„Hrabina”, Maciej Szymczak

Hrabina Macieja Szymczaka to powieść, która lokuje się na styku horroru historycznego, klasycznej grozy i narracji mitotwórczej. Autor sięga po jedną z najbardziej obciążonych „czarnym PR-em” postaci – Elżbietę Batory – i próbuje wydobyć ją z przestrzeni legendy. Nie robi tego po to, by ją jednoznacznie zrehabilitować, lecz ukazać mechanizm powstawania mitu jako efektu traumy, pamięci i manipulacji.

Warstwa faktograficzna opiera się na aktualnym, zniuansowanym obrazie Elżbiety, o czym można szerzej przeczytać w posłowiu. Autor nie redukuje jej do figury legendarnej „krwawej hrabiny”, lecz próbuje wpisać jej okrucieństwo w kontekst wychowania, traumy i środowiska, które samo jest przesiąknięte przemocą i dewiacją. Portretowana jest jednocześnie jako wytwór patologicznego, przemocowego rodu (dziecko zmuszane do oglądania wyrafinowanych tortur), osoba stopniowo odkrywająca rozkosz w zadawaniu bólu i władzę, jaką daje decydowanie o życiu i śmierci i – wreszcie – kobieta odrzucona i upokorzona przez męża, reagująca wyładowaniem gniewu na słabszych. To portret niejednoznaczny, ciekawy, wpisujący się w narracje o „czarnych bohaterkach” (femalevillains) z rozbudowanym tłem psychologiczno‑społecznym. W tym sensie Hrabina jest bliska współczesnemu trendowi w narracji historycznej, w ramach którego odchodzi się od moralnego uproszczenia na rzecz głębszej analizy uwarunkowań i kontekstów, w jakich autor lub autorka umieszczają opisywaną postać historyczną. Postacie drugoplanowe (Franciszek, Dorota Szentes, karzeł Ficko, dziadek, ojciec i inni członkowie rodziny) Szymczak rysuje grubą, ale konsekwentną kreską. Współczesna rodzina jest archetypiczna, ale wiarygodna. Nie otrzymuje pogłębienia psychologicznego, gdyż – wpisana w ramę pełniącą funkcję mediacyjną – wprowadza czytelnika w przestrzeń mitu i umożliwia jego aktualizację, a w tej konwencji to zupełnie wystarcza.

Autor stawia na styl świadomie obrazowy, ale przy tym komunikatywny i klarowny. Sprawnie buduje atmosferę, a plastyczność świata przedstawionego jest z najmocniejszych elementów książki. Szymczak operuje językiem obrazowym, często balansującym na granicy estetyki nadmiaru, zwłaszcza w brutalnych, wręcz rytualnych opisach przemocy, której eskalacja, choć początkowo sugestywna, z czasem traci, niestety, swoją siłę oddziaływania. Dłuższe ciągi okrutnych scen, które będą działać na jednych magnetycznie, na innych nużąco lub odpychająco, mogą przekraczać próg wrażliwości wielu odbiorców mainstreamu. Groza przestaje być psychologiczna, a wstępnie deklarowana wieloznaczność interpretacyjna postaci hrabiny i jej czynów ustępuje w tych partiach miejsca jednoznacznej estetyce okrucieństwa.

Podsumowując, Hrabina Macieja Szymczaka pozostaje interesującym projektem – jako próba połączenia literatury grozy z refleksją nad pamięcią i konstrukcją historycznego mitu. To powieść, która nie zawsze utrzymuje równowagę między formą a ambicją, ale właśnie w tej nierówności ujawnia swój najbardziej intrygujący potencjał.


Agnieszka Bukowczan-Rzeszut – publicystka, redaktorka, recenzentka, tłumaczka. Autorka książek: Siedem śmierci. Jak umierano w dawnych wiekach, Jak przetrwać w średniowiecznym Krakowie, Kuchnia królów oraz W alchemii, łaźni i pod szubienicą. Historyczny spacer po dawnym Krakowie, a także ponad setki artykułów m.in. dla „Focusa”, „Świata Wiedzy” czy „Medycyny Praktycznej”. Badaczka tematów mrocznych, kontrowersyjnych i niepopularnych oraz historii skazanych na zapomnienie, pasjonatka ciężkiej muzyki, ciężkiego kina, ciężkości bytu i lekkiej kuchni.

„Tajemnica bezgłowego szkieletora”, Łukasz Olszacki (il. Katarzyna Kołodziej)

Czasy szkolne, a zwłaszcza te, kiedy chodziłam do szkoły podstawowej, wspominam tak sobie. Poza poznaniem pierwszej, najlepszej przyjaciółki ever i kilku osób z klasy, raczej za nimi nie tęsknię. Aktualnie przyjaźń może trochę się „rozlazła”, a z grupą podstawówkowych kolegów kontakt mamy raczej marny (ale mimo wszystko wciąż jest!), jednak pamiętam kilka niezłych numerów, które wywinęliśmy w trakcie zajęć szkolnych i pozaszkolnych. Pamiętam również groźną woźną, która patrzyła na wszystkich uczniów spod zmarszczonych brwi i która mieszkała w niewielkim pomieszczeniu/domku/składziku przy budynku szkoły (w sumie gdybym całe życie miała spędzić w szkole, pewnie też chodziłabym wiecznie wkurzona :D). Zapewne zastanawiacie się, skąd nagle wpadły mi do głowy takie rozmyślanki. Zatem już wyjaśniam: miałam przyjemność ostatnio powrócić do czasów szkolnych dzięki Antosiowi Wircusiowi i jego bandzie, czyli Nacie (nie Natce!) i Stasiowi, dzięki niedługiej, acz strasznej historii pt. Tajemnica bezgłowego szkieletora autorstwa Łukasza Olszackiego.

Słuchajcie, kiedy pierwsze zdanie książki zaczyna się tak: „Cześć! Nazywam się Antoś Wircuś i właśnie siedzę uwięziony w kominie”, to ja już wiem, że koniecznie muszę się dowiedzieć, jakim cudem ten dzieciak się tam znalazł; a kiedy w dalszej części czytamy, że wraz z nim w kominie utknęła dwójka jego przyjaciół, to nie ma opcji, żeby nie dowiedzieć się, jakie jest zakończenie tej historii… niefortunnych pomyłek. A zaczęło się tak…

…że oczywiście już więcej nic Wam nie zdradzę 😉 Przecież nie mogłabym Wam odebrać całej frajdy z czytania i przeżywania tej jakże strasznej i zabawnej zarazem książki. Natomiast, jak już wcześniej wspomniałam, cała historia opiera się na kanwie drobnych kłamstw i nieporozumień, które sprawiły, że dzieci znalazły się w kominie (nie wiem, czy mam klaustrofobię – zdecydowanie lęk przestrzeni – ale kiedy czytam o ciasnych pomieszczeniach czy przejściach, z których nie można się wydostać, a na dodatek jest w nich ciemno, to od razu robi mi się zimno… i słabo) oraz z powodu szkieletora, który postanowił stracić głowę podczas jednej z przerw. Z kolei kościotrup sprawił, że głowę stracił również Antoś Wircuś (mały spoiler: niedosłownie), a potem to już poszła lawina złych decyzji i złych wyborów. Pokręcone? Może trochę, ale obiecuję, że zakończenie książki wszystko wyjaśnia 🙂

Tajemnica bezgłowego szkieletora, poza dynamiczną i pełną przygód opowieścią, to historia o przyjaźni. O tym, jak w trudnych sytuacjach możemy trafić na ludzi, którzy zamiast nas osądzać i karać – pomogą nam bez względu na wszystko. To opowieść o tym, jak jedno kłamstwo generuje kolejne, a brak przyznania się do błędu może uruchomić lawinę niespodziewanych wydarzeń, co z kolei może prowadzić na przykład do wylądowania w szkolnym kominie. To też historia z morałem o tym, jakie są konsekwencje naszych błędnych decyzji, ale też o tym, że wszyscy jesteśmy ludźmi – w tym wypadku dzieciakami w wieku szkolnym – i właśnie na tych błędach się uczymy. Taka trochę szkoła życia po lekcjach 🙂

Myślę, że ten tytuł przypadnie do gustu wszystkim młodym miłośnikom niespodziewanych przygód i lekkiego dreszczyku emocji. Font jest duży, przejrzysty, dzięki czemu Tajemnicę bezgłowego szkieletora czyta się bez większego wysiłku. Ba! Książka spokojnie może posłużyć jako wsparcie dziecka przy nauce samodzielnego czytania lub je ćwiczyć. Duży plus za komiksowe ilustracje Katarzyny Kołodziej.

Mam nadzieję, że niebawem powstaną kolejne części serii Antoś i jego banda, bo jestem niezwykle ciekawa, co nasza trójka przyjaciół znowu zmaluje najlepszego. Serdecznie polecam 🙂

„Miasto stygmatyków”, Kajetan Puszek

Kiedy byłam dzieciakiem, chyba jak większość miałam pewne stereotypowe podejście do myślenia o Warszawiakach. Pewnie dlatego, że jako rodowita Krakowianka nasłuchałam się tego i owego o mieszkańcach Warszawy (że zadufani, że patrzą na wszystkich z góry, bo mieszkają w stolYcy* itp. itd.). Jednak to wszystko były jakieś tam opinie osób, które albo zwyczajnie zraziły się do tego miasta i mieszkających w nim ludzi, albo osób, które nigdy w Wawie nie były, ale opowiadały różne kocopoły w temacie w myśl zasady „nie wiem, ale się wypowiem”. Oczywiście niedługo później, będąc po raz pierwszy w stolicy, na zawodach sportowych, sama mogłam – mniej więcej – ocenić, czy to, co w Krakowie mówią o Warszawiakach to prawda, czy nie. Zresztą jedną z moich najlepszych koleżanek-szpadzistek była/jest Warszawianka 🙂

Generalnie nigdy nie interesowało mnie to, czy ktoś pochodzi z takiego miasta, czy takiego kraju. Bo ludzie są ludźmi i jak świat długi i szeroki w każdym zakątku Ziemi znajdą się ci fajni i ci niefajni (jak śpiewają Depeche Mode w kawałku People are people: „So we’re different colours/ And we’re different creeds/ And different people/ Have different needs/ It’s obvious you hate me/ Though I’ve done nothing wrong/ I’ve never even met you/ So what could I have done”**) i tyle w temacie.

A dlaczego wspominam Wam dziś o swoich myślach w temacie mieszkańców stolicy, ano dlatego, że lektura książki Kajetana Puszka Miasto stygmatyków sprawiła, że zaczęłam się zastanawiać, jak to jednak z nimi jest (oczywiście piszę to z przymrużeniem oka ;)).

Nie powiem, że łatwo mi się czytało tę książkę. Dopiero za drugim razem pozwoliłam się wciągnąć w opowieść zaserwowaną przez autora. Mnogość bohaterów, niecodzienne sytuacje, w których się znajdują i sporo dziwności – to wszystko sprawia, że dobrze zasiąść do lektury z głową choć minimalnie odciążoną od trudnych myśli, bo – moim zdaniem – odbijecie się od tej książki i nie będziecie chcieli do niej wrócić. Mimo pozornie niewielkiej objętości, cała ta opowieść wymaga dużego skupienia.

W Mieście stygmatyków traficie do Warszawy, ale do takiej wersji alternatywnej, brudnej, mocno surrealistycznej, takiej, gdzie alkohol i seks – oba w nadmiarze – są czymś mocno pożądanym (w tym drugim przypadku – im dziwniej, tym lepiej). W Mieście stygmatyków spotkacie bohaterów na pierwszy rzut oka niepozornych, ale kiedy już poznacie ich historie, ich myśli, sądzę, że bylibyście jednocześnie zaskoczeni i zasmuceni, z jakim bagażem mierzą się na co dzień.

Trudno mi określić tę powieść, ale gdybym miała ostrożnie spróbować, to pokusiłabym się o taki miks groteski i bizarro ze szczyptą czerwonego pokoju z Twin Peaks. Ale pamiętajcie, że to tylko moja opinia. Wy możecie zinterpretować ten tekst zupełnie inaczej.

Podsumowując, Miasto stygmatyków to niezwykle wymagająca lektura, mroczna, dziwna, dająca do myślenia. Nie tylko dla miłośników bizarro.


* i tu absolutnie się nie nabijam. W swoim życiu spotkałam co najmniej jednego Warszawiaka, który właśnie w ten sposób wymawiał to słowo. Tak po prostu, nie w żartach.

**„Więc mamy różne kolory skóry/ I mamy różne wyznania/ I różni ludzie/ Mają różne potrzeby/ To oczywiste że mnie nienawidzisz/ Choć nie zrobiłem ci nic złego/ Nigdy wcześniej cię nie spotkałem/ Więc co mogłem zrobić?”.

 

 

 

„Detektyw kaczka i jego paczka. Tajemnica Ducha Młyna”, Boguś Janiszewski (il. Artur Nowicki)

Kiedy od tylu lat siedzi się w literackiej grozie jak ja, pierwszym co pojawia się na myśl: „kaczki”, jest nowelka (animal horror) Tomasza Siwca pt. Mordercze kaczki (pewien autor, który zrobił sobie przerwę od pisania, też popełnił historię z motywem kaczek, a ściślej o duckf**kerze, ale wspominam o niej tylko dlatego, by nie zarzucono mi, że pominęłam ;)). Ale kiedy zaczęłam się głębiej zastanawiać nad kaczymi bohaterami, z którymi miałam okazję się zetknąć – czy to w słowie pisanym, czy obrazkowym – to należą do nich Kaczor Donald, Kaczor Duffy, Kaczor Howard i Hrabia Kaczula 😀 To nie tylko jedne z najbardziej popularnych, kaczych, postaci w popkulturze, ale i jedne z tych, które darzę ogromnym sentymentem. Ostatnio do tej kaczej bandy dołączył piąty osobnik, a jest nim kaczor Bernard „Benek” – bohater książki Detektyw kaczka i jego paczka. Tajemnica Ducha Młyna, której autorem jest Boguś Janiszewski.

Tak się składa, że książkę przeczytałam w autobusie. Tak, w autobusie, kiedy jechałam odwiedzić tatę w szpitalu. Oczywiście miałam ze sobą kindelka, ale jakoś tak przed samym wyjściem z domu, zgarnęłam do plecaka Detektywa kaczkę i słuchajcie – to była najlepsza spontaniczna decyzja w tym dniu. Raz, że lektura wzbudzała zainteresowanie współpasażerów (taka stara, a takie książki czyta i na dodatek co jakiś czas podczas tego czytania parska śmiechem), a dwa, pomogła mi się odprężyć i zapomnieć choć na chwilę o trudnej codzienności. A jakie plusy Detektywa kaczki znajdą w trakcie lektury dzieci? Zaraz je Wam wymienię, ale najpierw, pokrótce, powiem, o czym jest książka.

W Bydgoszczy niespodziewania zjawia się duch… Taki z tych – lekko mówiąc – upierdliwych. Krąży w okolicy Młynów Rothera i coraz częściej niepokoi mieszkańców listownymi pogróżkami. Mimo że na początku trochę się ociągał, Kaczor „Benek” wraz z wiewiórką Tosią zaczynają węszyć w tej dziwnej sprawie, a co wywęszyli?… Tego dowiecie się, sięgając po książkę Detektyw Kaczka i jego paczka. Tajemnica Ducha Młyna.

Zatem co sprawi, że dzieciaki chętnie sięgną po ten tytuł? Przede wszystkim przyciągnie ich okładka – kolorowa ilustracja z głównymi bohaterami „Benkiem” i Tosią oraz gołębiem historykiem, Antonim – której twórcą jest Artur Nowicki. Zresztą cała książka zawiera świetne ilustracje, mocno komiksowe (a propos forma komiksu też się w tej książce pojawia, co uważam za niesamowity plus, bo jednak dzieciaki lubią, gdy jest kolorowo i dynamicznie, a to właśnie w tym wypadku robią wstawki komiksowe – nadają fabule dynamiki) i uwaga – są na każdej stronie! Wielki ukłon w stronę pana Nowickiego za ogrom pracy, którą włożył w powstanie tego tytułu.

Pozostając jeszcze w klimacie graficznym – w książce znajdziecie również zapiski „Benka” w formie notatek, które pomagają mu w śledztwie (bo jednak zapisywanie myśli zwykle je porządkuje), ale też często na marginesie pojawiają się zapiski typu: „W Ślimaku promka do jutra na żabi skrzek”. Mamy też listy ducha zapisane odręcznie, mamy świetną mapkę miasta, co ułatwia młodemu czytelnikowi dotrzymanie kroku „Benkowi” i znajdowanie na niej miejsc, do których udał się bądź uda nasz bohater.

Sama historia jest niezwykle przyjemna, posiada duży dreszczyk emocji, jest motyw ducha, co wzbudza podekscytowanie i na początku lektury zostawia czytelnika z pytaniem: „czy to prawdziwy duch”? No ja Wam tego nie powiem, mimo że już wszystko wiem 😉 Bohaterowie są charyzmatyczni i charakterystyczni – czasem nawet bardzo! (Oczywiście moja ukochana ekipa to ta kocia. Nie chcecie wiedzieć, co koty wyprawiają po kocimiętce… Nie chcecie :))) Sama intryga zaś jest poprowadzona ciekawie, czasem krętymi ścieżkami, ale ostatecznie prowadzi do szczęśliwego (?) końca.

Pamiętacie, że akcja książki dzieje się w Bydgoszczy? Jedna z postaci posługuje się gwarą bydgoską, co bardzo fajnie podkreśla klimat (spokojnie, są też przypisy oraz jest i słowniczek, który wyjaśnia wszystkie trudne słowa – co też jest ogromnym plusem książki) całej historii, a jednocześnie jest wizytówką miasta, w którym działają nasi bohaterowie.

Co widzę ja, jako mama, w tej książce poza świetnie zarysowaną opowieścią kryminalną z dużą dozą humoru i dobrze wykreowanymi bohaterami? Otóż widzę tu dużą zachętę do odwiedzenia Bydgoszczy, zwiedzenia wraz z dzieckiem tego miasta, a zwłaszcza miejsc, w których bywali „Benek” i Tosia. Myślę, że dzięki tej książce wycieczka w kujawsko-pomorskie rejony wypadnie satysfakcjonująco, a przede wszystkim atrakcyjnie – zwłaszcza dla małego turysty.

Podsumowując, Detektyw kaczka i jego paczka. Tajemnica Ducha Młyna to spora dawka przygody, kryminału i humoru nie tylko dla małych odkrywców. Serdecznie polecam i czekam na kolejnego przygody kaczora „Benka” i jego ekipy.

„Płachytka”, Anna Musiałowicz

Anna Musiałowicz to autorka, z książkami której jestem na bieżąco (kiedyś tak miałam z książkami Stephena Kinga, a teraz – proszę – ostatnią mam totalnie w plecy!). Pamiętam jej początki na rynku wydawniczym, kiedy nieśmiało stawiała kroki ku nowej przygodzie, jaką było pisanie. Pamiętam tę niepewność podczas naszych prywatnych rozmów: czy ktoś to będzie chciał czytać? Jak widać TAK, skoro miesiąc temu ukazała się kolejna już książka autorki pt. Płachytka.

Kiedy tak zastanawiałam się nad moim podejściem do powieści Ani Musiałowicz, to wydaje mi się, że odkąd jestem mamą, zmieniło się ono diametralnie. Skąd takie wnioski? Ano stąd, że autorka już wcześniej opowiadała historie czy to mamy z synem (Kuklany las, Wyrzuciła ją rzeka), czy taką, której bohaterkami są dziewczynki (Diabeł zza okna, Śnieg jeszcze czysty), a jednak żadna (serio, żadna! A przecież pozostałe książki Ani również wywołują gęsią skórkę podczas czytania i są niezwykle klimatyczne) nie poruszyła mnie tak bardzo i nie przestraszyła tak bardzo, jak wspomniana już przeze mnie Płachytka.

Bohaterką powieści jest Ewa, która wraz z mężem i dwiema córeczkami przeprowadza się do miasta. Tak się składa, że na jej drodze los stawia dawno niewidzianą znajomą jej matki, która z czasem staje się przyjaciółką rodziny i nieocenionym wsparciem w trudnej sytuacji, w jakiej znajdzie się Ewa. A żeby podkreślić grozę sytuacji, mężem nowej znajomej jest Radosław Skowronek, człowiek, który w młodości zmierzył się z niewyobrażalną tragedią spowodowaną przez płachytki – „istoty zwiastujące chorobę i śmierć”. Podczas spotkania obu rodzin do Skowronka powracają wspomnienia sprzed lat z powodu płachytki, którą widzi tylko on i którą otulona została Ewa. Zaraz po tym Ewa i jej córeczki podupadają na zdrowiu, a staruszek znając przyczynę choroby dziewczyn, zaczyna walkę z czasem i postanawia stawić czoła przeszłości.

Powiem Wam, że bardzo trudno jest pisać o powieści, która tak mocno mnie poruszyła. Tak naprawdę żadne słowa nie są w stanie oddać tych emocji, które towarzyszyły mi podczas lektury Płachytki. Myślę, że przede wszystkim dlatego, że bez trudu mogłam utożsamić się z główną bohaterką. Czuć całą sobą wszystko to, co czuła Ewa, zarówno kiedy spotyka po latach Marię Skowronek czy gdy zderza się z wrogim zachowaniem jej męża. I te momenty bezradności, kiedy nasza bohaterka zapada na zagadkową chorobę. Ale chyba najbardziej niepokoiły mnie opisy wwiercającego się w czaszkę, panicznego strachu o dziewczynki, o ich zdrowie. Ten histeryczny lęk przed śmiercią ukochanych dzieci… Chyba te fragmenty najbardziej powaliły mnie na łopatki. Autorka pisze o tym tak dosłownie, tak szczerze, tak od… serca, że nie sposób uciec od tych trudnych emocji. Nie raz łapałam się na tym, że wstrzymuję oddech w trakcie czytania książki, bojąc się, co mnie zastanie na kolejnej stronie powieści i wierząc, że jednak wszystko będzie dobrze. Czy było?… To już musicie sprawdzić sami, sięgając po Płachytkę.

Jak już wspomniałam, ogromną rolę w całej tej opowieści ma Skowronek. Staruszek, na którego drodze lata temu stanęła płachytka, doprowadzając do tragedii. W powieści, równolegle z wydarzeniami dziejącymi się w domu Ewy, cofamy się do czasów PRL-u i młodości naszego bohatera, co pozwala poznać nam jego historię i to, co złego mu się przydarzyło w życiu. To bardzo ważna część opowieści, która wyjaśnia motywy działania Skowronka – to raz, a dwa – jest równie przejmująca i bogata w takie wydarzenia, że… ja na jego miejscu już dawno wąchałabym kwiatki od spodu… Historia Skowronka pokazuje nam również, jak silny i zdeterminowany jest ten mężczyzna, mimo iż sprawia wrażenie zupełnie zwyczajnego, a nawet gburowatego starszego pana.

Poza ogromną dawką różnorodnych emocji, ale takich silnych, które trafiają mocno w serducho, wpleciony do powieści został motyw słowiańskich wierzeń, czyli tytułowa płachytka. Podoba mi się ten zabieg, kiedy coś, w co wierzono dawniej, przypomina o sobie we współczesności. To trochę taki prztyczek w nos dla nas, którzy w pogoni za (i tu każdy z Was niech sobie wpisze, za czym wciąż pędzi bez tchu) zapominamy, że być może jest gdzieś obok nas ten drugi świat. Przestaliśmy być uważni, a nasilający się kaszel czy ogromne osłabienie, wręcz ociężałość tłumaczymy zmęczeniem… A jeśli to COŚ innego?…

(W ogóle motyw płachytki, która przytula się do człowieka, która siada na jego barkach, osacza skojarzył mi się z japońskim filmem Shutter-Widmo. Jeśli nie widzieliście, polecam!).

Poza motywami słowiańskimi, poza ogromną dawką emocji, autorka ukazuje również złożoność relacji, zwłaszcza relacji w rodzinie. Kiedy zaczyna dziać się źle, dopiero wtedy widzimy – my i zapewne sama bohaterka – że tak naprawdę z całą sytuacją (poza małymi wyjątkami) Ewa musi sobie radzić sama. Że w sytuacji podbramkowej ta druga osoba sobie nie poradziła, uciekając w obowiązki zawodowe. Myślę, że wiele kobiet może się w tym wątku odnaleźć. Zresztą ten motyw (strach przed odpowiedzialnością) nadaje jeszcze większej dynamiki w powieści. Bezradność, osamotnienie, obezwładniający strach o życie dzieci… Groza w czystej postaci! Choć tak naprawdę grozą nie jest.

I jeszcze na koniec dodam, że po tylu latach od debiutu autorka wypracowała sobie swój własny, charakterystyczny styl opowiadania historii. Znów wrócę do początku tej opinii i powiem, że to samo mam z Kingiem. Kiedy zaczynam czytać jego powieść, od pierwszych zdań WIEM, że to jego tekst. W przypadku Anny Musiałowicz mam podobnie. Gdyby nikt mi nie powiedział, że Płachytkę napisała Ania, rozpoznałabym ją po pierwszych zdaniach 🙂

Podsumowując, powtórzę to, co napisałam już w dniu premiery książki: Płachytkę przeczytałam z wypiekami na twarzy i – w moim subiektywnym odczuciu – jest to najlepsza powieść autorki.

Serdecznie polecam!

„Fretka z Doliny Czarodziejek”, Ewa Nowak-Banach

Zapewne większość z Was, jako dzieci, marzyła o posiadaniu pieska, kotka czy też innego futrzaka. Z doświadczenia wiem, że nie jest łatwo przekonać rodziców, by spełnili nasze marzenie, ale nie jest to niemożliwe. W moim przypadku to trochę było spowodowane tym, że jako człowiek-alergik, uczulony na sierść psią/kocią, nie byłam najlepszą kandydatką do posiadania zwierzątka (był taki czas w mym dziecięctwie, że mocno chorowałam właśnie z powodu silnej alergii i mama bała się o moje zdrowie – i zapewne wywracała oczami – za każdym razem, gdy słyszała: „chciałabym kotka”). Na szczęście jakiś czas później mały kotek sam się wprosił do naszego domu i odczarował wszystkie lęki związane z moim samopoczuciem. Zresztą ci, którzy śledzą mój profil, wiedzą, że w domu – poza parą kocisk: Jerrym i Sis, mam jeszcze babuleńkę długouchą, królicę Lanę.

Z podobnym lękiem najbliższych czy wręcz niezrozumieniem spotyka się Lili, mała czarodziejka, w której łapki – dosłownie! – pewnego dnia wpada urocza fretka. Kiedy jej pozostałe siostry dowiadują się, że w ich domu zamieszkało czarno-białe zwierzątko, wcale nie były zadowolone. A że wszystkie dziewczynki są czarodziejkami, możecie się domyślić, że pewne ich zasady zostały naruszone w momencie, w którym fretka z nimi zamieszkała… Jednak pewnego dnia – ku rozpaczy Lili – stworzonko znika, a kiedy nasze bohaterki dowiadują się, kto za to zniknięcie odpowiada, bez zwłoki ruszają mu na ratunek!

Fretka z Doliny Czarodziejek to niezwykle baśniowa opowieść. Mamy czarodziejki, mamy magię i mamy… czarno-białą fretkę, która nie jest do końca tym, czym się wydaje. A całą historię podkreślają przepiękne malowane ilustracje Iwony Klimaszewskiej.

Jednak jest to przede wszystkim książka o tym, jak ważne są relacje z bliskimi, zwłaszcza z rodzeństwem, co nie raz bywa przecież bardzo trudne (jestem starszą siostrą, więc wiem, o czym mówię ;)); jak ważne jest ich wsparcie przede wszystkim wtedy, gdy jedno z nich wpada w kłopoty i potrzebuje pomocy.

Ewa Nowak-Banach porusza również temat odpowiedzialności za naszych braci mniejszych. Mimo że otula go szczyptą magii, to jednak podkreśla, że „stajesz się odpowiedzialny na zawsze za to, co oswoiłeś”*. I to właśnie robi Lili i jej siostry – mimo że fretka w jakiś sposób je poróżniła – wspólnie spieszą jej na ratunek. W końcu, chcąc nie chcąc, zwierzątko stało się członkiem ich rodziny.

Czy czarodziejkom uda się odnaleźć i uratować fretkę?

Czy relacje dziewczynek się rozluźnią czy zacieśnią?

Czy fretka naprawdę nie jest tym, kim się wydaje?

Tego dowiecie się, sięgając po książkę – sami lub z pociechą – Fretka z Doliny Czarodziejek. To powieść magiczna, to powieść pełna ciepła, to powieść pełna barw i zapachów, choć z nutką grozy i niepokoju też.
Ze swojej strony bardzo polecam i czekam na kontynuację 🙂


*cytat z książki Mały Książę, Antoine de Saint-Exupéry

„Martwy ciąg”, Tomasz Kozioł

Sport towarzyszył mi od zawsze, choć tak najmocniej związałam się z nim w trzeciej klasie podstawówki, kiedy to zupełnie przez przypadek (wersji tej historii jest co najmniej kilka) zaczęłam trenować szermierkę. Na początku podobało mi się tak se, choć w sumie… podobało, ale bakcyla (i ostateczny wybór broni na szpadę*) złapałam, kiedy wygrałam swoje pierwsze zawody, czyli Pierwszy Krok Szermierczy. Od tej pory całą dekadę swego szkolnego życia poświęciłam na treningi i uczestnictwo w zawodach (spokojnie, do szkoły też chodziłam ;)). Po maturze rozstałam się z klubową planszą, ponieważ harmonogram dziennych studiów zwyczajnie mi na to nie pozwolił, ale żeby nie wyjść z formy, często gęsto spotykałyśmy się z moją kochaną J., żeby poćwiczyć, czy też pobiegać bulwarami wiślanymi. Natomiast do tego czasu siłowni unikałam jak ognia (OK, czasem na treningach miałam jakieś zajęcia tego typu, ale nie były one takim must have, jak obecnie). Głównie dlatego, że na siłowni się… nudzę 😀 Dlatego na długi czas związałam się z zajęciami fitness, a na siłkę trafiłam, kiedy moje plecy poczuły, że potrzebują łamania kołem 😀 Aktualnie ćwiczę jedynie bieganie za Grozolubisiem, ale liczę na to, że niebawem wrócę do regularnych treningów na siłowni czy tam basenie (jeszcze się waham ;)).

Bywając na siłowni, zdarzyło mi się robić martwy ciąg, ale szczerze – nie było to moje ukochane ćwiczenie. Czego nie można powiedzieć o Andrzeju – głównym bohaterze książki Tomasza Kozioła Martwy ciąg.

Wyobraźcie sobie, że treningi siłowe to Wasze ukochane hobby, które pomaga w mierzeniu się z codziennością. Z samotnością… Z poczuciem beznadziei. I pewnego dnia widzicie światełko w tunelu, ktoś wyciąga do Was rękę, ktoś chce Was otoczyć opieką, sugeruje wsparcie i Wy w to idziecie, bo macie już dość tej szarości, tego doła… Rzucacie dotychczasowe życie, bo przecież jest nadzieja na lepsze i… wraz z kilkoma innymi osobami trafiacie, ale… z deszczu pod rynnę. A potem, na skutek przypadku, pecha, fatum – jak zwał, tak zwał, dzieje się coś złego i to złe zaczyna ciążyć Wam najpierw na barkach, potem na piersi, by powoli, każdego dnia zabierać kolejny oddech. I właśnie o tym jest ta książka…

Tomasz Kozioł snuje swą opowieść w takim tempie, w jakim powinno się wykonywać powtórzenia martwego ciągu. Niespiesznie, w skupieniu, ale i swego rodzaju napięciu. Tragedia, która wydarza się w nowo powstającej siłowni, gdzieś na warszawskiej Pradze, dokłada do tego warstwę niepokoju, a ta towarzyszy czytelnikowi niemal do końca powieści.

W Martwym ciągu nie znajdziecie typowych dla horroru straszaków, za to czekają tu na Was strach, popadanie w szaleństwo, dążenie do celu po trupach (dosłownie!), bezradność, poczucie osaczenia i kontroli, ale też… wspomniane wcześniej światełko w tunelu.
Odbieram tę powieść jako horror, ale w rozumieniu horroru, z jakim często mierzą się młodzi ludzie, którzy wchodzą w dorosłość. To powieść, w której tak naprawdę potworem jest człowiek. Martwy ciąg śmierdzi potem, cuchnie złem i jest lepki od brudu. I dlatego tak mocno zapada w pamięć.
Ze swej strony serdecznie polecam!

*w szermierce występują trzy rodzaje broni: szpada, szabla i floret 🙂

„Opowieści o dinozaurach”, Marcin Kończewski

Pamiętam, że pierwszy film z serii Jurassic Park obejrzałam w kinie. Miałam wtedy może 10-11 lat. I mimo że nie byłam wtedy jakąś wielką fanką dinozaurów (w przeciwieństwie do mojego brata), to pamiętam, że ekranizacja powieści Michaela Crichtona zrobiła na mnie ogromne wrażenie (wiecie, że nie czytałam jeszcze tej książki?). Na fali popularności w tamtym czasie powstawały również gry komputerowe i pamiętam jedną z nich, piekielnie trudną i straszną, w którą graliśmy z bratem na naszej nowiutkiej Amidze (no dobra, grał on, a ja byłam tylko biernym obserwatorem. Mam taką dziwną przypadłość, że… nie znoszę ginąć w grach. I to mówi fanka horrorów ;)). Oczywiście boom minął, co nie znaczy, że o Jurajskim Parku zapomniano. Wręcz przeciwnie. Zresztą nawet w 2015 roku zatęskniono w kinie za tymi przerażającymi, acz fascynującymi gadami i powstała pierwsza część trylogii Jurassic World. Oczywiście obejrzałam, bo cały ten wykreowany na dużym ekranie świat to niezwykła rozrywka, ale…

Pewnie dinozaury nadal byłyby tylko wspomnieniem w moim życiu, gdyby nie synek, który po wizycie w jednym z parków dinozaurów dostał bakcyla na punkcie tych zwierzów i połowa jego pokoju to książki, zabawki czy ciuchy, a nawet tapeta(!) o wiadomej tematyce 🙂 Jako że mój maluch lubi przeglądać książeczki (zwłaszcza te o dinozaurach), staram się być na bieżąco z dinkowymi nowościami i ostatnio udało mi się natrafić na niezwykle ciekawy tytuł, czyli na Opowieści o dinozaurach Marcina Kończewskiego.

Mimo że książka jest jeszcze „zbyt poważna” dla mojego dwulatka, to tym, co od razu przykuło wzrok malucha, były niezwykle kolorowe i duże ilustracje wewnątrz publikacji i… szkice dinozaurów, które pojawiają się praktycznie wszędzie. Generalnie – białej strony w tej książce nie uświadczycie 😉 Szkice stworzył sam autor, ale ich ostateczną wersję dopieścił Nusrat Ali.

Głównymi bohaterami opowiadań są owiraptor Kukuru oraz protoceratops Twardodziób, a wydarzenia, w których uczestniczą te pocieszne(!) dinki są okraszone zarówno humorem, jak i grozą, ale tak naprawdę w każdym z tych tekstów liczy się… przygoda!

Bardzo fajnym zabiegiem przed każdym z opowiadań jest skala, na którą składają się: humor, emocje i straszność, i to właśnie dzięki niej możemy dobrać opowiadanie odpowiednie do wieku dziecka.

Pomiędzy opowiadaniami otrzymujemy zarówno ciekawostki o prehistorycznych gadach, jak i proste zadania/zagadki nawiązujące do przeczytanego przez nas tekstu. Zresztą Opowieści o dinozaurach to książka interaktywna (za co odpowiada aplikacja educreator.ai – po więcej informacji odsyłam Was tu: www.educreator.ai) – oznacza to, że więcej dinkowych zadań znajdziecie, klikając w kod QR.

Opowieści o dinozaurach to nie tylko książka, to również świetne narzędzie pracy dla rodziców, nauczycieli czy bibliotekarzy, dzięki któremu można spędzać ciekawe popołudnia i wieczory z dziećmi, a także uatrakcyjnić wszelkiego rodzaju zajęcia w szkołach czy bibliotekach. Ale też… Opowieści o dinozaurach to książka, którą każdy fan dinozaurów powinien mieć na swojej półce!
Serdecznie polecam 🙂

„Kobieta w rzece i inne opowieści grozy”, Kōtarō Tanaka

Japonia. Już od pewnego czasu kusi mnie, by w końcu zacząć sięgać po literaturę, która bywa pokręcona, mroczna czy otula jak kocyk w chłodny dzień. Myślę, że to naturalna kolej rzeczy po grach pokroju Silent Hill czy filmach typu The Ring, Shutter-Widmo, Dark Water i innych. Japonia umie w emocje. Jeśli trzeba przestraszyć – robi to. Jeśli trzeba zaskoczyć – robi to. Jeśli trzeba ukoić – również to robi. Dlatego właśnie zaczęłam bardziej interesować się książkami, które traktują o Kraju Wiśni. I znalazłam ich od groma! A najbardziej cieszy mnie fakt, że odkryłam (jak to mówią: lepiej późno, niż wcale) absolutnie cudowne wydawnictwo Kirin, które w swej ofercie ma i literaturę mroczną, ale i taką bardziej baśniową. Oczywiście japońską 🙂

Dziś chciałabym Wam co nieco opowiedzieć o zbiorze opowiadań Kobieta w rzece i inne opowieści grozy Kōtarō Tanaka. Twórca, którego książkę miałam okazję przeczytać, żył na przełomie XIX i XX wieku. Pisał własne wersje znanych opowieści kaidan, jak i swoje autorskie teksty. Czy warto sięgać po opowiadania, które (być może) wydarzyły się ponad wiek temu? Oczywiście, że tak!

Czasy, w których żyjemy, coraz bardziej odarte są z atmosfery niedopowiedzeń, tajemniczości. Musi być szybko, musi być na pokaz, a kultowe postaci znane z horrorów filmowych czy gier coraz częściej są sprowadzane do tzw. parteru (w rozumieniu – zamiast straszyć, wzbudzają politowanie a nawet śmiech). Przez to „wszystko, wszędzie, naraz” – moim zdaniem – niestety w książkach gubi się klimat charakterystyczny dla konwencji, a horrory coraz rzadziej wzbudzają niepokój, częściej po prostu nużą.

Ale… dlaczego o tym piszę – bo zbiór opowiadań Kobieta w rzece… – ta niepozorna objętościowo książka – podczas lektury wzbudza strach. W zasadzie w każdym z tekstów autor niespiesznie wprowadza czytelnika w swoją opowieść, budując niesamowity nastrój. Nastrój grozy, niesamowitości, który przyspiesza bicie serca. Czytelnik WIE, że COŚ czai się w kolejnym słowie, zdaniu, na kolejnej stronie, a mimo tego daje się wciągnąć w historie opowiedziane przez Tanaka.

Kobieta w rzece… to bardzo dobry, klimatyczny zbiór opowiadań, który zapoznaje czytelnika z japońskimi wierzeniami i przesądami. Wszystkie teksty otrzymały kolorowe grafiki autorstwa Joanny Zakrzewskiej, co nie tylko dodaje uroku książce, ale przede wszystkim nawiązuje do danego opowiadania.

Podsumowując – jestem bardzo na TAK i na pewno będę wnikliwie śledzić plany wydawnicze wydawnictwa Kirin.

„Podziemna przygoda odważnej żaby Rene”, Mikołaj Pasiński (il. Gosia Herba)

Wokół tej książki Grozolubiś krążył kilka miesięcy. W zasadzie nie krążył, świadomie omijał ją szerokim łukiem, bo w danym czasie zupełnie go nie interesowała. Nawet ilustracje nie były dla niego atrakcyjne. Ja z kolei nie naciskałam, abyśmy ją wspólnie czytali, bo wyszłam z założenia, że być może jest dla niego za trudna w odbiorze. Poza tym maluch ma niecałe dwa lata, a książka wszak przeznaczona jest dla starszych dzieci (3+). I tak sobie jakiś miesiąc z hakiem przeleżała na regale. Do czasu… Nie przypomnę sobie, kiedy stylizowana na wampira żabka skradła serce mego synka, ale możecie wierzyć lub nie, czytamy o jej przygodzie co najmniej kilka razy dziennie.

Pewnego poranka podczas śniadania Rene zaczyna zastanawiać się, czy Ziemia w środku wygląda podobnie jak konsumowane przez nią jajko na miękko. Chęć odkrycia tej tajemnicy sprawia, że pakuje do torby najpotrzebniejsze rzeczy i wyrusza na poszukiwania wnętrza Ziemi. Jak można się tam dostać? Kogo zapytać i poprosić o pomoc? Z pozoru proste zadanie wymaga od Rene dużego zaangażowania. Razem z nią mały, ale i dorosły czytelnik, przenosi się do świata pełnego przygód.

Czy Rene znajdzie odpowiedź na swoje pytanie? Czy podczas szukania odpowiedzi napotka trudności i czy wszystkie podziemne żyjątka okażą się przyjacielskie i życzliwe? – tego dowiecie się, sięgając z maluchem po książkę Podziemna przygoda odważnej żaby Rene Mikołaja Pasińskiego.

Grozolubiś jest zbyt mały, żeby mi odpowiedzieć na pytanie, dlaczego na ten moment przygoda żabki Rene tak mocno go fascynuje, ale mnie się wydaje, że to dlatego, że nasza bohaterka zadaje ważne, ciekawe pytania, na które stara się znaleźć odpowiedź w sposób prosty, ale niezwykle obrazowy. No bo kto z nas choć raz w życiu nie jadł jajka na miękko? A kiedy pada pytanie, czy jądro Ziemi wygląda jak żółtko, to od razu w głowie wyświetla nam się obraz płynnego żółtka, które spływa po łyżeczce… Wszyscy to zobaczyli? No właśnie!
Zatem dzięki tym trudnym pytaniom, a całkiem nietrudnym w zrozumieniu odpowiedziom, maluch z zainteresowaniem śledzi poczynania Rene i razem z nią dowiaduje się m.in. jak jedno miejsce dla każdego żywego (a nawet nieżywego) stworzenia może znaczyć zupełnie co innego. Poza tym razem z Rene mały czytelnik odkrywa, co też tak naprawdę kryje się pod powierzchnią ziemi. Uwaga, spoiler! Całkiem sporo 😉

Podziemna przygoda odważnej żaby Rene nie tylko poszukuje odpowiedzi na postawione pytania, ale także zaszczepia w początkującym odkrywcy chęć do eksplorowania świata. Uczy również empatii oraz współpracy w działaniu. To także książka o przyjaźni.

Podsumowując, Podziemna przygoda odważnej żaby Rene to przede wszystkim przygoda, która na równi stawia dobrą zabawę z nauką i poznawaniem świata. Duże, pełne detali rysunki Gosi Herby, które w jakiś pokrętny sposób trochę skojarzyły mi się z ilustracjami Zbigniewa Rychlickiego (seria o Misiu Uszatku Czesława Janczarskiego) uzupełniają wciągającą historię, do której można wracać wielokrotnie. Bywa śmieszno, a nawet straszno, ale przede wszystkim ciekawie!

I oczywiście wraz z Grozolubisiem liczymy na kolejną fascynującą przygodę wampirzej żabki Rene 🙂