„Pierwsza krew” Cedric Sire

Dokładnie miesiąc temu, czyli 15 stycznia nakładem wydawnictwa Dragon ukazała się w Polsce druga powieść francuskiego autora Cedrica Sire’a pt. Pierwsza krew.

Z opisu książki:
W mroźną zimową noc na przedmieściach Paryża znany przestępca zostaje spalony żywcem we własnym mieszkaniu. Zbrodnia nie przypomina jednak mafijnych porachunków… Eva Svärta rozpoczyna niełatwe śledztwo, mając do dyspozycji tylko kilka mętnych poszlak. Tymczasem przeszłość upomina się o swoje. Ogarnięta obsesją odnalezienia zabójcy swojej matki i siostry bliźniaczki policjantka musi znów stanąć twarzą w twarz z potwornością, którą trudno sobie nawet wyobrazić…

Zanim zaczęłam czytać Pierwszą krew, w jednej z krakowskich bibliotek zaopatrzyłam się w pierwszą część serii o Evie Svärcie – Gorączkę i krew. Generalnie każda część dotyczy innej sprawy kryminalnej, jednak warto je czytać zgodnie z kolejnością, ponieważ wiele można się dowiedzieć o przeszłości tej charakterystycznej policjantki. Dlaczego charakterystycznej? Eva jest albinoską – ma śnieżnobiałe włosy, a jej źrenice mają czerwony odcień. Jest też bardzo skryta, ale skuteczna w działaniu, czym wzbudza respekt swoich współpracowników. Niektórzy wręcz się jej boją.

W Pierwszej krwi Eva po raz kolejny mierzy się ze sprawą, która ma związek ze zjawiskami nadprzyrodzonymi, w szczególności praktykami okultystycznymi. Nieprzypadkowo zostaje tu cytowany Aleister Crowley. Ktoś dokonuje okrutnych morderstw: ofiary są wiązane drutem, pozbawiane języka, a następnie podpalane. Osoba, która za tym stoi jest bezwzględna w swych działaniach oraz ogarnięta obsesją i pragnieniem zemsty. Albinosce pomagają: kolega z wydziału – Leroy oraz Alexandre Vauvert, policjant, z którym Eva rozwiązała poprzednią sprawę, i z którym łączy ją coś więcej niż tylko przyjaźń.

W powieści pojawiły się również retrospekcje, dzięki którym czytelnik może dowiedzieć się, jakie były przyczyny obecnych wydarzeń. Powiem szczerze, że te fragmenty trochę skojarzyły mi się z fabułą serii komiksów Locke & Key Joego Hilla i Gabriela Rodrigueza. Głównie przez grupę studentów-przyjaciół, którzy doświadczają zjawisk nadprzyrodzonych. Choć może to tylko chwilowa nadinterpretacja.

Nie ukrywam, że moją ulubioną policjantką jest rudowłosa Katie Maguire – bohaterka powieści Grahama Mastertona, ale już teraz wiem, że równie chętnie sięgnę po nową powieść Cedrica Sire’a, aby wraz z Evą Svärtą rozwiązać następną sprawę i poczynić kolejny krok naprzód w rozprawieniu się z jej demonami.

Pierwsza krew to thriller z wciągającą fabułą. Jest brutalnie i krwawo. Autor skrupulatnie obrazuje czytelnikowi popełniane zbrodnie, czego przykładem jest choćby sekcja zwłok noworodka, który po 15 latach został znaleziony w lodówce jednej z ofiar.

Czy uda się rozwikłać sprawę, zanim dojdzie do kolejnego morderstwa? Czy uda im się schwytać sprawcę? Dowiecie się tego, sięgając po najnowszą powieść Cedrica Sire’a.

 Ze swej strony polecam!

 

 

 

Bartek Zujewski (Wydawnictwo Vesper): „utalentowanych autorów, którzy biorą się za bary z grozową stylistyką mamy w Polsce – jak to się u nas w Poznaniu mówi – wuchtę”

Sebastian Drabik: Jakie są Twoje pierwsze wspomnienia związane z literaturą – książką, czytaniem?

Bartek Zujewski: Pierwsze wspomnienia wiążą się rzecz jasna z książeczkami czytanymi mi przez matkę czy babcię. Najwyraźniej z tego okresu pamiętam chyba Daktyle Danuty Wawiłow z genialnymi rysunkami Edwarda Lutczyna, książka ta tak zapadła mi w pamięć, że była jedną z pierwszych, które czytałem swoim dzieciom. Pamiętam też Ależ ten Star się stara – książeczkę o różnych rodzajach ciężarówki Star. Przypominam sobie Koziołka Matołka. Były też winylowe audiobooki – Przygody małpki Fiki Miki, Plastusiowy pamiętnik. Ogólnie jednak ten okres czytania przez starszych skończył się dość szybko – nauczyłem się czytać, mając parę lat i jeszcze zanim poszedłem do szkoły, stałem się samowystarczalny w tym zakresie. Z okresu wczesnopodstawówkowego pamiętam głównie wielokrotnie czytane powieści, jak Dzieci z Bullerbyn, Wakacje z duchami, Do przerwy 0:1 czy Tajemnica Zielonej Pieczęci, miałem – jak chyba każdy chłopak w moim wieku w tamtych czasach – okres fascynacji serią o Tomku Wilmowskim, pasjami czytałem serię z Panem Samochodzikiem, uwielbiałem książki Juliusza Verne’a, westerny Karola Maya, ale czytałem w zasadzie wszelką literaturę przygodową, jaka wpadła w moje ręce. Gdy miałem 11 czy 12 lat przeczytałem po raz pierwszy Władcę Pierścieni i jakoś w tym samym mniej więcej czasie wpadł mi w ręce pierwszy Masterton – no i tak moje czytelnicze „dzieciństwo” się skończyło (śmiech).Continue reading →

Relacja z X. Blog Book Meeting

zdj. Ewa Nowak-Banach

1 lutego miałam przyjemność po raz pierwszy uczestniczyć w wydarzeniu Blog Book Meeting w Katowicach. Jest to wydarzenie, w którym uczestniczą blogerzy publikujący na co dzień swoje recenzje na Facebooku i Instagramie i mają szansę – właśnie podczas takiego spotkania – poznać się w realu.

Blog Book Meeting to nie tylko spotkanie blogerów, ale też spotkania z autorami. Podczas X. edycji prym wiodło wydawnictwo Vesper i jego dwóch autorów: Bartłomiej Grubich (Biegacz) oraz Artur Urbanowicz (Gałęziste, Grzesznik, Inkub, laureat Nagrody Polskiej Literatury Grozy im. Stefana Grabińskiego). Poza tym odbył się panel dyskusyjny, w którym przedstawiciele wydawnictw oraz wspomniani już autorzy opowiadali o swoich doświadczeniach we współpracy z blogerami. Było to bardzo fajne spotkanie, dzięki któremu wiem, jakich błędów blogerskich (aczkolwiek nie lubię nazywać Grozowni blogiem) najlepiej unikać, względnie nie powielać.
Dzięki uprzejmości Organizatorek, miałam swoje dwie minutki, aby opowiedzieć uczestnikom BBM o Krakowskim Festiwalu Grozy KFASON, który jest moim dzieckiem ukochanym 🙂

zdj. Ewa Nowak-Banach

Wydarzenie Blog Book Meeting było bardzo dobrze zorganizowane, poza wspomnianymi punktami programu, na terenie Serca Metropolii (miejsce, w którym odbywał się BBM) swoje stoisko miała Księgarnia Dopełniacz (https://www.facebook.com/KsiegarniaDopelniacz/) a także można było zakupić cudowne ubranko na książkę u Stylowej Książki (https://www.facebook.com/StylowaKsiazka/).

zdj. Grzegorz Kopiec

Dla mnie Blog Book Meeting był również świetną okazją do spotkania z autorem Grzegorzem Kopcem i jego żoną, Arlettą, a także na poznaniu się w końcu na żywo z przedstawicielką Alicya.pl  <3

Polecam wydarzenie z całego serducha i jeśli czas i możliwości pozwolą, chętnie wybiorę się na kolejną edycję!

 

ORGANIZATORKI:
Katarzyna Bieńkowska – Poligon Domowy
Beata Skrzypczyk – Opowiemci
Malwina Paś-Myszka – Zakątek czytelniczy
Katarzyna Serafin – Słowny świat Serafina
PARTNERZY:
Wydawnictwo Vesper
Serce Metropolii
Ewa Nowak-Banach – Nolijka –
SPONSORZY:
Wydawnictwo Nasza Księgarnia
Wydawnictwo Egmont
Księgarnia Dopełniacz
Pracownia Uszyte
Postinpocket
SuperMemoWorld
Wydawnictwo Entliczek
Zdrapki Krropki

Magdalena Kałużyńska: „Chciałabym napisać taki horror, żeby czytelnikowi majtki spadły”

Magdalena Paluch: Magdaleno, przyznasz, że trochę miesięcy upłynęło, zanim nadeszła Twoja kolej na przepytanie Cię w ramach akcji Groza jest kobietą. Biję się mocno w pierś z tego powodu, ale na szczęście mamy ze sobą stały kontakt, więc wiesz, co u mnie i dlaczego tak się obsunęło było wszystko. Czy z perspektywy czasu jesteś w stanie powiedzieć, czy projekt ten wniósł coś do świadomości czytelników, czy raczej był totalnie zbędny i nadal nikt nie będzie kojarzył Magdy Kałużyńskiej, Izy Szolc, Joasi Pypłacz i wszystkich pozostałych autorek, z którymi miałam przyjemność rozmawiać do tej pory?

Magdalena Kałużyńska: Po pierwsze: nigdy nie bij się w pierś, gdyż nie po to jest owa. Po drugie: powiem szczerze, bo inaczej nie umiem, jak widzę projekt Groza jest kobietą. Takoż mówię, co następuje: Tobie się należą główne propsy za chęci promocji kobiet piszących grozę w Polsce. Bo Tobie się chciało zorganizować taką akcję, opracować wywiady Ci się chciało, powinnam zacząć od początku i chronologicznie, że to Ty wyszłaś z inicjatywą, to na Twojej Grozowni wywiady opublikowałaś, to Ty wzięłaś sobie za punkt honoru, żeby pokazać światu kobiety piszące grozę i horrory albo temu światu owe niewiasty przypomnieć. Także uważam, że nie ma takiej siły we Wszechświecie, nie ma takiej fizycznej możliwości, żeby projekt Groza jest kobietą okazał się niewypałem, czy też nic nie wniósł do świadomości kogokolwiek. A skoro ten projekt jest od początku do końca Twój, bo jest, to w ogóle sobie nie wyobrażam możliwości jakichkolwiek pretensji odnośnie czegoś takiego jak obsunięcia czasowe. Równie dobrze mogłaś publikować wywiad co miesiąc albo co kwartał. Twoja wolna wola i skrzypce. Także tak to widzę. I jeszcze widzę inne kwestie, a mianowicie: zwieńczeniem wywiadów mogłaby być rozmowa z Tobą, na przykład przeprowadzona przeze mnie. A że nie mam strony www ani blogaska, pozostaje jakoś ogarnąć rozmowę z Tobą w krwawym podkaście. Co Ty na to? Hm? Hmmmmm?Continue reading →

Premiera: „Pierwsza krew” Cedric Sire

Dziś swoją premierę ma książka Cedrica Sire’a „Pierwsza krew” (Wydawnictwo Dragon). Grozownia jest patronem medialnym powieści.

Opis:
To, co przeżyliśmy w dzieciństwie, zostaje w nas najgłębiej… Zwłaszcza strach…

W mroźną zimową noc na przedmieściach Paryża znany przestępca zostaje spalony żywcem we własnym mieszkaniu. Zbrodnia nie przypomina jednak mafijnych porachunków…  Eva Svärta, białowłosa policjantka rozpoczyna niełatwe śledztwo, mając do dyspozycji tylko kilka mętnych poszlak. Tymczasem przeszłość zaczyna upominać się o swoje. Ogarnięta obsesją odnalezienia mordercy swojej matki i siostry bliźniaczki policjantka musi znów stanąć twarzą w twarz z potwornością, którą trudno sobie nawet wyobrazić… Czy uda jej się rozwikłać zagadkę tajemniczej śmierci w płomieniach? Kim jest człowiek, który zamordował jej rodzinę?

Poniżej możecie przeczytać pierwszy rozdział. Tak na zachętę 😉

 

Krwawa Kałuża, odc. 15

Piętnasta Krwawa Kałuża zawiera, między innym, poniższe kwestie:
– Co słonko widziało, czyli dlaczego niekiedy polski Helołin to Smutnołin,
– Urodzinowe życzenia dla Grozowni w formie hardkorowego wykonu osobistego utworu słowno-muzycznego,
– Życzenia urodzinowe dla Grozowni w formie słownej typowej,
– Dywagacje na temat polskiego serialu Wiedźmin, filmu polskiego kinowego pt. Wiedźmin oraz Wiedźmina netflixowego,
– Listy do redakcji, czyli w tym przypadku do mnie,
– Rozkmina, czy jak zwać, odnośnie zapowiedzi, że rok 2020 jest rokiem Wiedźmy.
I to tyle, dwa gile.
Niech Wam ziemia lekką będzie, a trawa zieloną.
AVE oraz DNR (starożytna siema oraz do następnego razu…)

„Słowiański horror”, antologia

Słowiański horror to czwarta z kolei antologia z cyklu zapoczątkowanego przez Macieja Szymczaka we współpracy z wydawnictwem Horror Masakra, a pierwsza, w tworzeniu której nie brałam czynnego udziału ani jako korektor, ani jako autor. Tym bardziej ucieszyła mnie propozycja zrecenzowania zbioru i z ciekawością sięgnęłam po tę pozycję.
Niestety, muszę stwierdzić, że nadając zbiorowi tytuł Słowiański horror, wydawca strzelił sobie w stopę, gdyż czytelnik, sięgając po książkę, oczekuje kwintesencji tego, co było w poprzednich antologiach (dla przypomnienia: Krew zapomnianych bogów, Słowiańskie koszmary, Licho nie śpi). Tego nie otrzyma. Nie jest to stricte horror, raczej fantastyka z domieszką grozy, a wiedza niektórych autorów dotycząca Słowian wydaje się czasem bardziej niż pobieżna.
Czytelnik dostanie kilkanaście opowiadań i wierszy, jednych lepszych, innych gorszych, ale wszystkich wciągających i godnych uwagi.
Spośród autorów opowiadań znałam jedynie Macieja Szymczaka i Tomasza Siwca i ich twórczość, i z pewnym zaskoczeniem przyjęłam fakt, że antologii nie tworzyli w głównej mierze debiutanci, ale pisarze z pewnym dorobkiem. Podczas lektury miałam wrażenie, że na kartach książki spotykam się z pisarzami początkującymi, z niewyrobionym jeszcze stylem, ale z fantastycznymi pomysłami. Każde z przeczytanych przeze mnie opowiadań ma potencjał, a przy odrobinie pracy autora mogłoby stać się perełką. Obroniły się opowiadania, których akcja toczy się współcześnie, natomiast te, których fabuła została przeniesiona w przeszłość – a zwłaszcza gdy autorzy zdecydowali się na zabieg stylizacji językowej, mający z założenia wzbogacić opowieść – obnażały niedoskonałości warsztatowe autora. Ponadto pewnych wyrażeń użyto w nieodpowiednim znaczeniu. Dla przykładu: białogłowa (kobieta zamężna) nie jest synonimem niewiasty (kobiety nieznającej męża), choć w późniejszych czasach zaczęto te określenia traktować zamiennie. Dziatki to nie to samo co dziadki, a połóg nie jest odpowiednikiem porodu. Raziło, naprawdę, szczególnie że nie uznaję się za osobę obeznaną ani w słowiańskich wierzeniach, ani w epokowym słownictwie.
Ale skupmy się na dobrych stronach antologii.
Niekwestionowanym numerem jeden zbioru jest dla mnie Pieniacz Jacka Pelczara. Autor zgrabnie, z wprawą prowadził narrację, nie zamieszczając niepotrzebnych udziwnień językowych, dozując napięcie w odpowiednich momentach. Sama historia jest więcej niż ciekawa i warto było przeczytać całą antologię, by móc uraczyć się tym właśnie opowiadaniem.
Na uwagę zasługują również opowiadania Marka Kwietniewskiego Żywy Ogień i Aleksandry Kozioł Jak było, choć tutaj miałabym trochę uwag warsztatowych. Tak naprawdę nie mogę wymienić ani jednego opowiadania, które od początku do końca okazałoby się kiepskie czy warto je sobie odpuścić. Treść każdego jest interesująca, należałoby jedynie popracować nad formą.
Antologię wieńczy poezja Łukasza Szczygło. W udany, pełen refleksji sposób autor zapoznaje nas ze słowiańską historią i wierzeniami. Moją uwagę przykuł Kruk, zupełnie odróżniający się od pozostałych wierszy i w który według mnie poeta włożył najwięcej pracy. Opłacało się.
Podsumowując, Słowiański horror to antologia, mimo że trzymająca się motywu przewodniego, czyli słowiańskich wierzeń, dość różnorodna. To dobry towarzysz długich, zimowych nocy, kiedy sen nie nadchodzi. Co prawda noc spędzona z tą książka nadal pozostanie bezsenna, ale już nie tak długa.


Anna Musiałowicz – z wykształcenia pedagog-resocjalizator, aktualnie pracuje jako manager w prywatnej firmie. Z natury włóczykij. W chwilach wolnych od obowiązków rodzinnych i zawodowych grywa w szachy, nawiedza zamki, rysuje, gdzie popadnie i co popadnie, zazwyczaj słucha heavy metalu i rocka, czyta głównie fantasy. Z zamiłowania pisarka. Jako autor debiutowała w marcu 2016 roku. Całym sercem oddana Wydawnictwu Dom Horroru, gdzie działa jako redaktor i korektor od początku jego istnienia, co wcale nie przeszkadza jej na „skoki w bok” z innymi wydawnictwami. Jej opowiadania i drabble zostały opublikowane w magazynach i antologiach związanych z literaturą grozy i podręcznikach RPG.

„Annabelle wraca do domu”, reż. Gary Dauberman

Do uniwersum Obecności dołączyła niedawno trzecia odsłona Annabelle. Za kamerą stanął debiutant, Gary Dauberman, autor scenariuszy do dwóch poprzednich części, a także współtwórca scenariusza bardzo dobrze przyjętej adaptacji To z 2017. Temat i gatunek nie były mu więc obce.

Akcja ostatniej części przenosi nas do czasu, w którym Ed i Lorraine Warrenowie przywożą tytułową lalkę do domu i umieszczają ją w zamknięciu – jakby się mogło wydawać – w bezpiecznym miejscu. Niestety pod nieobecność Warrenów zło wydostaje się na wolność.

Bohaterowie filmu (córka Warrenów, Judy wraz z przyjaciółmi) starają się jak mogą, by przetrwać nierówną walkę z demonem. Są przy tym wiarygodni, czasem naiwni w swych pomysłach, a co za tym idzie – zabawni. Nie zmienia to jednak faktu, że mamy do czynienia z horrorem, a humorystyczne elementy dodają tylko filmowi uroku.

Film Daubermana jako kompilacja postaci, klimatu i rozwiązań fabularnych rodem z epoki VHS wypada całkiem dobrze. Reżyser potrafi bawić się z widzem, strasząc nie zawsze tam, gdzie się tego spodziewamy. Gorzej, kiedy robi to przez montaż i dźwięki, czyli tak zwane jump scare’y, na szczęście nie jest to zbyt nachalne.

Annabelle wraca do domu nie jest tak dobra, jak część druga, niemniej jest to nadal przyzwoite kino, które, choć nie wybija się niczym szczególnym, nie pozostawia niesmaku. A to już bardzo dużo.

 

Izabela Szolc: „Odnoszę wrażenie, że w dzisiejszych czasach zaszufladkowanie to błogosławieństwo”

Magdalena Paluch: Cześć, Iza! Bardzo dziękuję, że zgodziłaś się na wzięcie udziału w cyklu wywiadów Groza jest kobietą. Zdaję sobie sprawę, że cała akcja miała się skończyć ciut wcześniej, ale nie ma co płakać nad rozlanym mlekiem. Najważniejsze, że nasza rozmowa nareszcie ujrzy światło dzienne.
„Groza jest kobietą” – to hasło nie jest Ci obce, bo kilka lat temu, podczas 3. edycji Krakowskiego Festiwalu Grozy KFASON wzięłaś udział w panelu dyskusyjnym o tej samej nazwie. Czy jesteś w stanie powiedzieć, co w tej literackiej grozie kobiecej zmieniło się od tamtego czasu?

Izabela Szolc: Ja ze swojej gawry jaśniej widzę kobiety, kształtujące ten gatunek. I to jest bardzo dobre. A skoro ja je widzę, będąc na marginesie, to oznacza, że jeszcze lepiej są dostrzegane z centrum, o ile tego centrum jeszcze nie kształtują. To oznacza, że robota została dobrze wykonana. Dobrze wykonana robota to powód do dumy i potencjalna możliwość osiągnięcia kolejnego pułapu rozwoju. Ze swojej strony mogę powiedzieć, że zaproszenie na Kfason i cała inicjatywa otagowana Groza jest kobietą jest dla mnie istotna i niewątpliwie dla innych pisarek też. Dało mi to sporo przyjemności, a wciąż daje wiedzę.

MP: Jesteś najstarszą stażem autorką zaproszoną do mojego projektu. Chciałam zapytać, o Twoje początki z pisaniem? Kiedy Iza Szolc pomyślała sobie: „Zostanę pisarką, napiszę książkę”?

ISz: Miałam dwanaście lat. Zmieniała się rzeczywistość. Zastanawiałam się, co mogą zagwarantować mi rodzice, a czego nie dadzą już rady, przy pikującej sytuacji finansowej. Wzięłam pod uwagę wyjściowe umiejętności, niektóre z nich mogłam rozwinąć pracując w pojedynkę, do innych potrzebowałabym certyfikacji. Nie zostałam bakteriologiem ani psychiatrą, bo to wymagało czasu i dochodów, o których wiedziałam, że nie będę nimi dysponować. Zostałam pisarzem.

MP: Nie jesteś autorką, która kurczowo trzyma się jednego gatunku. Groza, fantastyka, kryminał, obyczaj, romans. Skąd taki pomysł na różnorodność? Boisz się zaszufladkowania?

ISz: Odnoszę wrażenie, że w dzisiejszych czasach zaszufladkowanie to błogosławieństwo. A różnorodność brała się z trzech rzeczy. Pierwsza z nich to wyzwanie. Czy dam radę? Druga rzecz: ciekawość. Czy poradzę sobie z daną materią dramatyczną? Trzecia rzecz: rachunki. Jak dostajesz zlecenie, a nie masz pieniędzy, to je bierzesz.

MP: Książki którego gatunku pisze Ci się najszybciej/ najłatwiej?

ISz:  To jest taki rodzaj rankingu, nad którym ja się już nie zastanawiam. Masz jakieś wyrobione umiejętności i z nich korzystasz. Możesz powiedzieć, że pewne tematy są dla ciebie bardziej inspirujące, ale to niekoniecznie oznacza, że praca nad nimi będzie łatwiejsza. Co zaś do szybkości, to to zależy od ogólnej formy w jakiej się znajdujesz. I od formy ludzi, którzy cię otaczają. Koncentrujesz się, czy musisz gasić małe pożary wokół siebie.

MP: A czy któraś z dotychczas napisanych przez Ciebie powieści jest Ci szczególnie bliska?

ISz: Siostry, wydana w 2012 roku przez sopocki „Smak Słowa”. Jestem z niej najbardziej zadowolona jako pisarka. To była czysta przyjemność: pisanie jej. A nawet więcej: czysta przyjemność w bardzo trudnych czasach.

MP: Wróćmy na chwilę do Twoich powieści grozy: Opętanie i Żona rzeźnika. W pierwszej, jak sam tytuł na to wskazuje, znajdziemy motyw opętania, w drugiej – kanibalizm. Obie powieści są bardzo klimatyczne, ale też trudne w odbiorze. Oznacza to, że dają do myślenia i nie służą tylko i wyłącznie rozrywce. Dlaczego akurat poruszyłaś takie tematy?

ISz: Zastanawiałam się, jak ludzie radzą sobie ze swoim człowieczeństwem. Tygrys raczej nie spędza dni, rozważając, na czym polega istota bycia tygrysem. Czy ten stan, to przyrodzenie mu się podoba czy nie? Z jednej strony religia, z drugiej perwersja pozwalają niektórym z nas funkcjonować. Opętanie jest książką o religii, Żona rzeźnika książką o perwersji. Oczywiście, obie są też w jakimś stopniu historiami o miłości, bo bohaterowie tła bardzo mocno kochają, a miłość to stan, który zwalnia nas z myślenia.

MP: Masz na swoim koncie współpracę w duecie (autorka napisała trzy książki wspólnie z Adrianną Michalewską – przyp. MP). Czy chciałabyś jeszcze kiedyś napisać książkę z innym autorem/ autorką, czy jednak wolisz pracę indywidualną?

ISz: Gdybym się miała kierować końcówką mojej współpracy z Adrianną Michalewską, to już nikt nigdy by mnie do duetu nie namówił. A ja nie wykluczam możliwości pracy z drugą osobą, choć tym razem raczej nie zdecyduję się na pisanie z kimś bez istotnego dorobku, kierując się tylko uznaniem dla domniemanej pracy teoretycznej (Adrianna Michalewska ma doktorat z literatury popularnej). Kolejną rzeczą, na którą ewentualnie zwrócę uwagę, to podobieństwa społeczne, nawet te obyczajowe, przekonania. W Przeminęło z wiatrem pada takie zdanie: „łączyć się ze sobą powinni ludzie podobni”. Ono rzecz jasna dotyczy małżeństwa, ale przy dłuższym procesie pisania także sprawdza się jak ulał. Przyciąganie się przeciwieństw jest interesujące na krótką metę. I z reguły dotyczy tylko seksu.

MP: Czy uważasz, że pisząc pod męskim pseudonimem, Twoje książki cieszyłyby się większą popularnością wśród czytelników?

ISz: Tak. Wciąż kobiety są oceniane ostrzej. U pisarek nie ocenia się tylko ich umiejętności zawodowych, ale wygląd, umiejętności społeczne i postawę. Nieprzypadkowo powieści sprzedaje się teraz nadmuchanymi anegdotami o macierzyństwie lub motywuje się swoje decyzje pisarskie chęcią ochrony rodziny. Tak doradzają działy PR: masz być „swoja”, a nie „dzika”. W dodatku wciąż pokutuje przekonanie, że kobiety koncentrują się na błahych tematach, uciekając od problemów rzeczywiście istotnych. Cóż, przynajmniej w swoich myślach jestem starym bernardynem (samcem), który pognał za dzikim królikiem… To daje swobodę.

MP: Gdybyś mogła cofnąć czas, której powieści/ tekstu nigdy byś nie napisała?

ISz: Może nie zaśpiewam donośnym głosem: „nie, niczego nie żałuję”, ale nie zastanawiam się nad rzeczami minionymi. Dokonywałam najlepszego wyboru, jaki był możliwy w tamtych okolicznościach. I nadal będę tak robić. Życie to zrewiduje.

MP: Czy czujesz się związana ze środowiskiem grozy?

ISz: Jakkolwiek może to źle zabrzmieć, ja nie czuję się związana z żadnym środowiskiem. Środowisko  tworzą ludzie, a moje umiejętności komunikacyjne i kompetencje społeczne nie są najlepsze, choć na pewno lepsze niż przed laty. Wiedząc o tym, po prostu się nie wiążę. A najprawdopodobniej – nie potrafię. Ale cieszy mnie, że środowisko grozy istnieje. Bo to niezwykle istotny gatunek. Taki, który daje nam najsilniejsze emocjonalne rozładowanie. Horrory należałoby zapisywać na receptę. Starożytni Grecy o tym wiedzieli, naciskając na rytualne katharsis w swojej kulturze dramatu.

MP: Jesteś kobietą-orkiestrą: autorka, modelka, obrończyni zwierząt, redaktorka, nawet miałaś romans z aktorstwem. Skąd ta potrzeba życia na wysokich obrotach i próbowania go?

ISz: Jeśli czuję jakąś aktualną potrzebę, to staram się ją zaspokoić. Nie przewiduję, że Pan Bóg da mi repetę. A kompletnie nie wierzę w zamienniki erzace. Oczywiście ma to swoją cenę. Przede wszystkim społeczną. Ale ja się godzę z tym warunkiem. Mówi się, że najcenniejsze rzeczy są za darmo, ja uważam, że jest zupełnie na odwrót.

MP: Nad czym obecnie pracujesz?

ISz:  Tutaj nic się nie zmieniło: nadal nie rozmawiam o rzeczach, nad którymi aktualnie pracuję. To jeden, możliwe, że ostatni pisarski przesąd, który pozostał mi z czasów, kiedy moja praca wymagała tej odrobiny magii.

MP: Czym zajmujesz się na co dzień?

ISz: Pisaniem i czytaniem. Oglądaniem filmów i seriali. Lubię też zapaść się w fotel i przemyśleć to i owo. Nawet jakby miało to ostatecznie być jałowe.

MP: O czym marzy Izabela Szolc – autorka?

ISz: Nigdy o niczym nie marzyłam. I zdaję sobie sprawę, że to jest rodzaj upośledzenia. Cieszę się, że po latach prób udało mi się znaleźć odpowiedni balans na linii życia. I dobrze by było go jak najdłużej utrzymać.

MP: Zatem mocno trzymam kciuki za jak najdłuższe utrzymanie tego balansu i dziękuję za rozmowę!


zdj. Sebastian Komicz

 Izabela Szolc – autorka powieści i zbiorów opowiadań: Śmierć w hotelu Haffner (2015), Żona rzeźnika (2013), Siostry (2012), Strzeż się psa. Psi kryminał (2011), Martwy punkt (2010), Naga (2010), Cichy zabójca (2008), Ciotka Małych Dziewczynek (2007), Połowa nocy (2005), Opętanie (2004), Jehannette (2004), Lęk wysokości (2004), Hebanowy świat (2003), Wszystkiego najlepszego (2003). Poza tym jej opowiadania ukazały się w szeregu antologii i magazynów literackich. Współpracuje także z innymi autorami przy projektach powieściowych na podstawie własnej koncepcji oraz publikuje pod pseudonimem. Powieść Żona rzeźnika była nominowana do „The ANGELUS Central European Literature Award”. Została „Najlepszą Książką Roku 2013” w kategorii „literatura piękna” Granice.pl (wybór krytyków). Opowiadanie Watykan (druk 1997 – „Nowy Talizman”) uhonorowane przedrukiem w kultowej antologii opowiadań z całego świata wprowadzających w nowe tysiąclecie -„Vatican“ w „Reptilienliebe.” Internationale Science Fiction Stories herausgegeben von Wolfgang Jeschke, Wilhelm Heyne Verlag, München 2001. Opowiadanie Latarnia Heaven było nominowane do „Srebrnego Globu 98”, Nagrody Polskich Pisarzy SF i Fantasy. Serial „Niebo” na podstawie tego opowiadania wygrał I edycję NOS TVP w kategorii „Wieczorny serial sensacyjny”.

 

 

Lars Simon „Lennart Malmkvist i osobliwy mops Buri Bolmena” – zapowiedź

14 listopada nakładem wydawnictwa INITIUM ukaże się powieść Larsa Simona zatytułowana Lennart Malmkvist i osobliwy mops Buri Bolmena – lekka komedia będąca fenomenalną historią o magii oraz gadającym, wyjątkowo sarkastycznym mopsie w roli głównej. Powieść zdecydowanie inna niż wszystkie, której absolutnie nie można przegapić! Pełna zabawnych tekstów, które mają szansę stać się kultowymi, a także zaskakujących zwrotów akcji.

Opis książki:
W życiu odnoszącego sukcesy młodego konsultanta, Lennarta Malmkvista, zaczynają się dziać się dziwne rzeczy. Prześladuje go kataryniarz w czerwonym fraku i pogniecionym cylindrze, i to nie tylko za dnia, ale również w snach. Na jakiś czas traci mowę, co skutkuje natychmiastowym zwolnieniem z pracy, a wreszcie dziwaczny sąsiad, stary Buri Bolmen, zapisuje mu w spadku sklep z magicznymi przedmiotami i śmiesznymi gadżetami oraz humorzastego mopsa. Wszystko to jest dość dziwne, ale będzie jeszcze dziwniej. Podczas pewnej burzy mops Bölthorn zaczyna mówić – twierdzi, że Lennart jest wybranym. Musi zaakceptować swoje magiczne dziedzictwo i wyjaśnić, kto zamordował Buriego. Morderstwo? Magiczne dziedzictwo? Gadający pies? Lennart wyobraża już sobie siebie na sofie u terapeuty… Na koniec okazuje się jednak, że Bölthorn ma rację, i że chodzi o coś znacznie większego niż zwykła magia.

A dla zainteresowanych wrzucam fragment powieści:
http://bit.ly/LennartMalmkvist-fragment