„Strychnica” Marek Zychla

Nie lubię piwnic. Nie wiem, z czego wzięło się to nielubienie, choć pewnie każdy z Was sobie teraz pomyślał „no jak to – nie wiesz? Ciemno, straszno, pająki i inne szczury” – i tu pełna zgoda, ale… kiedy zaczęłam się nad tym zastanawiać, to możliwe, że przestałam lubić piwnice, kiedy jako dziecko mieszkałam w Wieliczce. To był dziwny dom. Bardzo ponury, z dziwnymi sąsiadami, do których przychodzili dziwni ludzie. Jeśli dobrze pamiętam, wejście do piwnicy znajdowało się na zewnątrz, pod schodami. Było tam ciemno i często właśnie tam można się było natknąć na podejrzanego typa, który przyszedł do któregoś z sąsiadów. Nigdy nikt mnie nie zaczepiał, ale to poczucie zagrożenia chyba ze mną zostało do dziś… Za to do strychu nie mam odniesienia. Teoretycznie w domu mam pomieszczenie, które nazywamy „strychem”, ale jest to po prostu pomieszczenie, w którym znajduje się szwarc, mydło i powidło. W każdym razie nie jest straszne. I w sumie dobrze. Natomiast nigdy w swoim życiu nie pomyślałam, że można by połączyć te dwa pomieszczenia w jedno, co udało się Markowi Zychli i stworzył Strychnicę (na całe szczęście!).

Zanim przejdę do opinii o książce, muszę Wam powiedzieć, że Marek Zychla to jeden z autorów, po którego teksty sięgam w ciemno. Do tej pory nie zawiodłam się ani na jego wyobraźni (a ta jest ogromna!), ani na warsztacie pisarskim. I to samo mogę powiedzieć o Strychnicy, która (chyba) obok Bezmiłości została jedną z moich ulubionych książek autora (i ulubionych w ogóle). Dlaczego? Już Wam mówię.

Najnowsza powieść Marka Zychli została osadzona w Irlandii, a dokładniej w Killkenny, i dzieje się w zabytkowej placówce opiekuńczej. Spotykamy tu sześcioro głównych bohaterów (trzech niepełnosprawnych umysłowo rezydentów i trzech opiekunów z różnych części Europy), którzy będą musieli zmierzyć się z czymś wykraczającym poza rozum zwykłego Kowalskiego, aby ocalić przed straszliwym wrogiem miejsce, które nazywają domem.

Marek Zychla stworzył niezwykłą opowieść o przyjaźni i odwadze zupełnie przypadkowych osób, które zrządzeniem losu znalazły się w tym samym miejscu i w tym samym czasie. Każda z postaci, które znalazły się w książce, posiada komplet oryginalnych cech, które będą miały duże znaczenie dla fabuły – nie tylko podczas emocjonującego finału.

Nie wiem, czy widzieliście na Netfliksie krótkometrażowe adaptacje tekstów Roalda Dahla? Jeśli nie, to koniecznie je obejrzyjcie, ponieważ to, w jaki sposób Marek Zychla przedstawił poszczególnych bohaterów, skojarzyło mi się właśnie ze sposobem narracji wspomnianych krótkometrażówek. Szczególnie rozbawił mnie rozdział o Johnie (moim ulubionym, poza kotką Śnieżką, bohaterem). Do tego stopnia, że co jakiś czas śmiałam się w głos. Uśmiech na mojej twarzy pojawiał się jeszcze w trakcie czytania wielu innych stron (choćby podczas pierwszej rozmowy Śnieżki z Bartkiem), ale jednak to John otrzymał ode mnie najwyższy stopień podium.

Sama historia (przedstawienie głównych bohaterów i wybranie ich do zmierzenia się z niebezpieczną misją) w pewnym momencie przywiodła mi na myśl sagę o Mrocznej Wieży Stephena Kinga. Tu – podobnie jak w opowieści mistrza grozy – również znajdziemy motyw wieży, ale zupełnie innej. Co to za miejsce i jak się zwie oraz co tam czyha na naszych bohaterów? Tego dowiecie się, czytając Strychnicę.

Autor po raz kolejny w swojej opowieści nawiązuje do mitologii irlandzkiej, a także porusza wątki historyczne tego kraju, co sprawia, że całość nabiera dużej dozy realizmu, a wyobraźnia czytelnika działa na wysokich obrotach.

Jest i Śnieżka. Śnieżnobiała kotka, która zamieszkuje placówkę od… nikt nie ma pojęcia kiedy. To, w jaki sposób Zychla poprowadził tę bohaterkę (typowo kocie zachowanie, dialogi z pozostałymi postaciami), pokazało, że autor bez dwóch zdań zna się na kociej naturze. Zdradzę Wam tylko tyle, że… Śnieżka daje po dupie 🙂

Na zakończenie tej opinii muszę Wam powiedzieć, że jest to jedna z takich książek, o której można mówić bardzo dużo i rozkminiać ją na wiele sposobów, ale też którą można przeżyć po cichu, tylko dla siebie. I ja lubię takie opowieści, które są oczywiście nieoczywiste.

A czym jest tytułowa strychnica? Poza połączeniem piwnicy ze strychem, tudzież strychu z piwnicą? To miejsce mroczne, w którym… i tu już koniecznie musicie sięgnąć po powieść Marka Zychli. Po historię pełną niezwykłego klimatu, niezapomnianej przygody, wielu uśmiechów i wzruszeń, którą z całego serducha Wam polecam <3

PS I już zupełnie na koniec: cały czas zachwycam się nad wydaniem Strychnicy, czyli twardą oprawą z obłędną grafiką okładkową (brawo Dawid Boldys!) i kocimi zdobieniami na brzegach. No piękności!

Wiktoria Król: „Pisanie nie jest dla mnie przyjemnością”

Magdalena Paluch: Pod koniec 2023 roku, nakładem wydawnictwa IX, ukazała się Twoja nowa książka Gang z Bethnal Green i nikczemne mordy w imię nauki. Skąd się wzięło u Ciebie zainteresowanie tematem wykopywania zwłok z cmentarzy i handlem ciałami?

Wiktoria Król: Gdy myślałam nad pierwszą książką, miałam w głowie dwa tematy: arseniczna zieleń i porywacze ciał. Wygrała zieleń. Ale od wydania debiutu zastanawiałam się, czy powinnam napisać coś kolejnego i jeśli tak, to co. Szczątkowy risercz miałam, a w głowie tworzył się pomysł na coś na kształt dramatu sądowego.

MP: O, to mnie teraz zaintrygowałaś… Co sprawiło, że w pojedynku odnośnie debiutu wygrała zieleń (mowa o książce Kolor śmierci, odcień grobu, czyli 50 odcieni morderczej zieleni)? Ciekawszy temat?

WK: Wydawała mi się bardziej niszowa, mniej znana niż temat rezurekcjonistów. Przynajmniej tak wtedy myślałam. Ale gdy zaczęłam risercz, to okazało się, że jest tam mnóstwo wątków do odkrycia. Natomiast jeśli chodzi o rezurekcjonistów, to mam wrażenie, że książka wyszła bardzo niszowo. Przede wszystkim wymyśliłam sobie taki a nie inny format: dużo przesłuchań, artykułów z gazet, no i ramki. Kto nie jest fanem ramek w książkach, niech pierwszy rzuci kamieniem!Continue reading →

Grady Hendrix: „Zarobiłbym więcej pieniędzy, gdyby to był przewodnik”

tłumaczenie: Michał J. Walczak

Magdalena Paluch: Witaj, bardzo się cieszę, że możemy porozmawiać na łamach portalu Grozownia z okazji polskiej premiery Twojej książki Jak sprzedać nawiedzony dom.
Jestem już po lekturze i wbrew temu, co mógłby sugerować tytuł… nie jest to przewodnik 😉

Grady Hendrix: Zarobiłbym więcej pieniędzy, gdyby to był przewodnik. 49% Amerykanów uważa, że mieszkali w nawiedzonym domu. To ogromny rynek, który pominąłem.

MP: Jak sprzedać nawiedzony dom to trzecia książka Twojego autorstwa, którą przeczytałam i kiedy już myślałam, że moją ulubioną (do tej pory) jest HORRORSTOR, to na naszym rynku wydawniczym pojawiła się właśnie ona! I tak właśnie zostałam fanką. Powieści. I Grady’ego Hendrixa. Jest tutaj wszystko, co lubię: relacje siostry z bratem, trudna sytuacja rodzinna, walka o spadek po rodzicach, lalki z piekła rodem, a zwłaszcza ta jedna, która może się kojarzyć albo z Laleczką Chucky, Annabelle, a najbardziej chyba z lalkami Punch & Judy. Dlatego muszę o to zapytać – czym się inspirowałeś, tworząc fabułę tej powieści?

GH: Napisałem tę książkę podczas lockdownu związanego z COVID-19 i tęskniłem za moją rodziną. Skoro nie mogłem spędzać z nimi czasu, postanowiłem wymyślić sobie wyimaginowaną rodzinę i spędzić z nią czas. A to oznaczało, że musiałem napisać opowieść o nawiedzonym domu, bo opowieści o nawiedzonych domach zawsze dotyczą rodzin: rodzinnych klątw, rodzinnych tajemnic, domów przodków.Continue reading →

Grady Hendrix: „I would have made more money if it was a guidebook”

tłumaczenie: Michał J. Walczak

Magdalena Paluch: Hello, I am delighted that we can talk on the pages of the Grozownia portal on the occasion of the Polish premiere of your book How to Sell a Haunted House.I’ve just finished reading it, and contrary to what the title might suggest… it’s not a guidebook😉

Grady Hendrix: I would have made more money if it was a guidebook. 49% of Americans think they’ve lived in a haunted house. That’s a huge market I missed.

MP: How to Sell a Haunted House is the third book by you that I’ve read, and just when I thought my favorite (so far) was HORRORSTÖR, this one made its debut on our publishing market! That’s how I became a fan—both of novels and of Grady Hendrix J Everything I love is here: the sibling relationship, complex family dynamics, the struggle over parental inheritance, dolls from hell, and especially the one that can be associated with either Chucky Doll, Annabelle, or most likely, Punch & Judy dolls. So, I have to ask – what inspired you when crafting the plot of this novel?

GH: I wrote this book during the COVID lockdown and I missed my family. Since I couldn’t spend time with them, I decided to make up an imaginary family and spend time with them instead. And that meant I needed to write a haunted house story because haunted house stories are always about families: family curses, family secrets, ancestral homes.Continue reading →

„W objęciach Uroborosa” Krzysztof Maciejewski (opowiadanie)

Dla Weroniki P.

zdj. Weronika Popowicz

Weszła do baru z tą gracją, która sprawia, że serce mężczyzny na chwilę się zatrzymuje, a czasami później zapomina, jak się bije. Pogrążony w  myślach popijałem piwo o zdecydowanie zbyt wysokiej temperaturze,  i wtedy zobaczyłem ją po raz pierwszy. Jej kruczoczarne włosy spływały na  plecy niespokojnym wodospadem, a oczy zdawały się przenikać najciemniejsze zakamarki duszy. Była arcydziełem, które przywoływało na myśl wszelkie możliwe kombinacje niebezpieczeństwa i piękna, a ja nie mogłem oderwać od niej wzroku.

Niejedno przeszedłem, patrzyłem na wiele kobiet, rozbierając je wzrokiem, zanim czyniłem to już osobiście w cudzołożnym zaciszu, ale ta była inna. Coś w jej ruchach, w jej postawie, mówiło mi, że przynosi kłopoty i byłoby straszną pomyłką wejście z nią w jakąkolwiek relację. Ale pomyłka zawsze była moim drugim imieniem.

Obserwowałem, jak zbliża się do baru, doceniając, że czerwona sukienka przylega idealnie do każdej krzywizny jej ciała. Nawet barman, stary wyga, który widział już w swoim życiu wszystko, patrzył na nią z mieszaniną pożądania i ostrożności. Na pewno doszedł do tego samego wniosku, co ja, że jest z nią coś nie do końca w porządku.

Zamówiła kieliszek czerwonego wina, a gdy barman go nalewał, na chwilę spotkały się ich spojrzenia, mówiące więcej niż słowa. Wręczył jej naczynie, a ona obróciła się i pochłonęła wzrokiem słabo oświetlone pomieszczenie, a wtedy jej oczy w końcu spoczęły na mnie. W tym samym momencie wiedziałem, że jestem w kłopotach.

Jedwabnym krokiem zbliżyła się do mojego stolika, usiadła naprzeciwko mnie, a jej usta wykrzywiły się w złowieszczym uśmiechu. Ale jej wyraz twarzy zmieniał się jak w kalejdoskopie i nie byłem pewien, czy nie uległem jakiejś optycznej iluzji.

– Kupisz dziewczynie drinka? –  zamruczała, doprawiając do tych słów nieco miodu i aksamitu.

Uczyniłem gest w kierunku baru, a potem nic nie mówiąc przyniosłem jej kolejną lampkę wina. Potem skierowałem swoją uwagę znów na nią.  – Jak masz na imię, kochanie?

Przysunęła się bliżej tak, że jej usta niemalże muskały moje ucho.  – Mów mi Lilith –  wyszeptała, a ja zadrżałem.

Lilith. Imię jak bagaż historii i mitu, imię, które wywoływało dreszcze wzdłuż kręgosłupa. Czy obchodziło mnie to? Przyciągała mnie jak płomień ćmę i nie mogłem się oprzeć jej grawitacji.

Rozmawialiśmy godzinami, o wszystkim i o niczym. Miała sposób na to, żeby sprawić, że zapominałem o jasnym świecie na zewnątrz, o ciemnościach, które czaiły się w kątach mojej duszy. W miarę jak noc mijała, bar pustoszał i w końcu zostaliśmy tylko we dwoje. Znów się przysunęła, jej usta muskały moje. Smakowałem głód w jej pocałunkach, odwieczną tęsknotę i smutek.

A potem, w trakcie naszych coraz bardziej namiętnych pieszczot poczułem to – ostry ból w szyi, przepływ ciepła, gdy karmiła swoją samotność moją krwią. Nadal nie umiałem się od niej oderwać.

Bo w tym właśnie momencie wiedziałem, że ją znalazłem – moją ciemną muzę, odwieczne przekleństwo i kobietę, która będzie moim ostatnim aktem. Czy mógłbym prosić o cokolwiek więcej lub… mniej? Miłość zawsze niesie ze sobą zgubę, a w ramionach wampirzycy można odnaleźć naprawdę satysfakcjonujące pożegnanie.


Krzysztof Maciejewski – (ur. 1971) – pisarz, krytyk literacki i dziennikarz. Publikował w większości czasopism fantastycznych. Wyróżniony w konkursie Gildii Horroru za krótkie opowiadanie grozy. Wydał zbiory opowiadań: Osiem (FORMA 2011) i Album (FORMA 2013). W książce City 1. Antologia polskich opowiadań grozy (FORMA 2009) znalazło się jego opowiadanie Duch w skrzynce, w książce City 2. Antologia polskich opowiadań grozy (FORMA 2011) opowiadanie Biblioteka rąk, a w książce 2011. Antologia współczesnych polskich opowiadań (FORMA 2011) opowiadanie Omdlałe myszy.(za lubimyczytac.pl)

„Jak sprzedać nawiedzony dom” Grady Hendrix

Nie wiem, czy wspominałam, ale mam młodszego o lekko ponad pięć lat brata. Nasza historia jest taka, że kiedy byłam mała, chciałam mieć rodzeństwo. Najlepiej siostrzyczkę, bo wiadomo – girl power! No ale przytrafił się brat. Kiedy mama przyjechała z nim ze szpitala… w sumie to chciałam, żeby z nim wróciła z powrotem 😉 Bo na co mi brat? Co ja będę robić z chłopakiem? Lalkami się nie pobawię, warkoczyków mu nie zaplotę, nie zostanie moją przyjaciółką… Powiem Wam, że długo byłam do niego na dystans. Długo. Mimo że byłam dla niego całym światem, wtedy nie umiałam tego docenić. Drażniło mnie, że ciągle ze mną i za mną łazi. I byłam zwyczajnie zazdrosna o uczucia rodziców do niego. Tylko że tak mają dzieci. Muszą sobie poukładać w głowie, że nagle stają się np. tą starszą siostrą i nie są już oczkiem w głowie mamy i taty. Choć tak naprawdę są, ale… pierwsze dzieci – Wy wiecie, jak to jest, prawda?

Dziś mając prawie 41 lat (brat ma odpowiednio mniej), nie wyobrażam sobie, że mogłoby nie być K. Na co mi siostra, skoro z moim bratem tak dobrze się dogadujemy. Czasem wystarczy, że na siebie spojrzymy i każde z nas wie, o czym to drugie myśli. I to jest fajne. I jestem wdzięczna rodzicom, że dobrze nas wychowali. Że się wspieramy, a nie rywalizujemy ze sobą. Oby tak było cały czas. Zwłaszcza gdy przyjdą kiedyś trudne dni i będziemy musieli pożegnać rodziców. Kiedyś…

Pewnie zastanawiacie się, skąd ten przydługawy wstęp o moich doświadczeniach z młodszym bratem. Ano dlatego, ponieważ m.in. na relacjach między siostrą i bratem opiera się najnowszy horror Grady’ego Hendrixa Jak sprzedać nawiedzony dom.

Powiem Wam, że książkę przeczytałam w tempie ekspresowym jeszcze w październiku (premiera została przełożona na styczeń) i wsiąknęłam w nią całą sobą. Główna bohaterka, Louise, dowiaduje się, że w wypadku zginęli jej rodzice. Oznacza to, że musi zostawić córeczkę z byłym mężem i wrócić do nielubianego domu rodzinnego, do Charleston, by dopełnić formalności związanych ze spadkiem i tym samym spotkać się z dawno niewidzianym, bezrobotnym bratem, Markiem, z którym są poróżnieni od lat (mężczyzna zazdrości jej odniesionych sukcesów). Wydawać by się mogło, że ogarnięcie domu po nieżyjących rodzicach i dogadanie się z ostatnim żyjącym członkiem rodziny to bułka z masłem. Otóż… nie. Między rodzeństwem wisi ogromne napięcie, co sprawia, że nie potrafią się ze sobą dogadać w żadnej z kwestii dotyczących domu, a sam dom… też ma wobec siebie (i wobec nich) inne plany…

Rany! Co to była za historia! Raz, że Hendrix opisuje tu trudne relacje pomiędzy Louise i Markiem – tak bardzo życiowe, które zapewne mają miejsce w wielu rodzinach na całym świecie, a także przedstawia trudy codzienności, czyli zmierzenie się ze śmiercią rodziców i wszelkimi formalnościami, które trzeba załatwić w związku z tym przykrym wydarzeniem. A dwa… mroczny klimat domu, który bez ludzi wcale nie sprawia przyjaznego i bezpiecznego, nie mówiąc już o tonach bibelotów, w tym lalek i pacynek, które należały do matki Louise. I ta jedna, wyjątkowa, która… za żadne skarby nie pozwoli na to, by została w domu sama…

Czytając tę powieść, od razu w głowie zaczęły mi się pojawiać znane z horrorów, straszne lalki, czyli m.in. kultowe już Annabelle, Laleczka Chucky, Megan czy związane z brytyjską kulturą kukiełki Punch i Judy.  Hendrix z niepozornej zabawki zrobił coś tak przerażającego, przed czym bohaterowie nie potrafią obronić ani siebie, ani swoich bliskich. Z początku niepozorne załatwienie formalności w domu po zmarłych rodzicach, staje się walką na śmierć i życie z czymś nadnaturalnym i niezwykle zaborczym i agresywnym… Czy Louise i Mark wyjdą z tej konfrontacji cało? I jakie były okoliczności śmierci ich rodziców? Koniecznie sięgnijcie po książkę Grady’ego Hendrixa Jak sprzedać nawiedzony dom.

Gwarantuję Wam, że jest poruszająco, jest emocjonująco, jest strrrrasznie, a nawet bywa obrzydliwie (tak, autor nie oszczędził scen, gdzie jucha leje się gęsto), a przede wszystkim identyfikując się z główną bohaterką, czułam jej niepokój. O swoje życie, o życie swojej córki… Bo to zło, z którym musi się zmierzyć, jest potężne i atakuje znienacka. Nie można sobie pozwolić na chwilę nieuwagi – inaczej już po Tobie.

W tej książce podobało mi się wszystko. Naprawdę wszystko. Pomysł, akcja, wyraziści bohaterowie, mrok i zło (a jeszcze jak zobaczycie to cudowne wydanie… Ach!). Myślę, że na tę chwilę jest to moja ulubiona powieść Hendrixa, a sam autor został jednym z tych, na którego kolejne tytuły będę czekać z wypiekami na twarzy. Bardzo polecam!

„Gang z Bethnal Green i nikczemne mordy w imię nauki” Wiktoria Król

Pewnie już Wam o tym wspominałam, ale mam słabość do Anglii. Nie wiem, skąd się wzięła, bo przed 2007 rokiem nigdy w tym kraju nie byłam, ale zawsze (zawsze!) była we mnie jakaś tęsknota za nim. Kiedy po raz pierwszy było mi dane być w Anglii, dzięki mojej Przyjaciółce, która załatwiła mi wakacyjną pracę tamże, od razu poczułam się jak w domu. I gdyby nie pewne okoliczności przyrody w postaci obecnego męża (wtedy jeszcze nawet nie chłopaka!), myślę, że mój wakacyjny wypad mógłby się skończyć stałym pobytem w tym kraju (wyobrażacie sobie świat bez Grozownia Festival w Krakowie czy bez #grozajestkobietą? ;)). Oczywiście stało się inaczej, za Anglią tęsknię, a tę tęsknotę pozwalają mi okiełznać m.in. książki, w tym ta Wiktorii Król Gang z Bethnal Green i nikczemne mordy w imię nauki.

Od razu chciałabym zaznaczyć, że wspomniana przeze mnie pozycja przenosi czytelnika w czasie do XIX wieku, a ściślej do 1831 roku, i opisuje dość drastyczne wydarzenia, ale… nie byłabym miłośniczką grozy, gdyby mi się tego typu opracowanie nie podobało. A o czym ono traktuje – ano o body snatchingu, czyli o wykopywaniu zwłok z cmentarzy. Ale nie tylko, bo gang, o którym Król wspomina w swojej książce, posunął się o krok dalej i postanowił uśmiercić co lepsze (czytaj: zdrowsze!) ludzkie kąski, by móc je potem sprzedać w celach naukowych.

W Gangu z Bethnal Green i nikczemnych mordach w imię nauki Wiktoria Król opisała sprawę sądową czterech mężczyzn, którzy zostali skazani na karę śmierci za dokonane zbrodnie oraz za praktykowanie wspomnianego przeze mnie body snatchingu. Co nimi powodowało, dlaczego postanowili trudnić się takim zajęciem i w jaki sposób wpadli w sidła sprawiedliwości – tego dowiecie się z niezwykle szczegółowo przygotowanej retrospekcji, która wprowadzi Was w klimat nie tylko XIX-wiecznej, brudnej Anglii, ale także wydarzeń, które miały miejsce właśnie w Bethnal Green.

Pomijając moje sentymenty do kraju, o którym jest mowa w książce, chciałam podkreślić, że autorka wykonała niezwykle drobiazgowy research, krok po kroku prowadząc czytelnika śladami gangu od pierwszej zbrodni. Podobało mi się, że sprawa nie została opisana jako suche fakty, za to którą spokojnie można potraktować jako rozdziały historycznej powieści kryminalnej. Mimo nagromadzenia dużej ilości informacji, która początkowo może (ale nie musi) czytelnika odrobinę przytłoczyć, książkę czyta się szybko i z narastającą ciekawością, co też panowie z gangu Bethnal Green nabroili.

Wiktoria Król – pomiędzy opisem właściwych wydarzeń – zamieściła wszelkie kwestie dotyczące medycyny, sądownictwa, policji itp., które panowały w tamtym czasie, dzięki czemu cała opisana sprawa nabiera jasności i czytelnik nie czuje się zagubiony. Wręcz przeciwnie – zyskuje wiedzę, która pomaga mu sprawnie poruszać się po XIX-wiecznej Anglii.

W ogóle sama książka jest świetnie przygotowana. To nie tylko zwarty tekst. Mnogość zdjęć, rycin, artykułów z gazet, wyodrębnionych ramek z ważnymi informacjami sprawia, że nawet gdyby nie interesowała mnie tematyka, kupiłabym ten tytuł z powodu walorów wizualnych. Już sama okładka, stworzona przez Marzenę Żyłę przyciąga wzrok. A całość… no jak dla mnie cud, miód i malina 🙂

Świetnym uzupełnieniem Gangu z Bethnal Green i nikczemnych mordów nauki jest niewielka książeczka I Ty zostaniesz rezurekcjonistą – ukłon autorki w stronę popularnych zeszytów ćwiczeń do matematyki z lat mej młodości, czyli I ty zostaniesz Pitagorasem. Ten dodatek pozwoli Ci zostać rezurekcjonistą i profesjonalnie wykopywać zwłoki z grobów 😉 Ja się nie skusiłam, ale może ktoś inny będzie chętny 😉

Podsumowując, jeśli lubicie Anglię, ciekawostki historyczne, XIX wiek, nietuzinkowe hobby, a przede wszystkim dramaty sądowe i wątki true crime – z czystym sumieniem polecam Wam najnowszą propozycję Wiktorii Król Gang z Bethnal Green i nikczemne mordy w imię nauki. I jestem bardzo ciekawa, czym autorka mnie zaskoczy następnym razem (czyli w jakie obszary realistycznej grozy się zapędzi…). Mam nadzieję, że niebawem będziemy się mogli o tym przekonać 🙂

Paulina Stępień: „Pozostanę przy horrorach i thrillerach”

Magdalena Paluch: Paulina, chciałam Ci pogratulować niedawnej premiery Twojej najnowszej książki Piękna Zośka. Sztuka zbrodni. Tym razem postawiłaś na inny gatunek. Dlaczego?

Paulina Stępień: Dziękuję. Nie jest to gatunek, na który sama bym się zdecydowała. Zostałam zaproszona do projektu True Monsters przez wydawnictwo Oficynka i uznałam, że będzie to ciekawa odskocznia od moich standardowych preferencji. Jako że nałogowo słucham podcastów kryminalnych, byłam podekscytowana perspektywą napisania czegoś, co już rysowało mi się w głowie, kiedy zapoznawałam się z relacjami dotyczącymi prawdziwych wydarzeń.

MP: Piękna Zośka. Sztuka zbrodni to zbiór czterech opowiadań inspirowanych prawdziwymi zdarzeniami. Dlaczego wybrałaś te konkretne?

PS: Są to sprawy, które przykleiły się do mnie, kiedy po raz pierwszy o nich usłyszałam i często wracam do nich myślami. Oburzają mnie, szokują, smucą. Jak otrzymałam zaproszenie do projektu, wiedziałam już, że na pewno napiszę o Verze Renczi. Mogłam się przy tym wyżyć twórczo, ponieważ sprawa jest zamierzchła i dość dyskusyjna w kwestii tego, czy na pewno miała miejsce w historii, więc nie miałam obaw, czy nikogo nie urażę, nie zachowując przezroczystości w narracji. Krótko przed otrzymaniem propozycji dołączenia do projektu, przed spotkaniem autorskim rozmawiałyśmy z Kasią z Alicya.pl o tym, że nie znamy żadnych seryjnych morderczyń – nie pamiętałam wtedy o Verze, szukałam myślami przykładów z czasów współczesnych. Musiałam napisać o seryjnej morderczyni, bo ten temat chodził za mną od momentu naszej rozmowy; okazja nadarzyła się sama. Sprawa Zofii Paluchowej przyciągnęła mnie z kolei możliwością wyeksploatowania wątków typowo kobiecych; przekleństwa urody, roli i udręki żony, rozpaczy matki, brutalnej śmierci z ręki męża. Z kolei pozostałe dwie sprawy, te współczesne, dotykają mnie w sposób, który ciężko nazwać słowami. Niesprawiedliwość, bezradność, przypadkowość – kiedy te uczucia towarzyszą jakiejś sprawie kryminalnej, zawsze zostaje mi w pamięci.

MP: Jak długo zbierałaś informacje do poszczególnych tekstów? Czy któryś z nich przysporzył Ci więcej pracy od pozostałych?

PS: Sprawy, które są inspiracją do tekstów, poznałam, słuchając podcastów kryminalnych. Każdy z nich przesłuchałam ponownie, a później sięgnęłam do źródeł. Najszybciej poszło mi z Verą, bo nie było wiele na jej temat, również w literaturze jej wątek poruszany jest jedynie wzmiankowo, więc popuściłam wodze fantazji. Najwięcej czytałam o Zofii Paluchowej; przebrnęłam przez dość obszerny rozdział o jej sprawie w Pitavalu krakowskim i korzystałam z niego, opisując scenę ćwiartowania ciała i odnajdywania kolejnych szczątków przez władze. W sprawach współczesnych posiłkowałam się głównie artykułami, ale były one zaledwie drobną inspiracją, nie chciałam wchodzić w szczegóły i nadawać moim tekstom charakteru reportaży, ponieważ są to wyłącznie opowiadania fikcyjne inspirowane prawdziwymi wydarzeniami. Obawiałam się, że ktoś może odnieść wrażenie, że to relacje ze spraw kryminalnych, dlatego dołożyłam starań, by umieścić tam jak najwięcej fikcji i rozmazać zdarzenia, którymi się inspirowałam.

MP: Skąd wzięło się u Ciebie zainteresowanie tematyką true crime?

PS: True crime zawsze mnie intrygowało, ale ta pasja rozwinęła się u mnie najmocniej, kiedy poszłam na kryminologię. Wtedy zaczęłam oglądać dokumenty kryminalne, słuchać podcastów i czytać związane z tym teksty. Wcześniej interesowałam się raczej samym „crime”, w literaturze – w kontekście motywu literackiego – i w psychologii.

MP: Ukończyłaś specjalności kryminologia i kryminalistyka. Czy od początku był to Twój pomysł na studia?

PS: Nie, to był przypadek. Po maturze zaczęłam studiować fizjoterapię na AWF-ie, w trybie dziennym. Niestety, z fizjoterapii pozostało mi tylko dobre wspomnienie o anatomii, bo była jedynym teoretycznym przedmiotem, na którym dobrze mi szło. Nie wiem, dlaczego próbowałam walczyć z moją humanistyczną naturą, w tamtym czasie chyba po prostu nie miałam pomysłu na siebie i szukałam czegoś, co mi się opłaci w przyszłości. Wytrzymałam rok. Zrezygnowałam ze studiów pod koniec września, po niezdanych poprawkach i nie chciałam tracić kolejnego roku, więc poszłam na pierwsze lepsze studia zaoczne, na których wciąż trwał nabór i które mnie interesowały. Nie wiązałam z nimi żadnej przyszłości, zrobiłam to „dla papierka” i żeby posłuchać o czymś ciekawym. Nie żałuję.

MP: Czy Twoja praca zawodowa obraca się wokół kryminalistyki, a może to dopiero przed Tobą?

PS: Nie, obecnie pracuję w handlu, nie wiążę też przyszłości z kryminalistyką, choć oczywiście nigdy nie mówię nigdy.

MP: Piękna Zośka. Sztuka zbrodni – jak już wspomniałaś – należy do projektu True Monsters zainicjowanego przez wydawnictwo Oficynka. Czy możesz coś więcej o nim opowiedzieć?

PS: Projekt obejmuje kilka zbiorów opowiadań inspirowanych prawdziwymi zbrodniami. Jeśli się nie mylę, pierwotnie miały wyjść jedynie w formie audiobooków, ale stworzono również papierowe i elektroniczne wersje zbiorów.

MP: Nie wiem, czy dobrze zauważyłam, ale wśród tych czterech opowiadań nie ma takiego, który dzieje się w Twoim miejscu zamieszkania (w Twojej okolicy). To świadomy zabieg czy zupełny przypadek?

PS: Zupełny przypadek. Co prawda Śląsk i Zagłębie słyną ze znanych spraw kryminalnych, jedna wydarzyła się nawet w moim rodzinnym mieście – Czeladzi – i było o niej głośno, ponieważ wydano wyrok, pomimo tego że nigdy nie znaleziono ciała ofiary. Jednak żadna zbrodnia z okolicy nie poruszyła mnie na tyle mocno, bym chciała się nią inspirować w tekstach.

MP: Czy planujesz kolejne opowiadania w serii True Monsters?

PS: Nie, to zamknięty projekt.

MP: Dwa lata temu zadebiutowałaś horrorem Tartak Leśna Osada. Czy będziemy jeszcze mogli przeczytać Twoją powieść z dreszczykiem, czy jednak pozostaniesz w strefie true crime?

PS: Pozostanę przy horrorach i thrillerach. Napisałam już kilka powieści z tych gatunków, obecnie poszukuję wydawcy. Moja przygoda z true crime i ogólnie z kryminałem była raczej jednorazowa, nie czułabym się dobrze w tym gatunku na dłuższą metę. O zbrodniach wolę czytać i słuchać.

MP: Pracujesz teraz nad jakimś tekstem?

PS: Tak, właściwie piszę przez cały czas. Ostatnio skończyłam dwie powieści grozy i pracuję nad trzecią.

MP: Czy możesz coś więcej zdradzić w temacie? Czy jest im bliżej Tartaku…? A może akcję umieściłaś współcześnie?

PS: Odruchowo miałam odpowiedzieć, że akcja wszystkich nowych tekstów rozgrywa się w czasach współczesnych, ale nie byłaby to do końca prawda. Pierwszy horror faktycznie rozgrywa się w czasach współczesnych, właściwie cała akcja dzieje się w dwóch domach i dotyczy tych domów, forma jest dość zamknięta i jest to celowy zabieg, ponieważ forma powieści poniekąd zgrywa się z jej treścią, która też traktuje o zamknięciu i izolacji od świata. Drugi horror teoretycznie ma miejsce w czasach współczesnych, ale dotyczy zagadki sprzed ponad stu lat i jest przeplatany opowieścią toczącą się na początku XX wieku, podobnie jak w Tartaku. Chyba po prostu mam ciągoty do takich klimatów. Akcja tekstu, nad którym obecnie pracuję rozgrywa się współcześnie i jest mocno osadzona w tej współczesności, już w prologu bohater nie może sobie poradzić z najnowszą technologią w pożyczonym samochodzie, przez co ląduje w ciemności na środku leśnej drogi. W tym tekście będę krążyć wokół motywów grupy przyjaciół, brudnych sekretów, zmowy milczenia, zamożnych elit i przekraczania granicy człowieczeństwa. Pierwsza i trzecia powieść to horrory psychologiczne, druga jest klasycznym horrorem o duchach.

MP: Zdradź mi jeszcze, skąd czerpiesz pomysły na książki-horrory?

PS: Głównie z książek i z filmów, ale zdarza się, że usłyszę albo zobaczę coś teoretycznie niezwiązanego z horrorem, a potem tak długo przetwarzam to w głowie, że zaczyna się wplatać w typowo horrorowe wątki i po jakimś czasie mam już gotowy pomysł na fabułę. Na przykład obecny tekst jest zainspirowany sprawą zaginięcia Brandona Swansona. Przypomniałam sobie, że znam taką sprawę, zobaczyłam w głowie chłopaka w aucie na środku drogi i myślałam o nim, póki nie ujrzałam jego bliskich, przyjaciół, zamożnej rodziny, relacji pomiędzy bohaterami, środowiska w jakim mogliby żyć, sekretów jakie mogliby dzielić. A potem dodałam do wszystkiego elementy grozy i dzięki temu dowiedziałam się, w jaki sposób wymyślony przeze mnie chłopak znalazł się na środku drogi i czemu zaginął. Nie zdarza mi się projektować fabuły od rozwiązania do początku, najczęściej wychodzę właśnie od jakiejś losowej, nieznaczącej sceny i dopiero wtedy wymyślam, co tam się wydarzyło. Mimo wszystko i tak jestem zdania, że pomysły czerpię z książek i z filmów, a to, co sama tworzę, jest po prostu miksem wszystkich motywów i klimatów, które są mi bliskie.

MP: To powiem Ci, że tak mnie teraz zaintrygowałaś, że… mam ogromną nadzieję, że Twoje teksty się ukażą niebawem. A czy w 2024 roku czytelnicy mogą się spodziewać więcej Pauliny Stępień?

PS: Bardzo bym chciała, żeby tak było. Robię, co w mojej mocy, ale to niestety trudne zadanie.

MP: A o czym marzy Paulina Stępień – autorka?

PS: O wydawcy, który przyjąłby moje teksty, zadbałby o ich promocję i dałby mi możliwości na konkurowanie w ilości książek wydawanych w ciągu roku z Remigiuszem Mrozem 🙂 Kondycyjnie jestem na to gotowa! A tak zupełnie na poważnie – marzę o nawiązaniu aktywnej i prosperującej współpracy z wydawnictwem, które doceni moją twórczość i tempo pracy. Zależy mi na tym, by teksty, które „chowam w szufladzie” trafiły w końcu do czytelników pod nadzorem wydawcy, przy którym ja – jako autor – będę miała gwarancję spokoju i pewności.

MP: Trzymam mocno kciuki, by to marzenie się spełniło! Serdecznie dziękuję Ci za rozmowę i czekam na Twoje kolejne teksty 🙂


Paulina Stępień – autorka powieści grozy Tartak Leśna Osada i zbioru opowiadań inspirowanych prawdziwymi zbrodniami Piękna Zośka. Sztuka Zbrodni w projekcie True Monsters. Ukończyła Kryminologię i Kryminalistykę. Pasjonatka literatury, wielbicielka grozy. Pochodzi z Zagłębia.

Continue reading →

„Piękna Zośka. Sztuka zbrodni” Paulina Stępień

Kiedy świat coraz częściej wypluwa ludzi, którymi kieruje agresja, hejt, nerwowość czy wręcz znieczulica, to cieszę się, że do tej pory (odpukać w niemalowane) moi najbliżsi nie stali się ofiarami przemocy. Że ci, co już odeszli z tego świata, odeszli z przyczyn naturalnych (choroba, starość), a nie dlatego, że trafili w złe miejsce i czas, i ktoś zrobił im krzywdę.

Jedna sytuacja sprawiła, że serce zatrzymało mi się na chwilę, kiedy dobrych kilka lat temu dowiedziałam się, że mojego brata pobili jacyś kibole. Wracał z imprezy od znajomych na nocny autobus, w centrum miasta, w zimie, gdzie ludzi wokół nie brakowało. Nie spodobał się jakimś trzem zakompleksionym typkom, nie spodobała im się (prawdopodobnie) jego odpowiedź na ich durne pytanie i zwyczajnie go pobili. Chłopak upadł, stracił przytomność. Powtórzę. W nocy, w zimie, w centrum miasta… Ostatecznie wrócił do domu, ale kiedy moja mama go zobaczyła, to… nie chciałabym być na jej miejscu. Mnie wystarczyła sama opowieść, żeby jednocześnie poczuć strach o życie brata i przeogromną złość na tych trzech, o których kulturalnie trudno się wypowiedzieć. To był jeden jedyny raz, który spotkał moją rodzinę. A ile jest takich różnych razów, które spotykają ludzi na co dzień, przez przypadek albo z powodu tego, czym się zajmują, jacy są itp. O takich właśnie zwykłych ludziach opowiada Paulina Stępień w swej najnowszej książce Piękna Zośka. Sztuka zbrodni.

Autorka, być może znana Wam z debiutanckiej powieści (horroru!) Tartak Leśna Osada, tym razem postanowiła skupić się na realnych potworach i poszła w tematykę true crime, oddając nam cztery historie (dwie współczesne i dwie zamierzchłe) straszliwych zbrodni, które popełnili… zwyczajni ludzie. Kim byli oprawcy, a kim ofiary i jaki ciąg zdarzeń doprowadził do makabrycznego końca – tego Wam nie zdradzę, bo cóż by to była za przyjemność z czytania Pięknej Zośki?

Ale… za to mogę Wam powiedzieć, że Paulina Stępień ma ogromną wyobraźnię, bo research researchem (który, jak wiecie, jest w tym wypadku obowiązkowy), ale jakie stworzyła tło dla tych historii… W każdej z nich czuć, że autorka podeszła do tematu niezwykle skrupulatnie i wykorzystała swój literacki talent, by przedstawić nam ciąg sytuacyjny, który mógł doprowadzić bohaterów opowiadań do punktu kulminacyjnego. I mimo że po każdym z tekstów jest krótkie wyjaśnienie, w którym Stępień podkreśla, że nazwiska postaci i opisane zdarzenia są fikcyjne, to moim zdaniem właśnie tak mogły się potoczyć losy bohaterów (ofiar czy też katów) i dokładnie w takich okolicznościach. Dzięki plastycznym i szczegółowym opisom bardzo łatwo było mi sobie wyobrazić zarówno czasy, w których wydarzyły się te straszne historie, jak i miejsca oraz ludzi czy ich emocje. Inna sprawa, że właśnie dzięki tym opisom czytelnik może sam siebie oszukiwać i udawać, że to o czym właśnie czyta, to wyłącznie wymysł autorki. Bo tak właśnie się czyta te teksty – jakby były wymyślonymi opowiadaniami z nurtu true crime. Ale jak wiemy, prawda jest zupełnie inna…

Moim ulubionym tekstem jest chyba ten tytułowy – o pięknej Zośce. Może dlatego, że jego bohaterka nosiła (po mężu) nazwisko Paluch 😉 Ale pomijając ten aspekt, akurat to opowiadanie najbardziej zapadło mi w pamięć, bo akcja dzieje się w Krakowie i okolicach, w latach 20. XX wieku – to zupełnie inny świat od tego mi znanego. Ale… zbrodnia, która się wtedy wydarzyła, spokojnie mogłaby mieć miejsce i dziś.

Podsumowując, najnowsza książka Pauliny Stępień Piękna Zośka. Sztuka zbrodni to pozycja idealna dla miłośników true crime oraz dobrych historii kryminalnych, ale nie tylko. Jest również idealna dla tych, którzy lubią dreszczyk emocji zawarty w krótkiej formie literackiej. Mam nadzieję, że to nie ostatnie true crime’owe słowo ze strony autorki, bo ja czekam na więcej!

Magdalena Sobota: „Kryminał i horror idą ze sobą w ogóle ramię w ramię, tylko że kryminał trzyma się bliżej rzeczywistości”

Magdalena Paluch: Magdo, właśnie sobie uświadomiłam, że od Twojego debiutu (Ogród zły) minęły już 2 lata! Kiedy to się stało?

Magdalena Sobota: Sama nie wiem! Ostatnio czas mija mi zaskakująco szybko. Ale nie traciłam go, bo w ciągu tych dwóch lat powstały dwie i pół książki, a także kilkanaście opowiadań.

MP: Złote kwiaty, drugi tom serii kryminalnej Śledztwa Herminy Wasylik, ukazał się w połowie listopada. Czy w związku z premierą odczuwałaś podobne emocje, jakie towarzyszyły Ci podczas  ukazania się debiutu?

MS: Myślałam, że nie będę już nigdy czuć się tak, jak przy debiucie, ale się zaskoczyłam. W momencie, kiedy pierwszy raz trzymałam w dłoniach papierową wersję Ogrodu złego cała się trzęsłam, zresztą byłaś tego świadkiem… Stresowałam się swoim pierwszym spotkaniem autorskim, tym, jak czytelnicy odbiorą książkę, byłam też jednocześnie podekscytowana spełnieniem marzenia i dumna z siebie. Do chwili, gdy otworzyłam przesyłkę z egzemplarzami Złotych kwiatów, byłam zupełnie spokojna, ale kiedy tylko zobaczyłam okładkę, a na niej własne nazwisko, znowu zalały mnie te same emocje. Obawiam się dokładnie tych samych rzeczy, co przy debiucie, i dokładnie tak samo się cieszę.

MP: Jak to było u Ciebie z pisaniem kolejnej części serii? Usiadłaś do niej bezpośrednio po zakończeniu Ogrodu złego, czy potrzebowałaś chwili przerwy od Herminy Wasylik?

MS: Początkowo w ogóle nie miałam w planach drugiej części serii, jednak minęło kilka miesięcy i zrozumiałam, że nie mogę tak zostawić Herminy. Historia była niedopowiedziana, nie potrafiłam się pogodzić z tak otwartym i zarazem smutnym zakończeniem. Poza tym w trakcie pisania moje postaci, jak zawsze, zaczęły żyć własnym życiem, więc nie mogłam się uwolnić od myśli, co byłoby dalej, jak potoczyłyby się ich losy. Kiedy już usiadłam do komputera, w ciągu kilku dni napisałam jedną trzecią książki, a potem poszło już łatwo.Continue reading →