Anna Musiałowicz: „[…]przy każdej z moich powieści słyszałam, że nie piszę stricte horroru, choć grozy w żadnej nie brak”

Magdalena Paluch: Aniu, na początku kwietnia ukazała się Twoja najnowsza powieść Po zbutwiałych schodach. To już 4 książka, którą oddałaś czytelnikom do rąk. Jest duma?

zdj. Rafał Krówka

Anna Musiałowicz: Jest i duma, i ulga – bo oczekiwanie na nią się przedłużało – i obawa, jak książka zostanie przyjęta. Tych emocji jest cały wachlarz, jak zresztą za każdym razem po premierze. Teraz, kiedy oddaję moją powieść w ręce czytelników, nie mam już nad nią żadnej kontroli. To od nich zależą jej dalsze losy. Mogę mieć tylko nadzieję, że wizyta u Ciesiółki będzie dla nich wartym przeżycia doświadczeniem.

MP: Każda z Twoich historii jest inna, a mimo to bardzo podobna, bo traktuje o ludziach. O relacjach między nimi, o lękach… Powiedz mi, jak Anna Musiałowicz wpada na swoje historie? 

AM: Może zabrzmi to jak banał, ale często mam wrażenie, że to nie ja wpadam na historię, ale to historia wpada na mnie. Kiedy zaczynam pisać, okazuje się,  że opowieść tak naprawdę siedziała we mnie od dawna, musiało tylko zdarzyć się coś, co sprawiło, że zaczęła się dopominać o spisanie. W przypadku Diabła… była to sprzedaż domu moich dziadków, Kuklany las zainicjowało zdanie wypowiedziane przez mojego syna… Mogłabym wymieniać dalej. Natomiast zaryzykowałabym stwierdzenie, że problemy poruszone w moich książkach są uniwersalne. Wynikają z samego faktu bycia człowiekiem. Może sposób ich przedstawienia jest specyficzny, może rzucam światło na detale, które dostrzega się rzadziej, może wgryzam się w warstwy, które pobudzają czytelnika do innej niż zazwyczaj refleksji. Natomiast zawsze przy takiej okazji mam ochotę wypowiadać zdanie Shauna Tana „Opowiadamy sobie ciągle tę samą historię, zmieniając tylko czasem jakiś szczegół”. Zatem mogłabym powiedzieć, że fabuły moich tekstów istnieją od zawsze. Ja jedynie nadaję im kształt i formę.

MP: Ładnie powiedziane. I ma to sens, jeśli się nad tymi słowami spokojnie zastanowić. Pierwsze zdania Twojej powieści brzmią tak, jakbyś opisywała nieatrakcyjną kobietę, kobietę po przejściach… Czy właśnie w taki sposób odbierasz stare budynki? Próbujesz nadać im ludzkie cechy? 

AM: Zazwyczaj staram się mówić z sensem. Wychodzi różnie 😉
Ale wracając do pytania: widząc stare budynki, wyobrażam sobie, co mogło się wydarzyć, że zostały doprowadzone do takiego a nie innego stanu. Myślę o ludziach, którzy tworzyli tu swoje małe światy, którzy rodzili się, umierali, wprowadzali i wyprowadzali. I dalej: myślę o zapachach, którymi przesiąkał ten budynek: rosołem w niedzielę, spalonym plackiem, goździkami czy tulipanami w Dzień Kobiet. Myślę o zatartych śladach: błota na posadzce, krwi ze zdartych dziecięcych kolan czy plamie po rozlanej brudnej wodzie. Myślę o odgłosach: buczeniu rur, trzaskaniu drzwi czy melodii nuconej przez sąsiada z góry podczas kąpieli. O tych wszystkich szczegółach, które nadają miejscu wyjątkowy charakter, a może raczej… duszę. A potem zastanawiam się, dlaczego ktoś postanowił opuścić swój dom zamiast o niego zadbać. Jakie okoliczności wymusiły na lokatorach decyzje o wyprowadzce. Porusza mnie to, że budynek, który tętnił życiem, zostaje porzucony, niszczeje i umiera… Tu już łatwo o skojarzenie z człowiekiem. Kiedy zaczynałam pisać Po zbutwiałych schodach (pierwotnie tytuł miał brzmieć po prostu Kamienica, ale fraza ze schodami wciąż do mnie wracała i nie pozwalała się ignorować) wróciłam do dziecięcych skojarzeń. Na rysunkach niekiedy okna domu przedstawiało się jako jego oczy, a drzwi jako usta. I gdy wyobrażałam sobie kamienicę i – zapomnianą zupełnie jak budynek – żonę Ciesiółki, zaczęły zlewać mi się w jedno.Continue reading →

Darek Kocurek: „Myślałem nawet o remaku >Paranoika< :)”

Magdalena Paluch: Darku, 19 czerwca minie 10 lat od premiery Twojego krótkometrażowego filmu na podstawie opowiadania Stephena Kinga Lament paranoika. Przyznam szczerze, że nawet nie wiem, kiedy ten czas upłynął. Dopiero był 2014 rok, a tu nagle… jubileusz! Opowiedz o początkach całego projektu.

Darek Kocurek: Czas biegnie nieubłaganie. Sam jestem zaskoczony, że to już 10 lat. 2014 rok to czas, kiedy byłem dosyć aktywny na rynku kingowym – okładki, kalendarze, jak i współpraca z zagranicznymi fan clubami Kinga. I tak w 2013 roku robiłem ilustrację do plakatu kolejnej zagranicznej amatorskiej ekranizacji opowiadania Kinga. Bodajże było to opowiadanie In the deathroom. I nagle po prostu zadałem sobie pytanie: jak to możliwe, że w Polsce, gdzie jest tyle fanów S. Kinga, nikt nie zrobił jeszcze podobnej amatorskiej ekranizacji? Pomyślałem, że skoro nikt się tego nie podjął, to zrobię to ja :D. I tak z mglistym zarysem pomysłu oraz bez jakiegokolwiek sprzętu zabrałem się do pracy.

MP: Dlaczego Twój wybór padł akurat na Lament paranoika?

DK: Na warsztat wziąłem jedno z najmniej znanych – napisanego wierszem – opowiadań, Lament Paranoika. Utwór ze zbioru Szkieletowa załoga jest tak niekonwencjonalny i odbiegający od innych dzieł SK, że już samo to czyni go bardzo interesującym wyzwaniem. Mnie dodatkowo interesowała jego warstwa plastyczna. Chciałem go zrealizować w mrocznym, monochromatycznym klimacie, z elementami typowymi dla filmów noir. Wtedy wydawało mi się, że będzie w miarę prosty do zrealizowania od strony technicznej. Już wkrótce przekonałem się, jak bardzo się myliłem, a wiązało się to z coraz nowymi pomysłami w trakcie produkcji.Continue reading →

Magazyn Histeria: „Jedyna nietypowa rzecz to to, że jest to ostatni numer”

Magdalena Paluch: W marcu Magazyn Histeria obchodził dziesięciolecie swego istnienia, ale… w dość nietypowy sposób postanowiliście uczcić dekadę działalności…

Magazyn Histeria: Z jednej strony to bardzo typowy dla nas sposób, ponieważ od pierwszego numeru zajmujemy się publikowaniem opowiadań. Tym razem są to teksty autorów, którym pomogliśmy rozwinąć skrzydła. Jedyna nietypowa rzecz to to, że jest to ostatni numer.

MP: Zanim porozmawiamy o powodach Waszej decyzji, chciałam wrócić do początków Histerii – jak to się zaczęło?

MH: Od czasów liceum, w którym się poznaliśmy, zajmowaliśmy się wspólnie wieloma rzeczami związanymi ze sztuką. Nieustannie szukaliśmy pola, na którym mógłby się rozpędzić nasz kreatywny tandem. Jeśli chodzi o literaturę, to Błażeja bardziej ciągnęło w kierunku poezji, a Maćka w kierunku opowiadań. Wspólnie stwierdziliśmy, że w Internecie brakuje przestrzeni do publikowania swoich krótkich form związanych z szeroko pojętą grozą i mimo że nie mieliśmy żadnego doświadczenia – tę przestrzeń stworzyliśmy.

MP: Czy w ekipie Magazynu Histeria zawsze byliście tylko we dwójkę? Czy kiedyś ten projekt zrzeszał więcej osób?

MH: Histerii nigdy nie tworzyły tylko dwie osoby. Wokół tego projektu zgromadziło się wiele zdolnych, kreatywnych osób, bez których żaden z numerów nie wyglądałby, tak jak wyglądał. I mamy tu na myśli zarówno oprawę graficzną, korektę i promocję.

MP: Jak dzieliliście obowiązki w Histerii? Czym zwykle zajmował się Maciej, a czym Błażej?

MH: Czytaliśmy i wybieraliśmy opowiadania wspólnie. Błażej jako osoba bardziej medialna reprezentował Histerię na konwentach i wywiadach. A Maciek wolał nie wychodzić do ludzi i w tym czasie promować magazyn w mediach społecznościowych.

MP: Na łamach Magazynu Histeria początkujący autorzy mogli zaprezentować swoje teksty. Znajdziemy wśród nich znane nazwiska?

MH: Tak, w spisie treści ostatniego numeru (śmiech).

MP: A wiecie, ile przez dziesięć lat działalności przewinęło się tekstów w Histerii? Liczyliście? Mówię już o tych opublikowanych.

MH: Nigdy tego nie liczyliśmy, zapadły nam w pamięć nie liczby, a konkretne tytuły, jak np. Czarna kawka, czy Pamiątka z Tuberkulozy. Ale coś około 500 na pewno.

MP: Czy byli autorzy, którzy do Was wracali, mimo że np. już zostali rozpoznawani wśród czytelników? Wiecie, wracali do Was z sentymentu.

MH: To raczej my wracaliśmy do nich, zapraszając ich po jakimś czasie jako gości specjalnych lub proponując udział w tematycznej antologii.

MP: Histeria organizowała również konkursy literackie, w, których zasiadało fachowe jury, m.in. Krzysztof Biliński (wydawnictwo IX) czy Olga Kowalska (Wielki Buk). Dużą popularnością się cieszyły?

MH: Na początku popularność konkursów była dość duża. Czasem bardzo. Jednak od pewnego momentu ilość nadsyłanych tekstów znacznie spadła. Wiązało się to również z obniżeniem ich poziomu. W związku z tym podjęliśmy decyzję o zawieszeniu konkursów.

MP: Pojawiła się również antologia THE BEST OF HISTERIA, przy współpracy z wydawnictwem Phantom Books, gdy jego szefem był jeszcze Sebastian Sokołowski. Opowiedzcie mi o kulisach powstania – co to był za projekt?

MH: Po 6 latach naszej działalności Sebastian odezwał się do Błażeja z propozycją wydania na papierze antologii, na którą złożyły się najlepsze opublikowane dotychczas teksty.  Stwierdziliśmy, że to jedyna okazja, aby nasz magazyn pojawił się w tradycyjnej formie. Dzięki tej współpracy mamy miłą pamiątkę.

MP: Oczywiście, jeśli już o projektach mowa, nie mogę nie wspomnieć o cudownej KOSIE – antologii grozy kobiecej, którą mogłam z Wami przygotować. Za co jeszcze raz bardzo dziękuję 🙂 No i musicie przyznać – dobrze się pracuje z autorkami 😉

MH: Z autorkami współpracowało się bardzo dobrze, ale jeszcze lepiej z pomysłodawczynią projektu 😉

MP: Wiem, że nie zadaje się takich pytań, ale… ulubiony numer redaktorów Histerii to?

MH: Numer w całości poświęcony weird fiction, gdzie gościem specjalnym był sam Thomas Ligotti.

MP: Co Wam dało tych dziesięć lat pracy przy tworzeniu Magazynu?

MH: Poczucie, że można zrobić coś z niczego i świadomość, że odwaliliśmy kawał dobrej roboty.

MP: Zatem, powiedzcie, skąd decyzja o zawieszeniu działalności?

MH: Syndrom wypalenia wydawniczego 😉 A tak poważnie – uznaliśmy, że nasza misja dobiegła końca. Od dłuższego czasu nie udało nam się nikogo wypromować, otrzymywaliśmy coraz mniej tekstów i to wszystko wpływało na spadek naszej motywacji i zaangażowania do dalszego prowadzenia Histerii.

MP: Jakiś czas temu Sebastian Sokołowski, twórca portalu Okiem na Horror, czasopisma OkoLica Strachu oraz pierwszy właściciel wydawnictwa Phantom Books powiedział „dość”. Teraz Wy. Jak myślicie, czy to będzie zjawisko postępujące? Że ludzie, którzy dali od siebie dużo dla polskiej grozy, będą się od niej oddalać?

MH: Mamy nadzieję, że tak się nie stanie. Bo nie chcielibyśmy być zapamiętani jako prekursorzy rozkładu polskiej grozy. Nawet jeśli ktoś się oddali, to na jego miejsce przyjdą inne osoby i równowaga zostanie zachowana.

MP: To co teraz? Skoro nie Magazyn, Histeria, to…?

MH: Groza istnienia 😉 Póki co nie planowaliśmy kolejnych wspólnych projektów, lecz nie wykluczamy ich w przyszłości.

MP: Czego mogę Wam dziś życzyć?

MH: Żebyśmy kiedyś wpadli na równie dobry pomysł co Histeria.

MP: Ja Wam bardzo dziękuję nie tylko za tę rozmowę, ale i za 10 lat Histerii i za wspieranie moich inicjatyw Grozownia Festival (wcześniej KFASON) czy #grozajestkobietą. Życzę Wam wszystkiego dobrego. I do zobaczenia! 🙂


Wszystkie numery Magazynu Histeria znajdziecie tu: http://magazynhisteria.pl/

Julius Throne: „[…]czerpię inspiracje ze wszystkiego, co wzbudza moją uwagę i najlepiej jak jest to pomysłowe i oryginalne[…]”

Magdalena Paluch: Pod koniec ubiegłego roku ukazała się Twoja druga powieść pt. Santa Clown. Co czułeś, gdy książka ujrzała światło dzienne? Czy emocje towarzyszące premierze były takie same, co podczas debiutu?

Julius Throne: A jakże! Od wydania Gulu. Pamiętne lato minęło przecież sporo czasu i w grudniu czułem się niemalże, jakbym wypuszczał na świat swoją pierwszą książkę. Jej wydanie było ważne, ponieważ trzeba było na nowo zaprezentować się przed czytelnikami ze względu na to, że mój debiut ugrzązł gdzieś w przeszłości.

MP: Od Twojego debiutu minęło kilka lat. Dlaczego pozwoliłeś tak długo czekać czytelnikom na nową powieść?

JT: Najpierw biegałem za wydawcą drugiego tomu mojego debiutanckiego arcydzieła. Gdy związałem się z Papierowym Księżycem, zaczęły się prace końcowe nad tym tomem, potem wydawnictwo przesunęło jego wydanie, a ja zająłem się pisaniem powieści w odcinkach pt. Matnia, w kampanii przeciw przemocy. Do tego przyszło mi do głowy, żeby założyć zespół literacki, do którego zaprosiłem kilku świetnych autorów i spłodziliśmy jedną książkę, ale czeka ona jeszcze na swój czas świetności. Dodając do tego obowiązki rodzinne, miałem niewiele czasu na pisanie. Potem zacząłem gromadzić pomysły i spośród kilku moich propozycji, wybraliśmy z wydawnictwem książkę z klimatem świątecznym. Tymczasem wydanie obu tomów Gulu zostało jeszcze odłożone w czasie. Ale w dzisiejszych czasach trzeba mieć naprawdę dużo odwagi, żeby wydać dwie 800-stronicowe cegły nieznanego autora, prawda? 😉Continue reading →

Maciej Lewandowski: „Festiwal literacki jako drapieżny byt pożerający uczestników brzmi bardzo dobrze”

Magdalena Paluch: Maćku, właśnie ukazała się Twoja najnowsza powieść Grzechòt. Dobrze jest wrócić do Czytelników? 

zdj. Joanna Pakuła-Lewandowska

Maciej Lewandowski: Jak najbardziej. Przez pandemię i kilka innych czynników, zajęło to nieco więcej czasu, niż zakładałem, ale najważniejsze, że się udało.

MP: Ale zanim przyszedł Grzechót, po pandemii ukazał się audiobook Półpacierz, więc jakiś kontakt z Czytelnikami został nawiązany. Czy to jednak było za mało?

ML: Powiedzieć, że Półpacierz nie odbił się echem, to nic nie powiedzieć. Zdaje się, że pojawił się i zniknął praktycznie niezauważony, nie licząc garstki czytelników. Tym samym ciężko policzyć ten tytuł jako okazję do wyjścia do odbiorców i przypomnienia o swoim istnieniu. Przykro to mówić, bo Półpacierz jest odbiciem kilku moich fascynacji tak historycznych, jak i popkulturowych. Inna sprawa, że Półpacierz nie miał okazji ukazać się w druku.

MP: Może będzie jeszcze okazja na druk? Przyznam szczerze, że sama nie jestem zwolenniczką audiobooków, więc gdyby nie to, że trochę czasu po premierze się zgadaliśmy w temacie, też nie miałabym pojęcia, że jest coś Twojego nowego. 

ML: Nadal na to liczę, choć lista potencjalnych wydawców skraca się nieubłaganie i jak na razie prognozy nie są optymistyczne. Może kiedyś, jak zdobędę ze dwa Żuławy i z jednego Zajdla, jakiś wydawca stwierdzi „kurde, fajne to, bierzemy”. Na chwilę obecną jednak odpowiedzi, jeśli się pojawiają, są utrzymane w duchu „no wie pan, rozumie pan”. Co do samych audiobooków, jako nośnika, widzę w nich spory potencjał i chętnie sięgam po nie w podróży. Natomiast w pełni rozumiem osoby dystansujące się od tej formy – rzecz gustu i nawyków. Półpacierz miał zdaje się pecha w Audiotece i nie otrzymał dostatecznego wsparcia promocyjnego, więc nie miał okazji dotrzeć do potencjalnych odbiorców. C’est la vie.Continue reading →

„Grzechót” Maciej Lewandowski

O czarnej wołdze opowiadała mi mama. Podobno, kiedy była małą dziewczynką, po Wieliczce (jej miejscu zamieszkania) jeździł tajemniczy samochód, który zwykle pojawiał się po zmroku i czyhał na dzieci. Zwłaszcza te niegrzeczne. Podobno brat mamy, a obecnie mój chrzestny, był śledzony przez czarną wołgę i cudem wywinął się z jej macek. Podobno… Podejrzewam, że jest wiele historii o tym upiornym samochodzie i mniej lub bardziej naginane są fakty na jego temat. I jedną z takich historii opowiedział nam Maciej Lewandowski w swej najnowszej powieści Grzechòt.

Pewnego dnia jeden z głównych bohaterów, Kuba, odkrywa w szopie uznanego za dziwaka sąsiada wrak samochodu bez kół. Mimo uczucia strachu, kupa żelastwa fascynuje chłopaka, a dodatkowo coś go do niego przyciąga. Na tyle, że podchodzi do pojazdu blisko. Zbyt blisko, bo raniąc się, kroplą krwi zdążył wybudzić to coś… Od tego momentu w miasteczku zaczynają się dziać niepokojące rzeczy, a mieszkańcy przestali spać spokojnie…

Muszę Wam powiedzieć, że ostatnio mam niesamowite szczęście do czytania dobrych powieści. Dobrych przede wszystkim w mojej ocenie (bo ilu czytelników, tyle opinii), a co za tym idzie takich, które mimo braku czasu, pochłaniają mnie od początku do końca. Tak też było w przypadku Grzechòta – od pierwszych zdań wiedziałam, że się nie zawiodę: ciekawi bohaterowie, miejscowy szaleniec, straszny samochód, niepokojące wydarzenia, a wszystko to w scenerii kaszubskiej. Czego chcieć więcej?

Maciej Lewandowski straszy. Gęstniejącą atmosferą, budowaniem napięcia, niechcianym oddechem na plecach. W tej powieści znalazłam nawiązania do prozy Stephena Kinga, m.in. Christine, Buick8, Cmętarz zwieżąt (czy też Smętarz dla zwierzaków), Stukostrachy, Czasem oni wracają, nie mówiąc już o motywie małego miasteczka i jego demonach przeszłości. Ale nie tylko, bo czytając Grzechòt miałam również skojarzenia z mitologią słowiańską czy (nawet!) mitologią grecką.

Podoba mi się również, że główni bohaterowie nie są naiwnymi nastolatkami. Oni znają ograne motywy z filmów grozy i starają się nie popełniać tych błędów, które przed nimi zrobiło już tak wielu. I cieszę się, że autor stworzył mądre dzieciaki (ale nie przemądrzałe), bo dzięki temu powieść naprawdę dobrze się czyta. O czym mówię? Koniecznie sprawdźcie, sięgając po Grzechòt.

Pamiętam, że kiedy zaczęłam czytać powieść Lewandowskiego, mój mózg odsapnął z wdzięcznością, trudne myśli chwilowo się rozproszyły, a ja dałam się ponieść historii. Ta książka ma niesamowity klimat, w niektórych momentach naprawdę czułam niepokój, a do tego miejsce akcji to Kaszuby, więc wiecie, w jakich pięknych okolicznościach przyrody wydarza się złe? No właśnie! Inna sprawa, że poza świetnie napisaną historią, Grzechòt został przepięknie wydany. Wielkie brawa dla Dawida Boldysa za kolejną gustownie „ubraną” książkę 🙂 Zatem – jak się domyślacie – całość prezentuje się niezwykle smakowicie 🙂

I na koniec jedna taka moja uwaga – to, że napisałam, że w Grzechòcie znalazłam nawiązania do prozy Kinga, NIE OZNACZA TO, że uważam, że Lewandowski jest „kolejnym polskim Kingiem”. Absolutnie NIE! Widać, że autor czerpał z utworów mistrza grozy (i nawet wspomina o tym we wstępie do książki), ale ma zupełnie inny styl opowiadania historii. Taki swój najswojszy 🙂 Pamiętajcie o tym 🙂

I czytajcie Grzechòt, bo to kawał dobrej powieści jest i mam nadzieję, że Maciej Lewandowski będzie częściej serwował nam Czytelnikom swoje straszne opowieści. Czego sobie i Wam życzę 🙂

„Santa Clown” Julius Throne

Kiedy byłam dzieciakiem, moja mama pracowała w wypożyczalni kaset video. Były to lata 90. i z tej okazji tato zakupił nam magnetowid SUPRA (takie rzeczy człowiek potrafi zapamiętać!). I żeby mamuśka mogła być na bieżąco z filmami. Pamiętam, że oglądali je hurtem po nocach, a tata miał nawet kajecik, w którym wpisywał każdy obejrzany tytuł i uwierzcie mi – dużo tego było! Oczywiście mama przynosiła też bajki dla mnie i mojego brata. Klaun Bozo, Zielone żabki, wszelakie Disneye i inne Hanny-Barbery. Zresztą ten okres mojego życia kojarzy mi się z takimi filmami jak Gremliny, Powrót do przyszłości, Critters, Laleczka Chucky (oglądając ten film za dzieciaka, podczas jednej scen tak się przestraszyłam, że ugryzłam kawałek literatki 😀 Nic mi się nie stało, nawet się nie drasnęłam. Tak to jest bawić się szkłem w trakcie seansu horroru), ale też ze Szklaną Pułapką, Nagą bronią czy Gliniarzem z Beverly Hills. Dlaczego wspominam Wam o tym wszystkim? Ano dlatego, że podczas lektury Santa Clown Juliusa Throne’a poczułam klimat filmów z tamtych lat. O tym poniżej.

Akcja powieści toczy się w grudniu 1985 roku w amerykańskim miasteczku Rockville. To właśnie tu na mieszkańców spłynęła groza, burząc radosny okres oczekiwania na święta Bożego Narodzenia. W mieście grasuje szajka „elfów”, które okradają banki, nie przebierając w środkach (czyli innymi słowy pozbywają się każdego, kto spróbuje stanąć im na drodze), wzrosła liczba pożarów, a w miejskim centrum handlowym pojawia się mikołaj, który… mikołajem nie jest i rozdaje dzieciom w prezencie hit sezonu, czyli lalki dragondoll i dragoncar, które kryją w sobie pewną tajemnicę…

Jako że urodziłam się w latach 80., od razu wczułam się w klimat powieści. Emocje towarzyszące z powodu nadchodzących świąt czy dreszczyk oczekiwania, co też znajdę pod choinką to jedne z najmilszych uczuć, które dziecko może przeżyć. W wyobraźni czułam mróz na policzkach, zimny śnieg pod palcami, zapach żywej choinki… Odezwała się też nostalgia za dawnymi, beztroskimi czasami , a to wszystko w połączeniu z opisami pościgów policyjnych przywiodło skojarzenie fabuły książki z filmami, o których wspomniałam powyżej. Możliwe, że autor sam ma sentyment do amerykańskiego kina sprzed 40 lat i postanowił oddać im hołd właśnie w Santa Clown.

Z kolei mnogość napadów na banki przez grupę przebraną za elfy i ich bezwzględność skojarzyła mi się z udręczonym, fikcyjnym Gotham City, gdzie złoczyńcy maltretują miasto zarówno w dzień i w nocy. Z tym jednym wyjątkiem, że mieszkańcy Gotham mają wsparcie Batmana, a w Rockville mogą liczyć wyłącznie na policję, a zwłaszcza na Betty Sanders i emerytowanego policjanta, Francisa Bogarta. Z kolei młodzi bohaterowie – trzej chłopcy: Dave, Alvin, Jonathan, przez przypadek dowiadują się, co jest przyczyną tak wielu pożarów w ich rodzinnym mieście i na własną rękę próbują dociec, kto pociąga za sznurki. Jak się domyślacie, jest to misja niezwykle niebezpieczna i chłopcy, na początku tego nieświadomi, kładą na szali własne życie. Ta trójka przyjaciół prowadzących śledztwo od razu przywiodła mi na myśl serię książek Przygody Trzech Detektywów (sygnowane nazwiskiem Alfreda Hitchcocka), po którą zdarzało mi się sięgać, będąc dzieckiem.

Poza wspomnianym już sentymentem do lat dzieciństwa, książkę czyta się szybko, fabuła płynie lekko, polubiłam młodych detektywów i kibicowałam im bardzo, żeby rozwiązali zagadkę, żeby dorośli im uwierzyli i żeby przeżyli. A tytułowy Santa Clown i jego „elfy” zostali tak wiarygodnie opisani, że wręcz cuchnęli z kart książki 😉 Czyli wyobraźnia działała.

Co mi trochę przeszkadzało? Były trzy takie rzeczy:

  1. drażniło mnie trochę tłumaczenie zagranicznych piosenek świątecznych na język polski,
  2. były momenty, kiedy opisy kończące dany rozdział (mające prawdopodobnie na celu uśpić czujność czytelnika i zasiać w nim niepokój) były zbyt długie, odrobinę nużące. Świetnie sprawdziłyby się jako kadry filmowe, ale w przypadku opisów w książce miałam wrażenie, że jest tego zwyczajnie za dużo,
  3. trochę brakuje mi wyjaśnienia całej opowieści, a ja jednak jestem z tych rozkminkowych i nie muszę mieć podanego zakończenia na tacy, natomiast tu miałam lekki niedosyt.

Ale… to są drobiazgi i myślę, że jeśli lubicie klimat Bożego Narodzenia, zimę, intrygi, miłość, pościgi, dziwacznych złoczyńców i lata 80. XX wieku, to ten tytuł jest właśnie dla Was! Ja się bawiłam przednio podczas czytania Santa Clown!

 

 

 

Marek Zychla: „Typowy horror, w moim wykonaniu, byłby udawany i w tym tkwiłby jego największy problem” ”

Magdalena Paluch: Strychnica to tytuł Twojej najnowszej powieści, której premiera była pod koniec lutego. Bardzo ciekawi mnie, w jakich okolicznościach przyrody powstał ten słowotwór?

Marek Zychla: W powieści, uwaga na delikatny spoiler, połączyłem ze sobą dwa na pozór niemożliwe do połączenia pomieszczenia w jedno; konkretnie piwnicę i strych. Stąd i wspomniane słowotwórstwo.
Poza tym lubię, kiedy tytuł sugeruje czytelnikowi, że ten będzie miał do czynienia z czymś… dziwnym. Wprowadza w nastrój i poniekąd ostrzega. Podobnie zrobiłem kiedys z Bezmiłością, powieścią wydaną przez wydawnictwo Vesper, oraz z Przeczywistością, zbiorem opowiadań wydanym przez kochane Gmorki.
Strychnica to dziwne miejsce, takie trochę wrota do piekieł. To i przemiana, i scalanie skrajności w jedność, to wreszcie dojrzewanie z dorastaniem.

MP: A pamiętasz moment, kiedy to słowo pojawiło się w Twojej głowie? Zanim zacząłeś pisać powieść? W trakcie?

MZ: Najważniejsze ze słów powieści, czyli tytuł właśnie, pojawia się zwykle w najmniej oczekiwanym momencie. Tym razem książka była już prawie gotowa, kiedy dopadła mnie prawidłowa nazwa wspomnianego wcześniej pomieszczenia, które opisywałem jako spiżarkę, co mnie potwornie drażniło. Strychnica uderzyła znienacka, gdzieś przed północą; piękne to słowo klucz, które od razu wskoczyło i na okładkę.Continue reading →

Aleksandra Bednarska: „Lubię suspens i gęstą atmosferę niedopowiedzenia”

Magdalena Paluch: Olu, wujaszek Han śmiga sobie wśród czytelników już dobrych kilka miesięcy, a ja chciałam zapytać, czy pamiętasz jeszcze moment, w którym Twój książkowy debiut ukazał się na rynku wydawniczym. Były emocje?

Aleksandra Bednarska:  Emocje to mało powiedziane. Może jestem osobą, po której takie rzeczy mało widać, natomiast było to coś pomiędzy kamieniem milowym, a zderzeniem międzyplanetarnym. Nie zginęły co prawda żadne dinozaury, ale pozytywny szum przekroczył moje najśmielsze oczekiwania.

MP: Przed wydaniem Twojej książki ukazało się kilka opowiadań w antologiach i czasopismach. Czy pisałaś już wcześniej teksty? Zanim postanowiłaś pokazać je światu.

AB: Pisałam chyba od zawsze, przynajmniej odkąd posiadam tę umiejętność. Inspirowałam się głównie mitami z całego świata i książkami przygodowo-historycznymi, bo to były moje pierwsze lektury. A pokazywanie pisania światu zaczęło się w podstawówce, potem zwłaszcza na studiach zeszło na dalszy plan, bo niestety inne pasje i zobowiązania były bardziej absorbujące. Wciąż dobrze pisało mi się analizy i teksty naukowe. Do fabuł wróciłam stosunkowo niedawno, bo w sumie mi ich brakowało.Continue reading →

„Strychnica” Marek Zychla

Nie lubię piwnic. Nie wiem, z czego wzięło się to nielubienie, choć pewnie każdy z Was sobie teraz pomyślał „no jak to – nie wiesz? Ciemno, straszno, pająki i inne szczury” – i tu pełna zgoda, ale… kiedy zaczęłam się nad tym zastanawiać, to możliwe, że przestałam lubić piwnice, kiedy jako dziecko mieszkałam w Wieliczce. To był dziwny dom. Bardzo ponury, z dziwnymi sąsiadami, do których przychodzili dziwni ludzie. Jeśli dobrze pamiętam, wejście do piwnicy znajdowało się na zewnątrz, pod schodami. Było tam ciemno i często właśnie tam można się było natknąć na podejrzanego typa, który przyszedł do któregoś z sąsiadów. Nigdy nikt mnie nie zaczepiał, ale to poczucie zagrożenia chyba ze mną zostało do dziś… Za to do strychu nie mam odniesienia. Teoretycznie w domu mam pomieszczenie, które nazywamy „strychem”, ale jest to po prostu pomieszczenie, w którym znajduje się szwarc, mydło i powidło. W każdym razie nie jest straszne. I w sumie dobrze. Natomiast nigdy w swoim życiu nie pomyślałam, że można by połączyć te dwa pomieszczenia w jedno, co udało się Markowi Zychli i stworzył Strychnicę (na całe szczęście!).

Zanim przejdę do opinii o książce, muszę Wam powiedzieć, że Marek Zychla to jeden z autorów, po którego teksty sięgam w ciemno. Do tej pory nie zawiodłam się ani na jego wyobraźni (a ta jest ogromna!), ani na warsztacie pisarskim. I to samo mogę powiedzieć o Strychnicy, która (chyba) obok Bezmiłości została jedną z moich ulubionych książek autora (i ulubionych w ogóle). Dlaczego? Już Wam mówię.

Najnowsza powieść Marka Zychli została osadzona w Irlandii, a dokładniej w Killkenny, i dzieje się w zabytkowej placówce opiekuńczej. Spotykamy tu sześcioro głównych bohaterów (trzech niepełnosprawnych umysłowo rezydentów i trzech opiekunów z różnych części Europy), którzy będą musieli zmierzyć się z czymś wykraczającym poza rozum zwykłego Kowalskiego, aby ocalić przed straszliwym wrogiem miejsce, które nazywają domem.

Marek Zychla stworzył niezwykłą opowieść o przyjaźni i odwadze zupełnie przypadkowych osób, które zrządzeniem losu znalazły się w tym samym miejscu i w tym samym czasie. Każda z postaci, które znalazły się w książce, posiada komplet oryginalnych cech, które będą miały duże znaczenie dla fabuły – nie tylko podczas emocjonującego finału.

Nie wiem, czy widzieliście na Netfliksie krótkometrażowe adaptacje tekstów Roalda Dahla? Jeśli nie, to koniecznie je obejrzyjcie, ponieważ to, w jaki sposób Marek Zychla przedstawił poszczególnych bohaterów, skojarzyło mi się właśnie ze sposobem narracji wspomnianych krótkometrażówek. Szczególnie rozbawił mnie rozdział o Johnie (moim ulubionym, poza kotką Śnieżką, bohaterem). Do tego stopnia, że co jakiś czas śmiałam się w głos. Uśmiech na mojej twarzy pojawiał się jeszcze w trakcie czytania wielu innych stron (choćby podczas pierwszej rozmowy Śnieżki z Bartkiem), ale jednak to John otrzymał ode mnie najwyższy stopień podium.

Sama historia (przedstawienie głównych bohaterów i wybranie ich do zmierzenia się z niebezpieczną misją) w pewnym momencie przywiodła mi na myśl sagę o Mrocznej Wieży Stephena Kinga. Tu – podobnie jak w opowieści mistrza grozy – również znajdziemy motyw wieży, ale zupełnie innej. Co to za miejsce i jak się zwie oraz co tam czyha na naszych bohaterów? Tego dowiecie się, czytając Strychnicę.

Autor po raz kolejny w swojej opowieści nawiązuje do mitologii irlandzkiej, a także porusza wątki historyczne tego kraju, co sprawia, że całość nabiera dużej dozy realizmu, a wyobraźnia czytelnika działa na wysokich obrotach.

Jest i Śnieżka. Śnieżnobiała kotka, która zamieszkuje placówkę od… nikt nie ma pojęcia kiedy. To, w jaki sposób Zychla poprowadził tę bohaterkę (typowo kocie zachowanie, dialogi z pozostałymi postaciami), pokazało, że autor bez dwóch zdań zna się na kociej naturze. Zdradzę Wam tylko tyle, że… Śnieżka daje po dupie 🙂

Na zakończenie tej opinii muszę Wam powiedzieć, że jest to jedna z takich książek, o której można mówić bardzo dużo i rozkminiać ją na wiele sposobów, ale też którą można przeżyć po cichu, tylko dla siebie. I ja lubię takie opowieści, które są oczywiście nieoczywiste.

A czym jest tytułowa strychnica? Poza połączeniem piwnicy ze strychem, tudzież strychu z piwnicą? To miejsce mroczne, w którym… i tu już koniecznie musicie sięgnąć po powieść Marka Zychli. Po historię pełną niezwykłego klimatu, niezapomnianej przygody, wielu uśmiechów i wzruszeń, którą z całego serducha Wam polecam <3

PS I już zupełnie na koniec: cały czas zachwycam się nad wydaniem Strychnicy, czyli twardą oprawą z obłędną grafiką okładkową (brawo Dawid Boldys!) i kocimi zdobieniami na brzegach. No piękności!