dobrym zabiegiem jest wplecenie w fabułę motywu słowiańskiego. Raz, że mitologia słowiańska aktualnie przechodzi swego rodzaju renesans, a dwa – jest szansa, że młody czytelnik w trakcie lektury zainteresuje się demonami z Przeklętego Kwartetu, a co za tym idzie sięgnie po bestiariusz słowiański, by poznać inne fascynujące i przerażające stwory i istoty.

To co towarzyszyło mi podczas czytania książki, to… ciągłe napięcie. Tyle że z tych pozytywnych, które świadczą o tym, jak bardzo opowiadana historia mnie wciągnęła. Podobnie jak w cyklu Czarny Staw Roberta Ziębińskiego, tak i tu czasem czułam się, jakbym była dodatkowym bohaterem książki, przeżywającym te same wydarzenia lub który cieszy się i martwi razem z pozostałymi bohaterami Kota Mariana i Przeklętego Kwartetu. Szczerze – przewracanie kolejnych stron było katorgą, bo z jednej strony chciałam dowiedzieć się, co dalej, a dwa – podświadomość szeptała mi: Jesteś coraz bliżej końca książki… – co było okrutne, bo tak dobrze mi się czytało tę powieść, że mogłaby sobie płynąć jeszcze przez kolejnych pięćset stron. I generalnie kończąc rozdział, myślałam: Dobra, to jeszcze tylko jeden. A że przy Grozolubisiu myśl ta często była tylko pobożnym życzeniem (bo rozdziałów dużo, a drzemka króciutka), więc każda chwila na czytanie stawała się świętem 🙂

Jako że jest to kolejny tom cyklu, to zdradzać Wam więcej nie będę poza tym, że bawiłam się podczas lektury świetnie! Wyobraźnia autora nie zna granic, a cykl o kocie Marianie wciąga niczym studnia bez dna (w pozytywnym znaczeniu)! Ta część ma – moim zdaniem – więcej mroku i ogólnie uważam, że każda kolejna jest lepsza od swojej poprzedniczki.

Polecam serdecznie każdemu, kto kocha koty i/lub książki, i/lub fantastyczne historie i/lub Wrocław!!!
I czekam z (nie)cierpliwością na kontynuację!

„We wrześniu ściany krwawią”, Carissa Orlando

Dom. Miejsce, które kojarzy się z poczuciem bezpieczeństwa, miejscem, w którym możemy być sobą, w którym zrzucamy z siebie maski całego dnia.

Zauważyłam, że wśród moich znajomych, plus minus czterdziestolatków, często mieszkających na tak zwanym blokowisku, pojawia się myśl o posiadaniu własnego domu lub choćby domku z kawałkiem trawy (pamiętacie czasy lockdownu, pięć lat temu, kiedy wygranym był każdy, kto mieszkał w domu właśnie?). A że rynek nieruchomości wychodzi marzycielom naprzeciw, więc w podmiejskich aglomeracjach zaczynają powstawać coraz liczniej nowe budynki (nie zawsze domy, bo większą popularnością cieszą się tzw. szeregowce – im mniejsza działka, tym więcej można ludzi upchać). I ja też marzyłam kiedyś o swoim domu. Ale jak dobrze wiemy, nie zawsze marzenia są w zasięgu ręki. Przekonała się o tym Margaret, bohaterka niesamowicie wciągającej powieści We wrześniu ściany krwawią.

Nasza bohaterka przez całe swoje życie chciała mieszkać w domu. Jednak – jak to właśnie w tym życiu bywa – ciągle pojawiały się inne priorytety (jednym z najważniejszych było wychowanie córki). Ostatecznie Margaret wpadła na „swój” dom zupełnie przez przypadek i tenże właśnie zaważył o kupnie posiadłości. Oczywiście agentka nieruchomości podczas oprowadzania po domu wspomniała o mającym miejsce w tychże ścianach morderstwie (a nawet trzech), ale kto by się tym przejmował, skoro w głowie ma się neon z napisem TO MÓJ WYMARZONY, WYŚNIONY DOM.

W We wrześniu ściany krwawią duchy towarzyszą naszej bohaterce od samego początku powieści. Są takie, które jej służą (to pierwsza książka, w której parzono hektolitry herbaty :)), są takie, które ją chcą wystraszyć, są też takie, które atakują i gryzą, gdy się do nich podejdzie zbyt blisko… I jest jeszcze piwnica. Mroczna, zatęchła piwnica, w której czai się ktoś (coś?) i – co ciekawe – przed którym naszą bohaterkę ostrzegają wszystkie duchy bez wyjątku.

Wspomnienia bohaterki przeplatają się z bieżącymi wydarzeniami, dzięki czemu czytelnik może poznać lepiej Margaret i spróbować zrozumieć jej – często zaskakujące – zachowanie. Zatem mamy dom, mamy bohaterkę i otaczające ją duchy, i wszyscy żyją sobie w mniej lub większej symbiozie. Sielanka nie trwa jednak zbyt długo, a codzienność zostaje zaburzona przez jeden zwykły telefon. Córka naszej bohaterki, Katherin, martwi się o swego ojca. Nie może się z nim skontaktować, nie odbiera telefonu od kilku dni. (W tym momencie czytelnik dowiaduje się, że mąż głównej bohaterki odszedł, bo nie poradził sobie – lekko mówiąc – z atmosferą panującą w domu. Ach, i z krwawiącymi ścianami, o których zapomniałam Wam wspomnieć. Bo – jak w tytule – ściany domu krwawią tylko we wrześniu). Wracając do córki –  właśnie w tymże wrześniu kobieta postanawia odwiedzić matkę i dowiedzieć się, co stało się z tatą (kiedy już minął pierwszy szok po informacji, że rodzice się rozstali). Od tej pory życie Margaret i jej duchów mocno się (a jakże!) komplikuje.

Trudno jest mi mówić o tej powieści tak, żeby nie zepsuć frajdy z jej czytania tym z Was, którzy jeszcze po nią nie sięgnęli. Jest to taki twór, który możemy przyjąć na klatę, zapoznać się z historią i zgodzić się z podaną przez autorkę całością. Albo… możemy fabułę rozbierać na czynniki pierwsze, warstwa po warstwie jak cebulę i zobaczyć, co nam zostanie na końcu. Ja np. wiem, że za jakiś czas przeczytam tę książkę jeszcze raz, żeby sprawdzić, jakie wskazówki pozostawione przez autorkę zwyczajnie przeoczyłam.

We wrześniu ściany krwawią to wciągająca, szalona i nieoczywista powieść,  którą każdy może zinterpretować po swojemu i każdy może odkryć w niej coś innego. Mnie np. jeden motyw skojarzył się ze Slender Manem. Który? Koniecznie sięgnijcie po książkę.
Serdecznie polecam!

(PS Można czytać we wrześniu ;))

„Tajemniczy kot”, Kristina Ohlsson

Kiedy byłam dzieckiem, już takim w wieku szkolnym, ale jeszcze nie nastolatką, często lubiłam przesiadywać w bibliotece osiedlowej. Miałam to szczęście, że wtedy znajdowała się ona w bloku naprzeciwko mojego („po schodkach w dół”) i kiedy tylko chciałam, mogłam zaszyć się między regałami. Filia nie była jeszcze skomputeryzowana, czytelnicy mieli swoje kieszonki, w książkach znajdowały się karty, na których wbijało się pieczątką datę zwrotu, a w pomieszczeniach unosił się specyficzny zapach kurzu, papieru i czegoś jeszcze… Fajne czasy!

W każdym razie będąc dzieciakiem, oczywiście że czytałam książki dostosowane do mojego wieku, ale dość szybko oko zawieszało mi się na tytułach dla dorosłych (mimo że wypożyczalnia dla tychże znajdowała się w innym pomieszczeniu, ale bywałam tam po kryminały dla sąsiadki. Pani Jasia zawsze dawała mi za tę przysługę 5 złotych i czekoladę, więc… do przyjemności obcowania z książkami dochodziły jeszcze dwie inne:)). Dlatego uważam, że w tamtym okresie przegapiłam dużo fajnych tytułów dla dzieci i dlatego teraz, ponad 30 lat później, wracam do takich książek. Na pewno z sentymentu, ale też dlatego, że jako mama Grozolubisia chcę się lepiej orientować i poruszać właśnie po literaturze dziecięcej (młodzieżowej też). A nuż się przyda 😉

I tak oto niedawno w moje ręce trafiła książka Kristiny Ohlsson pt. Tajemniczy kot (jako posiadaczka dwóch kotów, wiadomo że nie mogłam przejść obok niej obojętnie). Jest to historia dwunastoletniej dziewczynki, Alvy, która wraz z mamą i młodszym braciszkiem, Ivanem, mieszkają w domku mobilnym w niewielkiej miejscowości Hovenäset. Trzy lata wcześniej spotkała ich tragedia – tato dziewczynki został śmiertelnie potrącony, a kierowca zbiegł z miejsca wypadku. Alva, wraz z przyjaciółmi Heidi i Harrym, zaczyna prowadzić śledztwo w temacie (policja z powodu braku dowodów zamknęła sprawę niedługo po wypadku). W międzyczasie do  Hovenäset przybywają mała dziewczynka z mamą, która jest niemową, a w okolicy mieszkańcy zaczynają napotykać czarnego kota z białą łapką. Kim jest ten zwierzak? Co sprowadziło dziewczynkę z mamą do tej małej miejscowości i – przede wszystkim – czy Alva i jej przyjaciele rozwikłają zagadkę związaną ze śmiercią taty dziewczynki? Tego dowiecie się tylko, sięgając po powieść Tajemniczy kot.

Pochłonęłam tę książkę praktycznie za jednym zamachem i powiem Wam, że bawiłam się świetnie. Przede wszystkim dlatego, że cała historia jest bardzo dobrze napisana. Każdy rozdział powoli odkrywa istotne dla fabuły karty, ale… dawkuje je tak, że w głowie ma się myśl: „no dobra, jeszcze jeden rozdział i przerwa”. Tyle że ta przerwa nie chce przyjść, bo czytelnik chce WIEDZIEĆ, czy Alvie uda się rozwiązać śledztwo, a z drugiej strony pragnie, by ta opowieść nagle zyskała kolejnych dwieście stron… Tak właśnie płynie się przez tę historię. Jednak muszę Was ostrzec – nie jest to przyjemna opowieść. Znajdziecie tu motyw straty, przygnębienia, znajdziecie gniew, będą tajemnice, amatorskie kryminalne śledztwo i duuużo grozy. Ach, i wiadomo, że jest też trochę kota 😉 Klimat tej książki jest niesamowity, ale w końcu akcja powieści dzieje się w Skandynawii, więc samo miejsce, mówiąc kolokwialnie, robi robotę.

Pod kątem biblioterapeutycznym ta powieść podejmuje ważne zagadnienia: mierzy się z żałobą, z utratą rodzica, mierzy się ze strachem przed utratą rodzica/rodziny, wskazuje na siłę przyjaźni oraz ukazuje relacje córka-mama.

Co ważne, Tajemniczy kot jest drugą częścią cyklu przygód Alvy i jej przyjaciół (pierwsza nosi tytuł Diabelski młyn), ale każdą z opowieści można czytać odrębnie, bez straty fabularnej. W każdym razie ja tak zrobiłam i nie czułam, że za jakimś wątkiem nie nadążam.

Podsumowując, Tajemniczy kot to świetny horror dla dzieci (i nie tylko!), poruszający wiele ważnych wątków pod kocykiem dobrej rozrywki. Polecam Wam gorąco!

Robert Ziębiński: „Czasami podpisując komuś książkę, myślę – a może coś ładnego narysuję. A potem zaczynam i modlę się, żeby dana osoba jeszcze kiedyś miała ochotę otworzyć to, co wydaję”

22 października ukazała się Wiła – druga część cyklu CZARNY STAW autorstwa Roberta Ziębińskiego. Z tej okazji przygotowałam dla Was rozmowę z autorem, a w zasadzie powtórkę rozmowy – bo pierwotna odbyła się 11 października podczas 4. edycji Grozownia Festival w Krakowie.

Magdalena Paluch: Robert, przede wszystkim serdecznie Ci gratuluję z okazji premiery Wiły – drugiego tomu cyklu Czarny Staw 🙂 Ale… zanim porozmawiamy trochę o książce, chciałam zapytać, jakim byłeś dzieckiem?

Robert Ziębiński: Oj, długo by opowiadać. Czasami spokojnym, czasami wręcz niebezpiecznym. W moim domu do legendy rodzinnej przeszła moja próba zostania słynnym podpalaczem. Miałem chyba z osiem lat i w ramach rewanżu za to, że sąsiadka była dla mnie niemiła, podpaliłem jej kurnik. Naprawdę. Na szczęście kury uciekły, a ja niczym bohater filmu akcji wkroczyłem do domu babci i podobno niezwykle opanowanym głosem powiedziałem, że muszą dzwonić na straż, bo podpaliłem kurnik pani Kuzowej. Ojciec wtedy chciał mnie zabić. Dostałem zakaz wszystkiego co możliwe – zero telewizji, zero wychodzenia na dwór, jakby mógł, to pewnie zakazałby mi jeść i oddychać. To było pierwszego dnia wakacji. Na szczęście na drugi dzień wyjeżdżaliśmy na miesiąc nad morze i tyle było z zakazów. (Śmiech). Generalnie byłem dzieckiem, które trochę cudem przeżyło dzieciństwo. Zrzuciłem na siebie szklane drzwi, pogryzły mnie psy – pamiętam że wyciągali mi głowę z paszczy psa, to też była domowa legenda – i tak dalej. Ale jakoś przetrwałem.

MP: Czy główny bohater cyklu – Kamil – nosi jakieś Twoje cechy/zainteresowania, czy np. to zupełny przypadek, że uwielbia sięgać po horrory filmowe?

RZ: Nie sądzę. Znaczy to nie tak, że budujesz postać znikąd. Każda ma coś z autora albo kogoś kogo się znało, widziało itp. Ale akurat Kamil chyba mną nie jest. Jest za spokojny i poukładany. Poza tym nie potrafię rysować. Czasami podpisując komuś książkę, myślę – a może coś ładnego narysuję. A potem zaczynam i modlę się, żeby dana osoba jeszcze kiedyś miała ochotę otworzyć to, co wydaję.

MP: Czy dzięki pracy w zawodzie dziennikarza mogłeś spełniać dziecięce marzenia? O te, które są jeszcze przed Tobą, nie pytam, ale gdybyś mógł opowiedzieć o jednym, które się spełniło.

RZ: Trochę trudno na to pytanie odpowiedzieć. Spróbuję inaczej. Czy praca w mediach pomogła mi poznać bohaterów dzieciństwa? Jasne – dzięki niej poznałem Jamesa Camerona, Nicka Cave’a, siedziałem zatrzaśnięty razem w pokoju z Cassandrą Wilson, piłem piwo z Lukiem Bessonem, chodziłem na kolacje z Dannym Boylem. Ale to nie były marzenia. To były okazje, które dała mi praca. Jasne, bez niej to by się nie udało, ale też pewnie nigdy nie pomyślałbym, że to możliwe. Załapałem się na ostatnie podrygi dziennikarstwa, które nie było online’owe a realne – nie przeprowadzało się wywiadów przez Skype’a, a siedząc twarzą w twarz w hotelu czy kinie. To był bardzo fajny, szalony okres. Ale żeby była jasność – nie tęsknię.

MP: Zanim powstał cykl Czarny Staw, pisałeś książki przeznaczone dla starszego czytelnika (oczywiście te granice są ruchome, bo wiadomo, że w pewnym wieku sięgamy po tytuły, które nas interesują). Skąd zatem w Twej głowie pojawił się pomysł na horror dla młodzieży?

RZ: Przyszedł mi do głowy w sylwestra 2017 roku. Przeglądałem sobie jakieś powieści R.L. Stine’a, oglądałem Gęsią skórkę i myślałem – dlaczegoż to nikt nie pisze u nas takich zwartych powieści osadzonych w wymyślonym miasteczku. Zacząłem to układać, wymyślać koncepcyjnie, ale musiało minąć jeszcze kilka dobrych lat, nim pomysł stał się rzeczywistością.

MP: Pierwsze wydanie cyklu ukazało się dobrych kilka lat temu. Co zaważyło na decyzji, żeby o nim przypomnieć i – z sukcesem – spróbować doprowadzić go do końca?

RZ: Kiedy wydawnictwo Słowne, czyli oddział Burdy, zawijało się z rynku, byliśmy na etapie rozmowy o trzecim tomie i tym, w którą stronę prowadzić opowieść. A potem przyszedł zarząd i wszystko skasował. W sumie wtedy mi ulżyło. Bo już gdzieś podskórnie czułem, że robię źle. Że za mało czasu poświęcam tym historiom, że nie są takie, jakie powinny. Potem oddałem dwa tomy dziewczynom z Mięty, zaznaczając, że chciałbym bardzo mocno to poprawić. Jeśli się zdecydują wydać. Zdecydowały. Pozwoliły mi poprawić i to bardzo. Reasumując – dobre relacje z wydawcą zaważyły.

MP: W Wile pojawia się piąty, bardzo istotny bohater – Pan Pulman (w książce zastosowano jedno „l” – MP). Wiem, że to realna postać. Opowiesz o nim? I dlaczego „Pan Pulman”?

RZ: Pullman był dachowcem, kotem, który na loterii przeznaczenia wygrał życie. Znalazłem go w koszu na śmieci. Dosłownie. Właściciele jakiejś kotki wrzucili do kosza cały jej miot. Pullman się z niego wydostał, reszta kotków zresztą też, ale tylko jego udało mi się złapać. Był maleńką kulką pcheł, której nikt nie dawał szans na przeżycie. A mimo to się udało. I żył kolejne dziewiętnaście lat, aż w końcu zabrał go rak. Był podróżnikiem (zjechał pociągami całą Polskę wzdłuż i wszerz) i wojownikiem (nie bał się psów, a zdarzało mu się z nimi bić i wygrywać – biedna sąsiadka). Imię otrzymał po pisarzu Philipie Pullmanie; mniej więcej wtedy, gdy kot pojawił się w naszym świecie, zaczytywaliśmy się w Mrocznych materiach. Kiedy zacząłem pisać Wiłę, Pullman umierał. Wprowadzenie go do fabuły było swoistym hołdem, ale także próbą pożegnania się z kimś, kto towarzyszył mi w życiu prawie dwie dekady.

MP: W Wile nawiązujesz do – moim zdaniem trochę zapomnianej – legendy… Dlaczego Twój wybór padł właśnie na nią?

RZ: Pewnie myślisz o panu Twardowskim…

MP: Nie wiem, na ile mogę zdradzić ten wątek, ale tak – chodzi mi o pana Twardowskiego.

RZ: To było tak, że wszyscy pewnie słyszeliśmy na pewnym etapie życia o panu Twardowskim, a mało kto wie, że ta postać oparta jest na postaci, dookoła której prawdziwości toczą się spory do dziś – czyli Laurentym Durze. Czy istniał, czy rzeczywiście był czarnoksiężnikiem czy szarlataniem, czy był Niemcem, który nazywał się Dhur (Dur), czy Janem Twardowskim, czy może w ogóle nigdy nie istniał, tylko go wymyślono? W każdym razie jeśli istniał, to żył na przełomie piętnastego i szesnastego wieku i pracował na dworze Zygmunta II Augusta. Miał wsławić się tym, że stworzy lustro do komunikowania się z duchami, w tym z duchem Barbary Radziwiłłówny. Miał też na zlecenie króla pracować nad odkryciem kamienia filozoficznego. A przy okazji znał się na demonach… Nieszczęsna karczma Rzym to nic w porównaniu z bogatą biografią pana Laurentego i uznałem, że zbuduję na niej cały świat.

MP: Czy trudno jest napisać dobry horror młodzieżowy?

RZ: Tak samo trudno jak napisać zły. (Śmiech). Technicznie to bardzo proste, bo taka literatura rządzi się swoimi prawami i schematami, ale poza techniką jest jeszcze cała masa rzeczy, które muszą działać, żeby opowieść się podobała. Trzeba mieć bohaterów, pomysł na świat, budować ich tak, jak się czuje, a nie tak jak powinno. Jak to wszystko się ma, to można uznać, że pisze się przyzwoitą powieść. Problem polega na tym, że i tak nigdy nie wiesz, jak zareagują odbiorcy. Czy trudno jest napisać dobry horror młodzieżowy? Tak samo jak trudno pisze się kryminał czy powieść obyczajową.

MP: Cykl Czarny Staw dedykujesz swojej córce, Lili. Czyta Twoje książki? Podpowiada Ci rozwiązania fabularne?

RZ: Oczywiście że czyta, chyba jej się podobają. (Śmiech). Póki co nie wstydzi się, jak czytają to koleżanki z klasy, więc wstydu nie ma. Natomiast co do fabularnych rozwiązań – to nie. Natomiast bywa zupełnie nieświadomie – ogromną inspiracją. Dzięki temu, że nasz dom jest czasami pełen dzieciaków, mogę słuchać tego, jak mówią, co z kolei uświadamia mi, że nie ma sensu naśladować ich języka, bo on cały czas się zmienia, ewoluuje. Potrafią dwa miesiące używać określonych zwrotów, słów, by chwilę później nagle je porzucić i nigdy więcej nie powtórzyć. Dlatego nie ma co się z nimi ścigać, bo już na starcie jest się przegranym. Po prostu trzeba układać sobie bohaterów, tak jak się czuje, licząc na to, że im się spodobają.

MP: Śledząc Twój profil na FB wiem, że dużo swej pasji/wiedzy przekazujesz córce. Czy macie takie filmy i/czy książki, które Was łączą (łączą pokolenia)?

RZ: Oj, masę. Literacko choćby Christine Kinga – jedna z ulubionych książek Lili i moich. Filmowo Pulp Fiction, Martwe zło, Lśnienie. Są rzeczy, które nas łączą, są rzeczy, które dzielą. Jak to w życiu. Ale najważniejsze jest to, że póki co jeszcze chce jej się poznawać kulturę z ojcem.

MP: Podobno razem z Lilą piszecie książkę o horrorach. Czy możesz zdradzić coś więcej?

RZ: To eseistyczna opowieść o historii kina grozy. 16 rozdziałów – 16 podgatunków grozy poukładanych motywami od kina niemego do dziś. Lila i ja wspólnie oceniamy kanon grozy – ja z perspektywy dorosłego, który pracował w kulturze blisko ćwierć wieku, ona z punktu widzenia emocji współczesnego nastolatka. Powinniśmy skończyć do końca roku. A książka ukaże się pewnie w połowie roku. Nie wiem, tu decyzję podejmuje wydawca.

MP: Dziś premiera Wiły, a co po niej? Na co Twojego mogą liczyć czytelnicy w niedalekiej przyszłości?

RZ: Poza wspomnianą historią kina grozy, trzeci tom Stawu czyli Wurdulak i pewną powieść, nie wiem czy obyczajową z elementami thrillera czy dramat z elementami thrillera, która zresztą też jest już zekranizowana, ale nie wolno mi niczego mówić. Poza tym ustaliliśmy z wydawcą Stephen King. Instrukcja obsługi, że popracujemy nad nowym wydaniem. Więc też pewnie się ukaże.

MP: Czego mogę Ci dziś życzyć?

RZ: Zawsze zdrowia. Jak się jest zdrowym, to reszta jakoś się ułoży.

MP: Dziękuję za rozmowę!


Robert Ziębiński – Rocznik 1978. Dziennikarz, pisarz. Były naczelny „Playboya”. Wcześniej przez prawie dekadę pracował w dziale kultury „Newsweek Polska”. Autor Stephen King: instrukcja obsługi (książka roku serwisu „Lubimy czytać” 2019) i Sprzedawca strachu (2014), a także popularnych powieści sensacyjnych (Furia, Metro, Lockdown, Zabawka), powieści grozy (Dzień wagarowicza) i powieści grozy dla młodzieży (Czarny Staw, Wiła). Pierwszym filmem, który napisał była adaptacja własnej powieści Diabeł. W 2026 roku do kin trafi jego debiut reżyserski.

Fanatyczny wielbiciel horrorów oraz filmów Roberta Altmana, Mike’a Leigh, Neila Jordana i Stephena Frearsa. W wolnym czasie czyta, słucha dużej ilości starego jazzu i chodzi na długie spacery z psem (suką).

Prowadzi popularny autorski fanpage:
www.facebook.com/pogodzinachRobertZiebinski

„Połączenia” Robert Sosnowski

Nie jestem artystyczną duszą. Raczej twardo stąpam po ziemi, choć w zamierzchłych czasach zdarzyło mi się być romantyczką, ale… wracając do sztuki. Okay. Literatura jest sztuką. Film jest sztuką. Gry wideo ze względu na przepiękną grafikę są sztuką. Plakaty Grozownia Festival (a wcześniej KFASON-u) są sztuką, ale muzea czy galerie sztuki omijam szerokim łukiem. Jasne, kiedy zainteresuje mnie jakiś temat, jestem skłonna wybrać się na wystawę, ale generalnie – jak to się teraz mówi – tu nie ma chemii. Zresztą lekcje plastyki w podstawówce były dla mnie utrapieniem. Zdecydowanie bardziej wolałam ćwiczyć rozbiory zdania podrzędnie złożonego na polskim. Ale co poradzić, że literki kocham od maleńkości 🙂
Dlatego z dużą dozą ciekawości (i trochę na przekór sobie) sięgnęłam po książkę Roberta Sosnowskiego Połączenia.

Od pierwszych stron powieści wchodzi się w inny świat. Świat czwórki przyjaciół, którzy są twórcami, są artystami i uprawiają sztukę. Jan, All, Ma i Pau zapraszają czytelnika do swojego świata: świata kolorów, świata wyobraźni, ale i do czasów dzieciństwa i młodości (znajdziemy tu fragmenty przeszłości naszych bohaterów, głównie ich relacje z rodzicami, ale nie tylko), do świata zabawy, marzeń, zakazanych pragnień…

Czytając tę powieść miałam wrażenie nierealności (przecież takie życie nie istnieje!). No bo jak to tak można całymi dniami dbać o siebie, dogadzać sobie (pyszne jedzonko, ukochana muzyka, ukochany film czy książka) i jeszcze w tym wszystkim, w tej niespiesznej codzienności, mieć wenę do tworzenia autorskich rzeczy. No bajka! Jedna z bohaterek, Ma, używa nawet słowa RAJ. Ale czasem wystarczy jedno zdarzenie, by sielankowa codzienność została skażona rysą…

Na pierwszy rzut oka można pomyśleć – ot, książka o grupie zmanierowanych młodych ludzi, którym się w tyłkach przewróciło, bo są artystami, żyją sobie razem, bez pośpiechu i wychodzi na to, że groszem nie śmierdzą, a w ogóle uważają się za nie wiadomo co, ale… to tylko pozory, bo im dalej przewraca się kartki książki, tym więcej zmian zaczyna się dziać w ich życiu. Jak wspomniałam – jedno, z pozoru niewinne zdarzenie (i to pozytywne zdarzenie!) pociąga za sobą zmiany. Mnóstwo zmian. W tej powieści znajdziecie wspomnianą już przeze mnie sztukę. Dużo sztuki. Szczyptę rozważań filozoficznych i tych z dziedziny fizyki, jest też trochę sportu! Ale uderzy was tu też lęk przed zmianami, dążenie do spełnienia marzeń, zakazaną miłość, mnóstwo wątpliwości. Bywa naprawdę smutno.

Połączenia – pod płaszczykiem pozornej sielanki – mówią przede wszystkim o zmianach, o pewnego rodzaju wyborach, o podejmowaniu decyzji. O tym, jak nasze doświadczenia życiowe, nowe umiejętności, a nawet nowe znajomości, nas kształtują i jaki to ma na nas wpływ oraz jakie ponosimy tego konsekwencje. Mimo wcześniejszych obaw, podobała mi się. Dała do myślenia. To taka opowieść, którą mógłby wyreżyserować Bertolucci (reż. m.in. Marzycieli czy Ukrytych pragnień – tak mi się skojarzyło).

Podsumowując, dobrze napisany debiut, a dodatkowego smaczku na kartach powieści dodają dzieła sztuki wykonane przez bohaterów Połączeń. Mimo że to nie groza, polecam 🙂