Juliusz Wojciechowicz: „wszystko co potrafi John Wick zrobić z ołówkiem, ja potrafię szydełkiem”

Magdalena Paluch: Cześć, Julku! Miło mi Cię gościć na Grozowni jako mego rozmówcę, a okazja jest nie byle jaka – już wkrótce ukaże się druga część antologii inspirowanej twórczością Stephena Kinga, której to pomysłodawcą jesteś. Pokłosie – pierwsza część – ukazało się w 2015 roku nakładem wydawnictwa Gmork i zyskało sporą popularność. Czy mógłbyś opowiedzieć o tym projekcie? Przypomnieć jego początki i opowiedzieć, co czeka czytelników w kolejnej antologii. Czy również jej tytuł to Pokłosie?

Juliusz Wojciechowicz: Hej. Dzięki serdeczne za gościnę na Twoim portalu. Odpowiadając na Twoje pytanie, muszę zacząć od sławetnego „To nie jest tak, jak myślisz” 😁 Otóż to prawda, że niebawem światło dzienne ujrzy książka z nazwiskiem Kinga w tle i jest to „mój” projekt, ale nie jest to w żadnej mierze sequel Pokłosia. Pokłosie z założenia miało być hołdem dla Stephena Kinga oraz pewnego rodzaju gratką dla fanów pisarza z Bangor i powstawało w dosyć kameralnym gronie pięciu autorów – autorów, o których wiedziałem, że mają zapisanego Kinga głęboko w sercu i z którymi łączyły nas już wspólne antologie. Trzeba też dodać, że wszyscy zaangażowani w ten projekt dopiero raczkowaliśmy w literackim światku i „spina” była ogromna. Pamiętam też, że projekt realizowany był w ciemno, bez udziału i wsparcia wydawcy – taki był plan: najpierw przygotowujemy książkę, dopieszczamy do wyrzygania, następnie zaczynamy żmudny proces szukania wydawnictwa, które zechce książkę opublikować. Pięknym doświadczeniem, które do dziś wspominam z wielkim sentymentem, była bezinteresowna pomoc Stefana Dardy, który zapoznawszy się z surową wersją tekstu, zgodził się napisać wstęp do Pokłosia, a potem tak samo bezinteresowna i pełna zaangażowania pomoc Darka Kocurka, autora cudownej grafiki, zdobiącej okładkę Pokłosia. Wisienką na torcie okazały się Gmorki. Nie mogłem wtedy wiedzieć, że ta mała oficyna wydawnicza, również raczkująca wówczas w swojej branży prowadzona jest przez ludzi, którym Stephen King, delikatnie rzecz ujmując, był cholernie bliski. Reasumując: kilku początkujących autorów – fanów Króla, przy bezinteresownym wsparciu „starych wyjadaczy” złożyło hołd literacki swojemu idolowi, a małe wydawnictwo dołożyło wszelkich starań, by ten hołd wydać i uczynić zeń swój bestseller. Pokłosie doczekało się drugiego wydania w wersji elektronicznej i drukowanej, a całkiem niedawno również wersji audio w interpretacji Leszka Wojtaszaka.

Natomiast nowa książka, o którą pytasz, to zupełnie inna para kaloszy, choć o wspólnym mianowniku w postaci Stephena Kinga. W cieniu Bangor – bo tak się zwie ten projekt, bazuje na innym pomyśle wyjściowym i praca nad nim odbywa się w skrajnie różnych warunkach w porównaniu z powstawaniem Pokłosia. Po pierwsze W cieniu Bangor nie jest bezpośrednim hołdem dla Stephena Kinga, co raczej próbą pokazania, jak i o czym piszą autorzy, którzy jako czytelnicy „na nim wyrośli”, znają i kochają jego twórczość. Jak głęboko król grozy zakorzenił się w ich umysłach, i jak daleko sięgają cienie rzucane przez miasteczko Bangor. Po drugie: autorów tym razem jest aż osiemnastu, każdy powiązany literacko z grozą, ale w różnych jej odmianach od pulpowego horroru po gotyckie romanse. Po trzecie: zależało mi na parytecie płciowym, dlatego w książce znajdziemy nowele i opowiadania dziewięciu autorów i dziewięciu autorek. Po czwarte: kompozycja tekstów  W cieniu Bangor również jest nietypowa – nie ma tu składanki poukładanej fabularnie, dzielenia na mroczne i wesołe, przeplatanie krótkich utworów z długimi itd. Zależało mi, żeby każdy autor miał swoją indywidualną część w książce, suwerenną przestrzeń do zagospodarowania ograniczoną jedynie objętością; czytelnik otwierając W cieniu Bangor, otwiera tak naprawdę osiemnaście niezależnych literackich światów, z każdym pisarzem obcuje indywidualnie i w jego prywatnym świecie fantazji.  I wreszcie po piąte: projekt od początku powstaje we współpracy z wydawcą (Dom Horroru), co ma oczywiście swoje plusy i minusy.
I na koniec lojalnie  uprzedzam, że W cieniu Bangor to straszny grubas, ponad 650 stronic 😉
Więcej różnic nie pamiętam, za wszystkie żałuję, proszę o rozgrzeszenie.😁

 
MP: O widzisz, to przynajmniej się dowiedziałam, z czym się je ten Twój nowy kingowy projekt, bo jak zdążyłeś zauważyć, w głowie szumiało mi tylko Pokłosie i Pokłosie. A tu zupełnie inna para kaloszy i na dodatek grubasek! Już nie mogę się doczekać, żeby po niego sięgnąć. Powiedziałeś, że cała antologia składać się będzie z 18 opowiadań. Czy opowiadania zostały napisane przez autorów i autorki, których sam zaprosiłeś, czy jednak sami się zgłaszali do projektu? Jak przebiegała współpraca z tak liczną grupą twórców?

JW: Uroczyście przysięgam na stos biblii, a moja prywatna armia adwokatów to udowodni, że nic nie mówiłem na temat ilości opowiadań zawartych w W cieniu Bangor 🙂 Tak, to prawda, że autorów jest osiemnastu, natomiast utworów literackich jest 25. Jednym z głównych założeń projektu była maksymalna swoboda twórcza autorów ograniczona jedynie limitem objętościowym (liczbą znaków tekstu). W praktyce oznaczało to, że każdy autor miał do dyspozycji równą pulę do wykorzystania (80k znaków) i tylko od niego zależało czy napisze jedną dłuższą nowelę, czy na przykład trzy krótkie opowiadania. Podczas prac nad książką okazało się, że niektórzy wykorzystali swój „przydział” zaledwie w połowie, co stworzyło możliwość, by pozwolić innym, którym pióro wyszło poza ramy ustalonego limitu, na publikację dłuższego tekstu.

Odnosząc się do Twojego pytania o samych autorów i nabór tekstów do antologii, skrótowo rzecz ujmując, nabór był tajny i zamknięty i to ja zapraszałem swoje ulubione pióra do udziału w projekcie. Przynajmniej we wstępnej jego fazie. Pierwotny zamysł był taki, żeby zamknąć temat w osiem-dziesięć osób i na wzór Pokłosia, zrobić swoje, dopieścić książkę i zainteresować nią wydawców. Zanim jednak zdążyłem zaprosić połowę piór z mojego osobistego dream teamu, odezwał się do mnie Paweł Kosztyło z Domu Horroru i podczas luźnej rozmowy na temat jakichś ewentualnych wspólnych projektów, wspomniałem, że właśnie nad jednym ze Stephenem Kingiem w tle pracuję. Dogadaliśmy się jeszcze tego samego dnia i ciąg dalszy prac ruszył już pod banderą Domu Horroru.
I chciałbym powiedzieć, że dalej już było tylko z górki, ale nie było. Z jednej strony dużo prościej było rozmawiać z autorami, bo co innego zapraszać kogoś do „projektu widmo”, a co innego powiedzieć: „słuchaj, jest taki a taki projekt, wydawca zaklepany, pisz i wydajemy”, z drugiej strony wizja redaktora wydania i wydawcy, choć co do meritum spójna, w szczegółach potrafi mocno zgrzytać. Znasz mnie od lat, przyjaźnimy się, więc wiesz, że jest ze mnie niepoprawny i uparty jak osioł idealista z niemal patologiczną skłonnością do perfekcjonizmu, że potrafię olać marketingowe znaczenie jakiegoś Znanego Nazwiska na rzecz jakości pióra nikomu nieznanego debiutanta, że nie mają dla mnie determinującego znaczenia osobiste sympatie czy antypatie, jeśli w grę wchodzi literacka jakość pióra. Natomiast z punktu widzenia wydawcy marketing i potencjalna wartość komercyjna książki jest często sprawą kluczową i pierwszorzędną. Bywały więc spięcia, bolesne dla obu stron kompromisy, ale zarówno zyski, jak i straty, na tę chwilę czysto emocjonalne, rozłożyły się po równo. Patrząc na całokształt i pod kątem literackim, i na znakomitą oprawę graficzną obwoluty autorstwa Macieja Kamudy jestem więcej niż zadowolony. A autorom z całego serca dziękuję za współpracę, profesjonalizm, za ich wkład w tę książkę – jej damsko-męskie wnętrzności prezentują się nadzwyczaj apetycznie 😉

 

MP: Jeśli chodzi o ilość opowiadań w antologii – tak to jest, kiedy najpierw rozmawia się prywatnie, a potem robi oficjalny wywiad i… dzieje się to, co się dzieje 🙂 W każdym razie ja na pewno bardzo czekam na tę antologię, gdyż jestem jej niezmiernie ciekawa. Czy wiadomo już, kiedy się ukaże?

 

JW: To zupełnie jak w życiu społeczno-politycznym. W luźnej rozmowie pada: „niech ktoś coś krzyknie, a potem zjaramy parę samochodów”, a potem w oficjalnym wywiadzie: „czy nie sądzisz, że powinniśmy urządzić jakiś pokojowy protest?” 🙂 Wracając do literackiej codzienności – na tę chwilę, z tego co się orientuję, jeszcze w maju ma ruszyć przedsprzedaż. Książka jest na etapie ostatnich korekt technicznych składu – przy takim objętościowym grubasie nawet wielkość czcionki stanowi wyzwanie, by znaleźć złoty środek pomiędzy „drobnym maczkiem 600 stron” a „1200 stron wołami dla ślepców” 🙂

 

MP: W takim razie czekam na antologię z niecierpliwością. Zwłaszcza że książki Kinga uwielbiam (wiadomo – zdroworozsądkowo) i jestem niezmiernie ciekawa, co tam nasi autorzy fajnego wykombinowali. Nie jest to jedyny projekt, którego „ojcem” jesteś. Warto przecież wspomnieć o Hardboiled czy Iron Tales. Czy też planujesz swego rodzaju kontynuację tych antologii, czy są to projekty zamknięte?

 

JW: Czekaj, bo warto. Siła W cieniu Bangor tkwi w różnorodności. Mogę Ci obiecać, że znajdziesz kilka osobistych perełek, do których będziesz wracać. A co do „ojcostwa” projektów, które wymieniłaś… Przyznaję się z dumą do Toystories, Pokłosia i Hardboiled, natomiast Iron Tales to cholernie udane dziecko Kacpra Kotulaka, w którego współpłodzeniu uczestniczyłem wyłącznie jako jeden z zaproszonych autorów i za to zaproszenie mu przy okazji po raz kolejny serdecznie dziękuję. Wiesz, (i tu syk odbijającej mi sodówki w szczytującej fazie narcyzmu) nie każda zajebista antologia pojawiająca się na rynku rodzimej grozy, to moja zasługa 🙂
W kwestii kontynuacji i/lub wariacji na temat wymienionych tytułów, nie mówię nie, ale nic więcej na tę chwilę nie powiem bez mojego adwokata 🙂
W imieniu Kacpra nie będę się wypowiadał, ale zaręczam, że obaj mamy tendencję do kontynuacji i rozwijania sprawdzonych projektów oraz skłonność do podnoszenia sobie i innym poprzeczki coraz wyżej.

 

MP: No szlag by to… Przecież faktycznie Iron Tales to dziecko Kacpra Kotulaka. Mam nadzieję, że zostanie mi to wybaczone… Haha! niezła ze mnie promotorka, nie powiem. To może, żeby się już bardziej nie kompromitować (właśnie widzę ubywającą ilość lajków fp Grozowni ;)), porozmawiajmy o Tobie i Twojej twórczości. Poza udziałem we wspomnianych już do tej pory antologiach, masz na koncie publikację opowiadań m.in. w Księdze wampirówToystories, Człowiekiem jestem, a także w 2016 nakładem wydawnictwa Gmork została wydana Twoja książka Bez znieczulenia. Czy mógłbyś na chwilę wrócić do przeszłości i opowiedzieć, kiedy Juliusz Wojciechowicz postanowił pokazać światu swoje teksty i który był tym pierwszym, od którego wszystko się zaczęło?

 

JW: Prawdopodobieństwo, że spłoniesz za to na stosie jest mniej więcej tak możliwe jak to, że Kacper jest mściwym skurczybykiem 🙂
Co do przeszłości… Mam ostatnio potworną niechęć do cofania się w czasie, zarówno w życiu prywatnym, jak i zawodowym. To trochę jak odgrzebywanie trupów. Natomiast w telegraficznym skrócie: zacząłem pisać w 2011 r., drukowany debiut, w postaci dwóch opowiadań, miał miejsce w antologii Człowiekiem jestem, do której zaprosił mnie Marek Zychla, w międzyczasie napisałem mnóstwo krótkich utworów z pogranicza grozy i groteski, które składałem do kupy, celem wydania jako autorski zbiór. Kilkanaście opowiadań znalazło dom w różnych antologiach, czasopismach i zinach, potem, już po sukcesie Pokłosia i publikacji Hardboiled przez wydawnictwo Gmork, ponownie zebrałem to, co mi zalegało w szufladzie przez cztery lata i złożywszy w całość uderzyłem do wydawcy, z którym już zaliczyliśmy „pierwsze, a nawet drugie, koty za płoty” . W ten sposób Bez znieczulenia stało się ciałem, a ja mogłem odhaczyć w literackim CV w pełni samodzielny książkowy debiut.

 

MP: Wiesz, nawet jeśli spłonę na stosie, to zasłużenie 🙂
Co do cofania się w czasie – musisz mi wybaczyć, ale to zamierzony zabieg celem przypomnienia (pokazania) Ciebie tym osobom, które nie miały jeszcze styczności z Twoją twórczością tudzież projektami. Dlatego jeszcze Cię pomęczę trochę w temacie Bez znieczulenia. Jakie opowiadania znajdziemy w tym debiutanckim zbiorku? Czy masz tutaj swój ulubiony tekst? I – co najważniejsze – czy teksty w nim zawarte zaliczyłbyś do gatunku grozy?

 

JW: W Bez znieczulenia rezyduje 35 opowiadań, zdecydowana większość to mocne satyry społeczne, traktujące o relacjach na linii rodzic-dziecko, typowo damsko-męskich oraz relacjach z samym sobą, o religijnych kultach, social mediach, katastrofach o charakterze globalnym i osobistym, a wszystko ubrałem w skrajności, czasem na granicy absurdu. Ale jest też tam kilka „typowych utworów grozowych”. Jeśli chodzi o jakieś porównania, które pojawiały się w recenzjach czy w samym wstępie autorstwa Marka Zychli, to na pierwszy ogień idzie Roland Topor, ktoś kiedyś użył odniesienia do rysunków Raczkowskiego, padło nazwisko Keret, a nawet serial Black Mirror, ale z zaznaczeniem, że powyższe porównania należy podnieść do potęgi trzeciej, jeśli chodzi o dosłowność czy dosadność literacką tekstów. Jest mocno, bardzo emocjonalnie, twardo i ostro stylistycznie. I cholernie osobiście. Podobno pierwsza książka pisarza jest o nim samym. Dużo w tym prawdy, a na pewno na bazie emocji i osobistych przemyśleń na temat życia. Dlatego do niej nie wracam.
Wyrzygałem się emocjonalnie za pomocą okrutnych i przewrotnych grotesek i etap zamknięty. Jak pod deklem się przegrzewa, to możesz wypić ocean wódy, natłuc komuś po ryju albo napisać książkę. Albo wszystko naraz 🙂
Do zabawnych wydarzeń związanych z publikacją tej książki można zaliczyć reakcje czytelników, dla których jako człowiek byłem zupełnie obcy – dowiadywałem się później, kiedy już poznaliśmy się na jakichś targach książki albo konwencie fantastycznym, że się mnie bali albo wyobrażali sobie, że jestem jakimś niespełna rozumu zwyrolem, bo przecież nikt normalny takich rzeczy nie pisze 🙂
Pytasz o ulubiony tekst. Zdecydowanie i niezmiennie Układ.
Z innych ciekawostek; do większości opowiadań z BZetki siadałem ze szczerym zamiarem napisania humoreski. Cóż, wyszło jak wyszło, czyli jeśli śmiejesz się na kreskówkach z serii South Park, to przy lekturze Bez znieczulenia też się miejscami uśmiechniesz 🙂

 

MP: To powiem szczerze, że zaskoczyłeś mnie teraz bardzo pozytywnie. Gratuluję tych porównań, bo są one chyba niezwykle budujące dla debiutującego autora (debiutującego książką – to tak uściślając). Toporem kiedyś zaczytywałam się namiętnie w latach studenckich. Oczywiście Twój zbiorek też przeczytałam. Nawet jedno opowiadanie jest z dedykacją dla mua 😉
Układ – ten tekst wymieniłeś jako swój ulubiony. Czy właśnie z tego powodu postanowiłeś przekuć go na film krótkometrażowy? Możesz coś więcej opowiedzieć w temacie?

 

JW: Z porównaniami sprawa bywa śliska, bo niektórzy biorą je zbyt dosłownie, a potem są oburzeni, że „to nawet obok Topora nie leżało” 😉 Ale jak już przy Rolandzie jesteśmy – jest coś w pisaniu obrazoburczych prześmiewców jego pokroju, co mocno uwrażliwia na postrzeganie rzeczywistości, to prawdziwa woda na młyn weny przewrotnie twórczej.
Jeśli chodzi o Układ i przeniesienie go na ekran, to za cholerę nie pamiętam, czy to był mój pomysł, czy Pawła Palucha, z którym oprócz przyjaźni, łączy nas słabość do pulpowych, mrocznych historii, najchętniej w wersji noir z antybohaterem w roli głównej i amatorska grupa filmowa Attic Film Production. W każdym razie film powstał, jest dostępny na YT, doczekał się kilku pokazów publicznych, m.in na Kfasonie, Dniach Fantastyki, filmowym festiwalu Kocham Dziwne Kino. I nie powstałby, gdybyśmy Waszego mieszkania i strychu nie zamienili w plan filmowy, gdyby Aśka Widomska, Franek Zgliński, Michał Walczak, Marek Zychla i Michał Górzyna nie zechcieli udzielić się aktorsko i pomóc ogarnąć całe przedsięwzięcie.

 

 

MP: Czy chciałbyś, żeby jeszcze jakieś Twoje opowiadanie zostało sfilmowane? 

 

JW: Tak. Lana z Hardboiled. Ale, cholera, pełny metraż z budżetem Netflixa 🙂


MP: Oj tak, Lana to świetne opowiadanie. Nawet postanowiłam od bohaterki tego tekstu zapożyczyć imię dla mojej królicy. Też ma dziewczyna charakterek!
Ale wracając do Twojej twórczości – jak już wspomnieliśmy w rozmowie – od Bez Znieczulenia minęło kilka lat. Wiem, że to nie były lata posuchy, bo i brałeś udział w projekcie Horror na Roztoczu albo współpracowałeś z Pawłem Paluchem przy projekcie filmowym Barter. Czy możesz coś więcej opowiedzieć o tym ostatnim? 

JW: Z Twoją królicą łączyła nas kiedyś wspólna miłość do bananów. Od kiedy wywaliłem z diety węglowodany, przestała na mnie zwracać uwagę. Ech, kobiety 🙂
Rzeczywiście przez ostatnie lata tylko kilka moich opowiadań pojawiło się w zbiorczych antologiach, pisałem też recenzje i felietony, m.in dla portalu Dzika Banda, ostatnio również dla Twojej Grozowni, a mocno wsiąkłem w filmową zabawę z Attic Film Production. Zrobiliśmy dyptyk Pony up: 300 – taki fanowski „tribute to Robert Rodriguez & Quentin Tarantino”, a ostatnio oddaliśmy się projektowi Barter, który mamy nadzieję rozwinąć do całej serii. Zaczęło się niewinnie od „może byśmy tak rozruszali się trochę i odkurzyli kamerę, tak po prostu pójdziemy do lasu i nakręcimy luźną scenkę jak dwóch kolesi naparza do siebie ze spluw, a w tle postawimy neseser, że niby o niego tak zaciekle walczą”. Potem wspólnych pomysłów na szerszą fabułę pojawiło się mnóstwo, część ze scen utrwaliłem literacko na papierze, tak samo rozpisałem bohaterów z całą ich przeszłością i portretami psychologicznymi. Filmowo ogranicza nas zawsze budżet (a raczej jego brak), więc wersję bardzo okrojoną fabularnie i technicznie w końcu Paweł zmontował tak, by dało się to pokazać publiczności, natomiast ja postanowiłem swoją wersję tej historii, w całej jej okazałości i rozmachu uwiecznić jako powieść, nad czym obecnie od kilku miesięcy pracuję. Literatura ma tę przewagę nad filmem, że pisarz nie potrzebuje szukać pieniędzy na realizację swoich najbardziej „wysokobudżetowych” wizji danej fabuły, wystarczy że przeniesie je na ekran komputera za pomocą zręcznie skomponowanych zdań 🙂

 

 

MP: To skoro już się wyszalałeś twórczo (przynajmniej póki co), powiedz, kiedy będzie można przeczytać kolejną książkę Juliusza Wojciechowicza? Czy masz może w planach kolejny zbiór opowiadań, czy może jednak zrobisz nam wszystkim niespodziankę i podzielisz się z nami jakąś dłuższą historią. A może pieprzniesz wszystkim w cholerę i zaczniesz np. szydełkować? W sumie, tak między nami, w dobie koronawirusa nie zdziwiłaby mnie ta ostatnia opcja 🙂

 

JW: Do wyczerpania twórczego szału mi daleko, natomiast bliżej mi do jego okiełznania i ekspediowania w jednym kierunku. Z pisania opowiadań i nowel nie zrezygnuję, bo to moja ulubiona forma literackiej ekspresji, natomiast mam w planach w najbliższej przyszłości wypuścić na rynek dwie powieści, krótkie i naładowane akcją. Mam też pomysł na cykl powieściowy, osadzony w jednym uniwersum, którego fabułę scalać będzie jeden bohater. Uprzedzę od razu pytanie o gatunek. Tak, to będzie fantastyka, tak to będzie groza. Uwielbiam schemat mrocznej westernowej konwencji, w której samotny, twardy sukinsyn trafia do zadupiastego miasteczka i robi rozpierduchę, kocham stare pulpowe kryminały spod znaku hardboiled i klimaty postapo, mogę bez końca czytać i oglądać fabuły, w których mniejsza lub większa społeczność zostaje uwięziona w niewielkiej przestrzeni bytowej i wspólnie walczy o przetrwanie, mam pierdolca na punkcie wielkich miast sprowadzonych do roli zamkniętego świata, fascynuje mnie komiksowe przerysowanie rzeczywistości, w której przemoc jest równie poetycka co piękna i przerażająca zarazem. Tak więc, raczej powtórki z Bez Znieczulenia nie będzie, jeśli już, to okazjonalnie w postaci pojedynczych tekstów, natomiast dla fanów Texa Harleya i Ghost City z Lany mam dobrą wiadomość – wygląda na to, że estetycznie, fabularnie i stylistycznie w tym kierunku literackim teraz zmierzam i prędko się to nie skończy 🙂
A w kwestii ewentualnego szydełkowania i pieprznięcia wszystkiego w cholerę. Wszystko co potrafi John Wick zrobić z ołówkiem, ja potrafię szydełkiem, więc mnie nie podpuszczaj 🙂 A „pieprznąć wszystko w cholerę” to moja specjalność 🙂

 

 

MP: Wspaniale słyszeć, że wracasz do gry i planujesz samodzielne powieści! Oczywiście najchętniej już bym sobie je czytała, ale wiemy… Wiemy, że to nie jest takie hop-siup! W każdym razie trzymam mocno kciuki, żeby wena Cię nie opuszczała 🙂 I obiecuję nie podpuszczać już więcej z „pieprznięciem wszystkiego w cholerę”. Jeszcze sobie pomyślałam, że tak naprawdę z Twoich postów na Facebooku, które od czasu do czasu zamieszczasz, uzbierałby się ciekawy cykl felietonowy. Nie myślałeś o tym? Żeby wypuścić je w świat w formie książkowej?

 

JW: Tych „felietoników” fejsowych jest chyba za mało, żeby myśleć o jakimś zbiorze i nie wszystkie zawierają w sobie „koci element”, co automatycznie obniża społeczne zainteresowanie tematem, bo jak wiadomo kot sprzeda wszystko 🙂 A tak na poważnie, to się nad tym nie zastanawiałem, chociaż ucieszyłem się, że na przykład blogowe wpisy Łukasza Orbitowskiego wyszły w formie książki, sam lubię czytać to, co Wojtek Gunia „felietonowo” wrzuca na fejsa i to samo mógłbym jemu zasugerować. Generalnie, to właśnie mnie podpuściłaś, żeby pozbierać tego typu teksty w środowisku grozowym i sklecić z tego felietonową antologię… Tego jeszcze nie było, a mogłoby być ciekawe 😉

 

MP: W żaden sposób Cię nie podpuściłam! Ale pomysł brzmi świetnie i w tym miejscu go zaklepujemy, i jeśli usłyszymy, że ktoś robi antologię felietonów grozowych… To lepiej niech od razu sobie Barter obejrzy 😉 Długo się biłam z myślami, ale jednak zapytam o to, o co autorzy nie lubią być pytani: skąd czerpiesz swoje pomysły i jak wygląda Twój dzień pod znakiem pisania? Mianowicie, czy piszesz regularnie, czy jednak dopiero w momencie, kiedy fabuła Ci się jednak w głowie poukłada?

 

6. Krakowski Festiwal Grozy KFASON

JW: Piszę bardzo nieregularnie z wielu powodów, często napadowo. Potrafię w dwa tygodnie napisać pół powieści, a potem przez rok do niej nie wracać. Same pomysły na fabuły wpadają mi do głowy znienacka, często zainspirowane otaczającą mnie rzeczywistością – zasłyszanym dialogiem w autobusie, jednym zdaniem wyrwanym z kontekstu w jakiejś książce czy filmie, zaobserwowaną scenką z życia w pracy lub podróży. Pisanie traktuję jako coś, co ma mi sprawiać przyjemność, to jedyna dziedzina życia, której nie poddaję dyscyplinie. Próby zmuszania się do regularności, do pisania codziennie o określonej porze, określonej liczby słów czy znaków spełzają zazwyczaj na niczym. Z drugiej strony jak już wpadnę w „pisarski ciąg”, trudno mi funkcjonować w rzeczywistym świecie – jestem wtedy nieobecny, trudno mi się skupić na „pierdołach” jak praca zawodowa, obowiązki, życie towarzyskie 🙂

 

MP: Ciężkie jest życie artysty 🙂 A czym zajmujesz się, kiedy akurat nie piszesz, nie knujesz antologii, nie kręcisz filmów z Attikiem?

 

JW: Życiem. Jak tylko wystrzelam się z pestek, zmieniam magazynek 🙂
Zdarza mi się okazjonalnie zajmować redakcją książek, ghost-, co- i copywritingiem, ale najczęściej po prostu pracuję, zazwyczaj ciężko fizycznie, często w miejscach, którym daleko do cywilizacji i jakiejkolwiek kultury wyższej. Lubię to. Lubię chodzić na wojnę, lubię pracować w miejscach, gdzie siła i wytrzymałość to podstawa, sprawia mi to autentyczną przyjemność. Jeśli dodatkowo jest niebezpiecznie, to jeszcze lepiej.
Gdybym utknął w jakimś korpo pod garniturem i przymusem wiecznego, fałszywego uśmiechu, to albo bym zwariował, albo musiałbym po godzinach ciskać żelastwem na siłowni, ewentualnie napierdalać się w klatce z jakimiś dzikusami MMA, żeby spuścić parę. Taki „robolski” świat ma swój prymitywny, szczery urok prawdziwego samczego życia. Tam nikogo nie obchodzi czy znasz języki obce, czy umiesz pisać poezję albo pięknie śpiewać. Tam liczy się siła mięśni, wytrzymałość i spryt. I to mi pasuje.

 

MP: O czym marzy Juliusz Wojciechowicz – autor?

 

JW: O rzeszy czytelników, którym czytanie jego książek sprawiałoby podobną  przyjemność, jak jemu ich wymyślanie i pisanie. A tak naprawdę, to oczywiście o międzynarodowej sławie i histerycznym uwielbieniu tłumów 🙂

 

MP: To pozostaje mi tylko (albo aż) trzymać mocno kciuki, by Twe marzenia się spełniły! A póki co przebieram nóżkami w oczekiwaniu na antologię W cieniu Bangor, a jeszcze bardziej na Twoją debiutancką powieść.
Dziękuję Ci za rozmowę!

 

JW: Wiesz, jak to jest z tymi marzeniami. Lepiej trzymać mordę na kłódkę, bo nigdy nie wiadomo, który bóg akurat słucha. 😁 Dziękuję Ci serdecznie za wywiad.

Leave a Comment

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *