„Detektyw kaczka i jego paczka. Tajemnica Ducha Młyna”, Boguś Janiszewski (il. Artur Nowicki)

Kiedy od tylu lat siedzi się w literackiej grozie jak ja, pierwszym co pojawia się na myśl: „kaczki”, jest nowelka (animal horror) Tomasza Siwca pt. Mordercze kaczki (pewien autor, który zrobił sobie przerwę od pisania, też popełnił historię z motywem kaczek, a ściślej o duckf**kerze, ale wspominam o niej tylko dlatego, by nie zarzucono mi, że pominęłam ;)). Ale kiedy zaczęłam się głębiej zastanawiać nad kaczymi bohaterami, z którymi miałam okazję się zetknąć – czy to w słowie pisanym, czy obrazkowym – to należą do nich Kaczor Donald, Kaczor Duffy, Kaczor Howard i Hrabia Kaczula 😀 To nie tylko jedne z najbardziej popularnych, kaczych, postaci w popkulturze, ale i jedne z tych, które darzę ogromnym sentymentem. Ostatnio do tej kaczej bandy dołączył piąty osobnik, a jest nim kaczor Bernard „Benek” – bohater książki Detektyw kaczka i jego paczka. Tajemnica Ducha Młyna, której autorem jest Boguś Janiszewski.

Tak się składa, że książkę przeczytałam w autobusie. Tak, w autobusie, kiedy jechałam odwiedzić tatę w szpitalu. Oczywiście miałam ze sobą kindelka, ale jakoś tak przed samym wyjściem z domu, zgarnęłam do plecaka Detektywa kaczkę i słuchajcie – to była najlepsza spontaniczna decyzja w tym dniu. Raz, że lektura wzbudzała zainteresowanie współpasażerów (taka stara, a takie książki czyta i na dodatek co jakiś czas podczas tego czytania parska śmiechem), a dwa, pomogła mi się odprężyć i zapomnieć choć na chwilę o trudnej codzienności. A jakie plusy Detektywa kaczki znajdą w trakcie lektury dzieci? Zaraz je Wam wymienię, ale najpierw, pokrótce, powiem, o czym jest książka.

W Bydgoszczy niespodziewania zjawia się duch… Taki z tych – lekko mówiąc – upierdliwych. Krąży w okolicy Młynów Rothera i coraz częściej niepokoi mieszkańców listownymi pogróżkami. Mimo że na początku trochę się ociągał, Kaczor „Benek” wraz z wiewiórką Tosią zaczynają węszyć w tej dziwnej sprawie, a co wywęszyli?… Tego dowiecie się, sięgając po książkę Detektyw Kaczka i jego paczka. Tajemnica Ducha Młyna.

Zatem co sprawi, że dzieciaki chętnie sięgną po ten tytuł? Przede wszystkim przyciągnie ich okładka – kolorowa ilustracja z głównymi bohaterami „Benkiem” i Tosią oraz gołębiem historykiem, Antonim – której twórcą jest Artur Nowicki. Zresztą cała książka zawiera świetne ilustracje, mocno komiksowe (a propos forma komiksu też się w tej książce pojawia, co uważam za niesamowity plus, bo jednak dzieciaki lubią, gdy jest kolorowo i dynamicznie, a to właśnie w tym wypadku robią wstawki komiksowe – nadają fabule dynamiki) i uwaga – są na każdej stronie! Wielki ukłon w stronę pana Nowickiego za ogrom pracy, którą włożył w powstanie tego tytułu.

Pozostając jeszcze w klimacie graficznym – w książce znajdziecie również zapiski „Benka” w formie notatek, które pomagają mu w śledztwie (bo jednak zapisywanie myśli zwykle je porządkuje), ale też często na marginesie pojawiają się zapiski typu: „W Ślimaku promka do jutra na żabi skrzek”. Mamy też listy ducha zapisane odręcznie, mamy świetną mapkę miasta, co ułatwia młodemu czytelnikowi dotrzymanie kroku „Benkowi” i znajdowanie na niej miejsc, do których udał się bądź uda nasz bohater.

Sama historia jest niezwykle przyjemna, posiada duży dreszczyk emocji, jest motyw ducha, co wzbudza podekscytowanie i na początku lektury zostawia czytelnika z pytaniem: „czy to prawdziwy duch”? No ja Wam tego nie powiem, mimo że już wszystko wiem 😉 Bohaterowie są charyzmatyczni i charakterystyczni – czasem nawet bardzo! (Oczywiście moja ukochana ekipa to ta kocia. Nie chcecie wiedzieć, co koty wyprawiają po kocimiętce… Nie chcecie :))) Sama intryga zaś jest poprowadzona ciekawie, czasem krętymi ścieżkami, ale ostatecznie prowadzi do szczęśliwego (?) końca.

Pamiętacie, że akcja książki dzieje się w Bydgoszczy? Jedna z postaci posługuje się gwarą bydgoską, co bardzo fajnie podkreśla klimat (spokojnie, są też przypisy oraz jest i słowniczek, który wyjaśnia wszystkie trudne słowa – co też jest ogromnym plusem książki) całej historii, a jednocześnie jest wizytówką miasta, w którym działają nasi bohaterowie.

Co widzę ja, jako mama, w tej książce poza świetnie zarysowaną opowieścią kryminalną z dużą dozą humoru i dobrze wykreowanymi bohaterami? Otóż widzę tu dużą zachętę do odwiedzenia Bydgoszczy, zwiedzenia wraz z dzieckiem tego miasta, a zwłaszcza miejsc, w których bywali „Benek” i Tosia. Myślę, że dzięki tej książce wycieczka w kujawsko-pomorskie rejony wypadnie satysfakcjonująco, a przede wszystkim atrakcyjnie – zwłaszcza dla małego turysty.

Podsumowując, Detektyw kaczka i jego paczka. Tajemnica Ducha Młyna to spora dawka przygody, kryminału i humoru nie tylko dla małych odkrywców. Serdecznie polecam i czekam na kolejnego przygody kaczora „Benka” i jego ekipy.

„Płachytka”, Anna Musiałowicz

Anna Musiałowicz to autorka, z książkami której jestem na bieżąco (kiedyś tak miałam z książkami Stephena Kinga, a teraz – proszę – ostatnią mam totalnie w plecy!). Pamiętam jej początki na rynku wydawniczym, kiedy nieśmiało stawiała kroki ku nowej przygodzie, jaką było pisanie. Pamiętam tę niepewność podczas naszych prywatnych rozmów: czy ktoś to będzie chciał czytać? Jak widać TAK, skoro miesiąc temu ukazała się kolejna już książka autorki pt. Płachytka.

Kiedy tak zastanawiałam się nad moim podejściem do powieści Ani Musiałowicz, to wydaje mi się, że odkąd jestem mamą, zmieniło się ono diametralnie. Skąd takie wnioski? Ano stąd, że autorka już wcześniej opowiadała historie czy to mamy z synem (Kuklany las, Wyrzuciła ją rzeka), czy taką, której bohaterkami są dziewczynki (Diabeł zza okna, Śnieg jeszcze czysty), a jednak żadna (serio, żadna! A przecież pozostałe książki Ani również wywołują gęsią skórkę podczas czytania i są niezwykle klimatyczne) nie poruszyła mnie tak bardzo i nie przestraszyła tak bardzo, jak wspomniana już przeze mnie Płachytka.

Bohaterką powieści jest Ewa, która wraz z mężem i dwiema córeczkami przeprowadza się do miasta. Tak się składa, że na jej drodze los stawia dawno niewidzianą znajomą jej matki, która z czasem staje się przyjaciółką rodziny i nieocenionym wsparciem w trudnej sytuacji, w jakiej znajdzie się Ewa. A żeby podkreślić grozę sytuacji, mężem nowej znajomej jest Radosław Skowronek, człowiek, który w młodości zmierzył się z niewyobrażalną tragedią spowodowaną przez płachytki – „istoty zwiastujące chorobę i śmierć”. Podczas spotkania obu rodzin do Skowronka powracają wspomnienia sprzed lat z powodu płachytki, którą widzi tylko on i którą otulona została Ewa. Zaraz po tym Ewa i jej córeczki podupadają na zdrowiu, a staruszek znając przyczynę choroby dziewczyn, zaczyna walkę z czasem i postanawia stawić czoła przeszłości.

Powiem Wam, że bardzo trudno jest pisać o powieści, która tak mocno mnie poruszyła. Tak naprawdę żadne słowa nie są w stanie oddać tych emocji, które towarzyszyły mi podczas lektury Płachytki. Myślę, że przede wszystkim dlatego, że bez trudu mogłam utożsamić się z główną bohaterką. Czuć całą sobą wszystko to, co czuła Ewa, zarówno kiedy spotyka po latach Marię Skowronek czy gdy zderza się z wrogim zachowaniem jej męża. I te momenty bezradności, kiedy nasza bohaterka zapada na zagadkową chorobę. Ale chyba najbardziej niepokoiły mnie opisy wwiercającego się w czaszkę, panicznego strachu o dziewczynki, o ich zdrowie. Ten histeryczny lęk przed śmiercią ukochanych dzieci… Chyba te fragmenty najbardziej powaliły mnie na łopatki. Autorka pisze o tym tak dosłownie, tak szczerze, tak od… serca, że nie sposób uciec od tych trudnych emocji. Nie raz łapałam się na tym, że wstrzymuję oddech w trakcie czytania książki, bojąc się, co mnie zastanie na kolejnej stronie powieści i wierząc, że jednak wszystko będzie dobrze. Czy było?… To już musicie sprawdzić sami, sięgając po Płachytkę.

Jak już wspomniałam, ogromną rolę w całej tej opowieści ma Skowronek. Staruszek, na którego drodze lata temu stanęła płachytka, doprowadzając do tragedii. W powieści, równolegle z wydarzeniami dziejącymi się w domu Ewy, cofamy się do czasów PRL-u i młodości naszego bohatera, co pozwala poznać nam jego historię i to, co złego mu się przydarzyło w życiu. To bardzo ważna część opowieści, która wyjaśnia motywy działania Skowronka – to raz, a dwa – jest równie przejmująca i bogata w takie wydarzenia, że… ja na jego miejscu już dawno wąchałabym kwiatki od spodu… Historia Skowronka pokazuje nam również, jak silny i zdeterminowany jest ten mężczyzna, mimo iż sprawia wrażenie zupełnie zwyczajnego, a nawet gburowatego starszego pana.

Poza ogromną dawką różnorodnych emocji, ale takich silnych, które trafiają mocno w serducho, wpleciony do powieści został motyw słowiańskich wierzeń, czyli tytułowa płachytka. Podoba mi się ten zabieg, kiedy coś, w co wierzono dawniej, przypomina o sobie we współczesności. To trochę taki prztyczek w nos dla nas, którzy w pogoni za (i tu każdy z Was niech sobie wpisze, za czym wciąż pędzi bez tchu) zapominamy, że być może jest gdzieś obok nas ten drugi świat. Przestaliśmy być uważni, a nasilający się kaszel czy ogromne osłabienie, wręcz ociężałość tłumaczymy zmęczeniem… A jeśli to COŚ innego?…

(W ogóle motyw płachytki, która przytula się do człowieka, która siada na jego barkach, osacza skojarzył mi się z japońskim filmem Shutter-Widmo. Jeśli nie widzieliście, polecam!).

Poza motywami słowiańskimi, poza ogromną dawką emocji, autorka ukazuje również złożoność relacji, zwłaszcza relacji w rodzinie. Kiedy zaczyna dziać się źle, dopiero wtedy widzimy – my i zapewne sama bohaterka – że tak naprawdę z całą sytuacją (poza małymi wyjątkami) Ewa musi sobie radzić sama. Że w sytuacji podbramkowej ta druga osoba sobie nie poradziła, uciekając w obowiązki zawodowe. Myślę, że wiele kobiet może się w tym wątku odnaleźć. Zresztą ten motyw (strach przed odpowiedzialnością) nadaje jeszcze większej dynamiki w powieści. Bezradność, osamotnienie, obezwładniający strach o życie dzieci… Groza w czystej postaci! Choć tak naprawdę grozą nie jest.

I jeszcze na koniec dodam, że po tylu latach od debiutu autorka wypracowała sobie swój własny, charakterystyczny styl opowiadania historii. Znów wrócę do początku tej opinii i powiem, że to samo mam z Kingiem. Kiedy zaczynam czytać jego powieść, od pierwszych zdań WIEM, że to jego tekst. W przypadku Anny Musiałowicz mam podobnie. Gdyby nikt mi nie powiedział, że Płachytkę napisała Ania, rozpoznałabym ją po pierwszych zdaniach 🙂

Podsumowując, powtórzę to, co napisałam już w dniu premiery książki: Płachytkę przeczytałam z wypiekami na twarzy i – w moim subiektywnym odczuciu – jest to najlepsza powieść autorki.

Serdecznie polecam!

„Fretka z Doliny Czarodziejek”, Ewa Nowak-Banach

Zapewne większość z Was, jako dzieci, marzyła o posiadaniu pieska, kotka czy też innego futrzaka. Z doświadczenia wiem, że nie jest łatwo przekonać rodziców, by spełnili nasze marzenie, ale nie jest to niemożliwe. W moim przypadku to trochę było spowodowane tym, że jako człowiek-alergik, uczulony na sierść psią/kocią, nie byłam najlepszą kandydatką do posiadania zwierzątka (był taki czas w mym dziecięctwie, że mocno chorowałam właśnie z powodu silnej alergii i mama bała się o moje zdrowie – i zapewne wywracała oczami – za każdym razem, gdy słyszała: „chciałabym kotka”). Na szczęście jakiś czas później mały kotek sam się wprosił do naszego domu i odczarował wszystkie lęki związane z moim samopoczuciem. Zresztą ci, którzy śledzą mój profil, wiedzą, że w domu – poza parą kocisk: Jerrym i Sis, mam jeszcze babuleńkę długouchą, królicę Lanę.

Z podobnym lękiem najbliższych czy wręcz niezrozumieniem spotyka się Lili, mała czarodziejka, w której łapki – dosłownie! – pewnego dnia wpada urocza fretka. Kiedy jej pozostałe siostry dowiadują się, że w ich domu zamieszkało czarno-białe zwierzątko, wcale nie były zadowolone. A że wszystkie dziewczynki są czarodziejkami, możecie się domyślić, że pewne ich zasady zostały naruszone w momencie, w którym fretka z nimi zamieszkała… Jednak pewnego dnia – ku rozpaczy Lili – stworzonko znika, a kiedy nasze bohaterki dowiadują się, kto za to zniknięcie odpowiada, bez zwłoki ruszają mu na ratunek!

Fretka z Doliny Czarodziejek to niezwykle baśniowa opowieść. Mamy czarodziejki, mamy magię i mamy… czarno-białą fretkę, która nie jest do końca tym, czym się wydaje. A całą historię podkreślają przepiękne malowane ilustracje Iwony Klimaszewskiej.

Jednak jest to przede wszystkim książka o tym, jak ważne są relacje z bliskimi, zwłaszcza z rodzeństwem, co nie raz bywa przecież bardzo trudne (jestem starszą siostrą, więc wiem, o czym mówię ;)); jak ważne jest ich wsparcie przede wszystkim wtedy, gdy jedno z nich wpada w kłopoty i potrzebuje pomocy.

Ewa Nowak-Banach porusza również temat odpowiedzialności za naszych braci mniejszych. Mimo że otula go szczyptą magii, to jednak podkreśla, że „stajesz się odpowiedzialny na zawsze za to, co oswoiłeś”*. I to właśnie robi Lili i jej siostry – mimo że fretka w jakiś sposób je poróżniła – wspólnie spieszą jej na ratunek. W końcu, chcąc nie chcąc, zwierzątko stało się członkiem ich rodziny.

Czy czarodziejkom uda się odnaleźć i uratować fretkę?

Czy relacje dziewczynek się rozluźnią czy zacieśnią?

Czy fretka naprawdę nie jest tym, kim się wydaje?

Tego dowiecie się, sięgając po książkę – sami lub z pociechą – Fretka z Doliny Czarodziejek. To powieść magiczna, to powieść pełna ciepła, to powieść pełna barw i zapachów, choć z nutką grozy i niepokoju też.
Ze swojej strony bardzo polecam i czekam na kontynuację 🙂


*cytat z książki Mały Książę, Antoine de Saint-Exupéry

„Martwy ciąg”, Tomasz Kozioł

Sport towarzyszył mi od zawsze, choć tak najmocniej związałam się z nim w trzeciej klasie podstawówki, kiedy to zupełnie przez przypadek (wersji tej historii jest co najmniej kilka) zaczęłam trenować szermierkę. Na początku podobało mi się tak se, choć w sumie… podobało, ale bakcyla (i ostateczny wybór broni na szpadę*) złapałam, kiedy wygrałam swoje pierwsze zawody, czyli Pierwszy Krok Szermierczy. Od tej pory całą dekadę swego szkolnego życia poświęciłam na treningi i uczestnictwo w zawodach (spokojnie, do szkoły też chodziłam ;)). Po maturze rozstałam się z klubową planszą, ponieważ harmonogram dziennych studiów zwyczajnie mi na to nie pozwolił, ale żeby nie wyjść z formy, często gęsto spotykałyśmy się z moją kochaną J., żeby poćwiczyć, czy też pobiegać bulwarami wiślanymi. Natomiast do tego czasu siłowni unikałam jak ognia (OK, czasem na treningach miałam jakieś zajęcia tego typu, ale nie były one takim must have, jak obecnie). Głównie dlatego, że na siłowni się… nudzę 😀 Dlatego na długi czas związałam się z zajęciami fitness, a na siłkę trafiłam, kiedy moje plecy poczuły, że potrzebują łamania kołem 😀 Aktualnie ćwiczę jedynie bieganie za Grozolubisiem, ale liczę na to, że niebawem wrócę do regularnych treningów na siłowni czy tam basenie (jeszcze się waham ;)).

Bywając na siłowni, zdarzyło mi się robić martwy ciąg, ale szczerze – nie było to moje ukochane ćwiczenie. Czego nie można powiedzieć o Andrzeju – głównym bohaterze książki Tomasza Kozioła Martwy ciąg.

Wyobraźcie sobie, że treningi siłowe to Wasze ukochane hobby, które pomaga w mierzeniu się z codziennością. Z samotnością… Z poczuciem beznadziei. I pewnego dnia widzicie światełko w tunelu, ktoś wyciąga do Was rękę, ktoś chce Was otoczyć opieką, sugeruje wsparcie i Wy w to idziecie, bo macie już dość tej szarości, tego doła… Rzucacie dotychczasowe życie, bo przecież jest nadzieja na lepsze i… wraz z kilkoma innymi osobami trafiacie, ale… z deszczu pod rynnę. A potem, na skutek przypadku, pecha, fatum – jak zwał, tak zwał, dzieje się coś złego i to złe zaczyna ciążyć Wam najpierw na barkach, potem na piersi, by powoli, każdego dnia zabierać kolejny oddech. I właśnie o tym jest ta książka…

Tomasz Kozioł snuje swą opowieść w takim tempie, w jakim powinno się wykonywać powtórzenia martwego ciągu. Niespiesznie, w skupieniu, ale i swego rodzaju napięciu. Tragedia, która wydarza się w nowo powstającej siłowni, gdzieś na warszawskiej Pradze, dokłada do tego warstwę niepokoju, a ta towarzyszy czytelnikowi niemal do końca powieści.

W Martwym ciągu nie znajdziecie typowych dla horroru straszaków, za to czekają tu na Was strach, popadanie w szaleństwo, dążenie do celu po trupach (dosłownie!), bezradność, poczucie osaczenia i kontroli, ale też… wspomniane wcześniej światełko w tunelu.
Odbieram tę powieść jako horror, ale w rozumieniu horroru, z jakim często mierzą się młodzi ludzie, którzy wchodzą w dorosłość. To powieść, w której tak naprawdę potworem jest człowiek. Martwy ciąg śmierdzi potem, cuchnie złem i jest lepki od brudu. I dlatego tak mocno zapada w pamięć.
Ze swej strony serdecznie polecam!

*w szermierce występują trzy rodzaje broni: szpada, szabla i floret 🙂

„Opowieści o dinozaurach”, Marcin Kończewski

Pamiętam, że pierwszy film z serii Jurassic Park obejrzałam w kinie. Miałam wtedy może 10-11 lat. I mimo że nie byłam wtedy jakąś wielką fanką dinozaurów (w przeciwieństwie do mojego brata), to pamiętam, że ekranizacja powieści Michaela Crichtona zrobiła na mnie ogromne wrażenie (wiecie, że nie czytałam jeszcze tej książki?). Na fali popularności w tamtym czasie powstawały również gry komputerowe i pamiętam jedną z nich, piekielnie trudną i straszną, w którą graliśmy z bratem na naszej nowiutkiej Amidze (no dobra, grał on, a ja byłam tylko biernym obserwatorem. Mam taką dziwną przypadłość, że… nie znoszę ginąć w grach. I to mówi fanka horrorów ;)). Oczywiście boom minął, co nie znaczy, że o Jurajskim Parku zapomniano. Wręcz przeciwnie. Zresztą nawet w 2015 roku zatęskniono w kinie za tymi przerażającymi, acz fascynującymi gadami i powstała pierwsza część trylogii Jurassic World. Oczywiście obejrzałam, bo cały ten wykreowany na dużym ekranie świat to niezwykła rozrywka, ale…

Pewnie dinozaury nadal byłyby tylko wspomnieniem w moim życiu, gdyby nie synek, który po wizycie w jednym z parków dinozaurów dostał bakcyla na punkcie tych zwierzów i połowa jego pokoju to książki, zabawki czy ciuchy, a nawet tapeta(!) o wiadomej tematyce 🙂 Jako że mój maluch lubi przeglądać książeczki (zwłaszcza te o dinozaurach), staram się być na bieżąco z dinkowymi nowościami i ostatnio udało mi się natrafić na niezwykle ciekawy tytuł, czyli na Opowieści o dinozaurach Marcina Kończewskiego.

Mimo że książka jest jeszcze „zbyt poważna” dla mojego dwulatka, to tym, co od razu przykuło wzrok malucha, były niezwykle kolorowe i duże ilustracje wewnątrz publikacji i… szkice dinozaurów, które pojawiają się praktycznie wszędzie. Generalnie – białej strony w tej książce nie uświadczycie 😉 Szkice stworzył sam autor, ale ich ostateczną wersję dopieścił Nusrat Ali.

Głównymi bohaterami opowiadań są owiraptor Kukuru oraz protoceratops Twardodziób, a wydarzenia, w których uczestniczą te pocieszne(!) dinki są okraszone zarówno humorem, jak i grozą, ale tak naprawdę w każdym z tych tekstów liczy się… przygoda!

Bardzo fajnym zabiegiem przed każdym z opowiadań jest skala, na którą składają się: humor, emocje i straszność, i to właśnie dzięki niej możemy dobrać opowiadanie odpowiednie do wieku dziecka.

Pomiędzy opowiadaniami otrzymujemy zarówno ciekawostki o prehistorycznych gadach, jak i proste zadania/zagadki nawiązujące do przeczytanego przez nas tekstu. Zresztą Opowieści o dinozaurach to książka interaktywna (za co odpowiada aplikacja educreator.ai – po więcej informacji odsyłam Was tu: www.educreator.ai) – oznacza to, że więcej dinkowych zadań znajdziecie, klikając w kod QR.

Opowieści o dinozaurach to nie tylko książka, to również świetne narzędzie pracy dla rodziców, nauczycieli czy bibliotekarzy, dzięki któremu można spędzać ciekawe popołudnia i wieczory z dziećmi, a także uatrakcyjnić wszelkiego rodzaju zajęcia w szkołach czy bibliotekach. Ale też… Opowieści o dinozaurach to książka, którą każdy fan dinozaurów powinien mieć na swojej półce!
Serdecznie polecam 🙂

„Kobieta w rzece i inne opowieści grozy”, Kōtarō Tanaka

Japonia. Już od pewnego czasu kusi mnie, by w końcu zacząć sięgać po literaturę, która bywa pokręcona, mroczna czy otula jak kocyk w chłodny dzień. Myślę, że to naturalna kolej rzeczy po grach pokroju Silent Hill czy filmach typu The Ring, Shutter-Widmo, Dark Water i innych. Japonia umie w emocje. Jeśli trzeba przestraszyć – robi to. Jeśli trzeba zaskoczyć – robi to. Jeśli trzeba ukoić – również to robi. Dlatego właśnie zaczęłam bardziej interesować się książkami, które traktują o Kraju Wiśni. I znalazłam ich od groma! A najbardziej cieszy mnie fakt, że odkryłam (jak to mówią: lepiej późno, niż wcale) absolutnie cudowne wydawnictwo Kirin, które w swej ofercie ma i literaturę mroczną, ale i taką bardziej baśniową. Oczywiście japońską 🙂

Dziś chciałabym Wam co nieco opowiedzieć o zbiorze opowiadań Kobieta w rzece i inne opowieści grozy Kōtarō Tanaka. Twórca, którego książkę miałam okazję przeczytać, żył na przełomie XIX i XX wieku. Pisał własne wersje znanych opowieści kaidan, jak i swoje autorskie teksty. Czy warto sięgać po opowiadania, które (być może) wydarzyły się ponad wiek temu? Oczywiście, że tak!

Czasy, w których żyjemy, coraz bardziej odarte są z atmosfery niedopowiedzeń, tajemniczości. Musi być szybko, musi być na pokaz, a kultowe postaci znane z horrorów filmowych czy gier coraz częściej są sprowadzane do tzw. parteru (w rozumieniu – zamiast straszyć, wzbudzają politowanie a nawet śmiech). Przez to „wszystko, wszędzie, naraz” – moim zdaniem – niestety w książkach gubi się klimat charakterystyczny dla konwencji, a horrory coraz rzadziej wzbudzają niepokój, częściej po prostu nużą.

Ale… dlaczego o tym piszę – bo zbiór opowiadań Kobieta w rzece… – ta niepozorna objętościowo książka – podczas lektury wzbudza strach. W zasadzie w każdym z tekstów autor niespiesznie wprowadza czytelnika w swoją opowieść, budując niesamowity nastrój. Nastrój grozy, niesamowitości, który przyspiesza bicie serca. Czytelnik WIE, że COŚ czai się w kolejnym słowie, zdaniu, na kolejnej stronie, a mimo tego daje się wciągnąć w historie opowiedziane przez Tanaka.

Kobieta w rzece… to bardzo dobry, klimatyczny zbiór opowiadań, który zapoznaje czytelnika z japońskimi wierzeniami i przesądami. Wszystkie teksty otrzymały kolorowe grafiki autorstwa Joanny Zakrzewskiej, co nie tylko dodaje uroku książce, ale przede wszystkim nawiązuje do danego opowiadania.

Podsumowując – jestem bardzo na TAK i na pewno będę wnikliwie śledzić plany wydawnicze wydawnictwa Kirin.

„Podziemna przygoda odważnej żaby Rene”, Mikołaj Pasiński (il. Gosia Herba)

Wokół tej książki Grozolubiś krążył kilka miesięcy. W zasadzie nie krążył, świadomie omijał ją szerokim łukiem, bo w danym czasie zupełnie go nie interesowała. Nawet ilustracje nie były dla niego atrakcyjne. Ja z kolei nie naciskałam, abyśmy ją wspólnie czytali, bo wyszłam z założenia, że być może jest dla niego za trudna w odbiorze. Poza tym maluch ma niecałe dwa lata, a książka wszak przeznaczona jest dla starszych dzieci (3+). I tak sobie jakiś miesiąc z hakiem przeleżała na regale. Do czasu… Nie przypomnę sobie, kiedy stylizowana na wampira żabka skradła serce mego synka, ale możecie wierzyć lub nie, czytamy o jej przygodzie co najmniej kilka razy dziennie.

Pewnego poranka podczas śniadania Rene zaczyna zastanawiać się, czy Ziemia w środku wygląda podobnie jak konsumowane przez nią jajko na miękko. Chęć odkrycia tej tajemnicy sprawia, że pakuje do torby najpotrzebniejsze rzeczy i wyrusza na poszukiwania wnętrza Ziemi. Jak można się tam dostać? Kogo zapytać i poprosić o pomoc? Z pozoru proste zadanie wymaga od Rene dużego zaangażowania. Razem z nią mały, ale i dorosły czytelnik, przenosi się do świata pełnego przygód.

Czy Rene znajdzie odpowiedź na swoje pytanie? Czy podczas szukania odpowiedzi napotka trudności i czy wszystkie podziemne żyjątka okażą się przyjacielskie i życzliwe? – tego dowiecie się, sięgając z maluchem po książkę Podziemna przygoda odważnej żaby Rene Mikołaja Pasińskiego.

Grozolubiś jest zbyt mały, żeby mi odpowiedzieć na pytanie, dlaczego na ten moment przygoda żabki Rene tak mocno go fascynuje, ale mnie się wydaje, że to dlatego, że nasza bohaterka zadaje ważne, ciekawe pytania, na które stara się znaleźć odpowiedź w sposób prosty, ale niezwykle obrazowy. No bo kto z nas choć raz w życiu nie jadł jajka na miękko? A kiedy pada pytanie, czy jądro Ziemi wygląda jak żółtko, to od razu w głowie wyświetla nam się obraz płynnego żółtka, które spływa po łyżeczce… Wszyscy to zobaczyli? No właśnie!
Zatem dzięki tym trudnym pytaniom, a całkiem nietrudnym w zrozumieniu odpowiedziom, maluch z zainteresowaniem śledzi poczynania Rene i razem z nią dowiaduje się m.in. jak jedno miejsce dla każdego żywego (a nawet nieżywego) stworzenia może znaczyć zupełnie co innego. Poza tym razem z Rene mały czytelnik odkrywa, co też tak naprawdę kryje się pod powierzchnią ziemi. Uwaga, spoiler! Całkiem sporo 😉

Podziemna przygoda odważnej żaby Rene nie tylko poszukuje odpowiedzi na postawione pytania, ale także zaszczepia w początkującym odkrywcy chęć do eksplorowania świata. Uczy również empatii oraz współpracy w działaniu. To także książka o przyjaźni.

Podsumowując, Podziemna przygoda odważnej żaby Rene to przede wszystkim przygoda, która na równi stawia dobrą zabawę z nauką i poznawaniem świata. Duże, pełne detali rysunki Gosi Herby, które w jakiś pokrętny sposób trochę skojarzyły mi się z ilustracjami Zbigniewa Rychlickiego (seria o Misiu Uszatku Czesława Janczarskiego) uzupełniają wciągającą historię, do której można wracać wielokrotnie. Bywa śmieszno, a nawet straszno, ale przede wszystkim ciekawie!

I oczywiście wraz z Grozolubisiem liczymy na kolejną fascynującą przygodę wampirzej żabki Rene 🙂

„Jak wydać książkę”, Andrzej Zyszczak

Nie raz wspominałam, że książki towarzyszą mi od lat wczesnodziecięcych i w mniejszym lub większym stopniu są moim najulubieńszym hobby, odskocznią od szarej codzienności. Dlatego pewnie naturalną koleją rzeczy było to, że ostatecznie podjęłam pracę w bibliotece (mimo że studia kierunkowe mam zupełnie inne. Kto zgadnie jakie?) na kilkanaście lat. To tu czułam się jak w domu, to tu czułam się dobrze wśród regałów zapełnionych książkami. To tu wprowadzałam nowe książki do obiegu bibliotecznego, a te chore, zniszczone albo reanimowałam, albo pozwalałam im przejść na makulaturę 😉 To w bibliotece nauczyłam się zwracać uwagę na stronę redakcyjną książki, a także zaczęłam rozróżniać, czy książka jest szyta czy klejona itp., itd. I chyba jakoś tak naturalnie, być może z nadmiaru kreatywności, kiedy już poznałam trochę świat wydawniczy i rynek literacki,  pomyślałam o zajęciu się korektą tekstów. Tyle że wtedy bardziej dodatkowo, sporadycznie (jedną z takich szans otrzymałam od Tomasza Siwca już jakieś 10 lat temu, za co bardzo dziękuję!), bo przecież miałam etat w miejscu, które lubię (edit: praca w bibliotece wcale nie jest spokojna – to tak tylko, gdyby się ktoś zastanawiał;)). Po drodze zrobiłam nawet podyplomowo edytorstwo, ale kierunek ten nie zaspokoił głodu wiedzy redaktorsko-korektorskiej. Dopiero stało się tak za sprawą m.in. Akademii Korekty Tekstu Ewy Popielarz, książek Łukasza Mackiewicza, a ostatnio tego tytułu, o którym chciałabym Wam trochę opowiedzieć.

Jak wydać książkę Andrzeja Zyszczaka z założenia jest pewnego rodzaju przewodnikiem, w którym krok po kroku początkujący autor (taki, który dopiero zaczyna przygodę z rynkiem wydawniczym i taki, który zdecydowany jest na self-publishing) otrzymuje konkretne wskazówki do tego, w jaki sposób przygotować książkę pod względem technicznym, by efekt ostateczny był jak najbardziej zbliżony do ideału.

Cóż może być trudnego w ogarnięciu książki do druku? Wystarczy przecież okładka, tekst, jakieś tam poprawki się zrobi, opis okładkowy napisze i jazda! No właśnie… nie. To znaczy jasne, jeśli chcemy, żeby nasza książka była przygotowana do druku jak np. praca magisterska, gdzie wystarczyło tekst wydrukować, a w punkcie ksero wybrać do niej oprawę (właśnie sobie uświadomiłam, że nigdy nie wydrukowałam swojej pracy magisterskiej ani dyplomowej… jak znajdę pliki, zajmę się tym!) to w porządku. Natomiast jeśli zależy nam, by ujrzała światło dzienne, zyskała czytelników, a jej twórca względną popularność/rozpoznawalność, to jednak polecam sięgnięcie po Jak wydać książkę.

Ten tytuł czyta się jak dobrą powieść. Wciąga od pierwszych stron; autora charakteryzuje lekkie pióro i gawędziarski styl, więc o przynudzaniu zapomnijcie. Do tego wpleciony jest humor, a czasem i szczypta grozy (mimo że ta książka to nie horror. A może jednak? ;)), a wszystko to znajdziecie w tym niepozornym poradniku. Mówiąc „wszystko” mam na myśli kolejne czynności (od początku do końca), które należy wykonać ze swoim tekstem, aby mógł ujrzeć światło dzienne i by odbyło się to bez wstydu przed sobą, najbliższymi i całą resztą.

W Jak wydać książkę nie znajdziecie wodolejstwa. Każdy rozdział to konkret i dawka ogromnej wiedzy w pigułce, którą spokojnie może przyjąć nie tylko początkujący autor, ale i ktoś, kto chciałby np. założyć własne wydawnictwo czy osoba opiniująca książki w mediach społecznościowych (myślę, że mimo wszystko warto wiedzieć, że jest coś takiego jak strona redakcyjna). Poza tym książka ta wzbogacona jest o wywiady z ekspertami pracującymi w branży (m.in. redaktor, grafik, składacz), co stanowi świetne dopełnienie omawianego w danym rozdziale zagadnienia. Natomiast od czasu do czasu w różnych miejscach w książce znajdziecie swego rodzaju didaskalia. Dzięki nim nie musimy sobie wyobrażać, co autor miał na myśli, pisząc o danym zjawisku – po prostu wskazuje na nie palcem.

Warto jeszcze wspomnieć o uroczej okładce, na której jest sowa z książką. Czyż nie można było lepiej podkreślić pozycji o wydawaniu książek jak właśnie tym symbolem? 🙂

Podsumowując, Jak wydać książkę to tytuł, który powinien mieć na swojej półce każdy, kto na poważnie chce zajmować się pracą w książkach (czy to autor – i do nich przede wszystkim skierowana jest ta pozycja, czy inny bookoholik). Ja dowiedziałam się z niego sporo nowych rzeczy, z kolei znane zagadnienia nagle zrozumiałam lepiej 🙂 Wiem, że będę wracać do tej pozycji jeszcze nie raz, bo to świetne narzędzie na drodze do pracy moich marzeń.

Tu jeszcze taki edit – w papierze wyszło tylko wydanie pierwsze. Wszelkie aktualizacje tej książki będą dziać się wyłącznie w formie elektronicznej, ze względu na dynamikę zjawisk zachodzących w związku z wydawaniem książki. Po wszelkie dodatkowe informacje zapraszam na Zyszczak.pl

Nie przedłużając – bardzo polecam!

„Kot Marian i Przeklęty Kwartet”, Krzysztof Zapotoczny

Nie ukrywam, że ostatnio chętnie sięgam po literaturę dziecięco-młodzieżową. Głównie dlatego, że w natłoku różnych problemów i monotonii codzienności dobrze jest znaleźć jakąś odskocznię, a jako że moją największą pasją od dziecka jest czytanie, więc z przyjemnością sięgam po lżejsze opowieści. Jeśli dodatkowo podczas lektury książki na kolana wdrapie mi się jeden z mruczących sierściuchów, to przepis na chwilę relaksu gwarantowany. No prawie, bo podczas czytania akurat TEGO tytułu moja kotka, Sis, nie mogła spokojnie na moich kolanach wysiedzieć (spać czy kontemplować kocie żyćko?), tylko co kilka minut podchodziła do mnie i albo ocierała się pyszczkiem o róg książki, albo trącała mnie łapką, kiedy ją usilnie ignorowałam, bo akurat w powieści działo się, oj, działo! Częściej jednak sięgałam po TĘ powieść podczas drzemki Grozolubisia. Wtedy czytanie było walką z czasem, bo drzemki mojego synka posiadają widełki od godziny do trzech, więc nigdy nie wiedziałam, ile czasu będę mogła pobyć wraz z bohaterami we Wrocławiu i jego podziemiach 🙂 A uwierzcie mi, powieść wciągnęła mnie na całego! Chyba nawet bardziej niż poprzednia część.

Magda, ale jaka to książka?, zapytacie, mimo że tajemnicą jej tytuł nie jest, bo widać go i na zdjęciu, i w tytule wpisu, i w poście wprowadzającym do lektury opinii. Jednak żeby wszystko było jak należy, to książka, która mnie pochłonęła i niesamowicie zrelaksowała nosi tytuł Kot Marian i Przeklęty Kwartet.

Jest to czwarty tom cyklu, którego autorem jest Krzysztof Zapotoczny, i którego głównymi bohaterami są kot Marian oraz jego człowiek, nastolatek Baltazar Synal. Ten duet wraz z grupą przyjaciół tego ostatniego: Amelią, Kaśką i Konradem po raz kolejny stają się centrum wydarzeń, które w pewien sposób zarówno przybliżają ich, a jednocześnie odsuwają od najważniejszej misji, jaką jest ratowanie wieloświata. Tym razem na drodze naszej ekipy stają postacie znane z bestiariusza słowiańskiego: Morena, Dola, Pochwist i Strach, czyli tytułowy Przeklęty Kwartet. To właśnie te cztery demony przeszkadzają naszym bohaterom w planowaniu działań ratowania świata, a Amelia, Kaśka, Konrad i wybraniec, czyli Baltazar, zostają wystawieni na próby, które zaważą nie tylko na ich życiu. Mało tego! Między Baltazarem a Marianem coraz częściej dochodzi do gwałtownej wymiany zdań, a wisienką na torcie jest fakt, że młodsza siostra chłopaka – Patrycja – dołącza do społeczności odwiedzaczy (tak nazywają się ci, którzy posiadają niezwykłe zdolności…).

Czy nasi bohaterowie pokonają Przeklęty Kwartet? Czy Baltazar uratuje wieloświat? Czy kot i jego człowiek przestaną sobie ufać?… Tego dowiecie się, sięgając po książkę Kot Marian i Przeklęty Kwartet.

Nie mogłam się oderwać od lektury tej powieści. Jak już wcześniej wspominałam, potrzebowałam właśnie takiej historii, takich bohaterów i takiego humoru (a jakże!), by choć trochę zapomnieć o problemach, które całkiem niedawno, acz intensywnie, zajmują moją głowę. Oczywiście nie jest tajemnicą, że gdyby nie słowo „kot” w tytule, to na ten cykl wpadłabym o wiele później, ale na całe szczęście stało się inaczej (generalnie mam na myśli moje pierwsze spotkanie z Marianem jakieś dwa lata temu, kiedy pracowałam w bibliotece, w dziale dziecięco-młodzieżowym).

Przede wszystkim podoba mi się, że autor stworzył takich bohaterów (głównych i pobocznych), z którymi można się utożsamić bądź ich cechy dopasować do znanych nam osób (mam na myśli najbliższe otoczenie, nie celebrytów). To nie są herosi, poza dobrymi decyzjami, popełniają również błędy, dotykają ich różne emocje (od radosnych uniesień po złość, zazdrość, strach) i zmagają się z różnymi zmartwieniami. Wyobrażacie sobie, jaką ogromną odpowiedzialnością Krzysztof Zapotoczny obarczył naszego wybrańca – Baltazara? Nastolatek ma uratować wieloświat! – tak wiele spoczywa na jego barkach, że dorosły by sobie nie poradził. Jasne, chłopak ma ogromne wsparcie przyjaciół oraz dorosłych odwiedzaczy, ale ma też na swojej drodze „przeszkadzajki” nie tylko w postaci demonów, stworów czy innych istot. Ba! Czasem podczas lektury książki miałam wrażenie, że to jednak inni ludzie są zagrożeniem na drodze do ratowania świata.

Koty. Autor jak nikt świetnie zna naturę tych zwierząt. Kot Marian to jedyny w swoim rodzaju osobnik, który posiada chyba wszystkie najgorsze kocie cechy (ale pytaniem bez odpowiedzi pozostaje: które w takim razie kocie cechy są OK? ;)). Uwielbiam jego (pozorne) zdystansowanie do trudnych sytuacji, uwielbiam jego sprzeczki z Baltazarem (i innymi odwiedzaczami również), uwielbiam jego cięty język i czarny humor. Aż żałuję, że w moim domu nie rezyduje taki Marian (dobrze, że Jerry i Sis nie potrafią czytać… Chyba ;)).

Dobrym zabiegiem jest wplecenie w fabułę motywu słowiańskiego. Raz, że mitologia słowiańska aktualnie przechodzi swego rodzaju renesans, a dwa – jest szansa, że młody czytelnik w trakcie lektury zainteresuje się demonami z Przeklętego Kwartetu, a co za tym idzie sięgnie po bestiariusz słowiański, by poznać inne fascynujące i przerażające stwory i istoty.

To co towarzyszyło mi podczas czytania książki, to… ciągłe napięcie. Tyle że z tych pozytywnych, które świadczą o tym, jak bardzo opowiadana historia mnie wciągnęła. Podobnie jak w cyklu Czarny Staw Roberta Ziębińskiego, tak i tu czasem czułam się, jakbym była dodatkowym bohaterem książki, przeżywającym te same wydarzenia lub który cieszy się i martwi razem z pozostałymi bohaterami Kota Mariana i Przeklętego Kwartetu. Szczerze – przewracanie kolejnych stron było katorgą, bo z jednej strony chciałam dowiedzieć się, co dalej, a dwa – podświadomość szeptała mi: Jesteś coraz bliżej końca książki… – co było okrutne, bo tak dobrze mi się czytało tę powieść, że mogłaby sobie płynąć jeszcze przez kolejnych pięćset stron. I generalnie kończąc rozdział, myślałam: Dobra, to jeszcze tylko jeden. A że przy Grozolubisiu myśl ta często była tylko pobożnym życzeniem (bo rozdziałów dużo, a drzemka króciutka), więc każda chwila na czytanie stawała się świętem 🙂

Jako że jest to kolejny tom cyklu, to zdradzać Wam więcej nie będę poza tym, że bawiłam się podczas lektury świetnie! Wyobraźnia autora nie zna granic, a cykl o kocie Marianie wciąga niczym studnia bez dna (w pozytywnym znaczeniu)! Ta część ma – moim zdaniem – więcej mroku i ogólnie uważam, że każda kolejna jest lepsza od swojej poprzedniczki.

Polecam serdecznie każdemu, kto kocha koty i/lub książki, i/lub fantastyczne historie i/lub Wrocław!!!
I czekam z (nie)cierpliwością na kontynuację!

„We wrześniu ściany krwawią”, Carissa Orlando

Dom. Miejsce, które kojarzy się z poczuciem bezpieczeństwa, miejscem, w którym możemy być sobą, w którym zrzucamy z siebie maski całego dnia.

Zauważyłam, że wśród moich znajomych, plus minus czterdziestolatków, często mieszkających na tak zwanym blokowisku, pojawia się myśl o posiadaniu własnego domu lub choćby domku z kawałkiem trawy (pamiętacie czasy lockdownu, pięć lat temu, kiedy wygranym był każdy, kto mieszkał w domu właśnie?). A że rynek nieruchomości wychodzi marzycielom naprzeciw, więc w podmiejskich aglomeracjach zaczynają powstawać coraz liczniej nowe budynki (nie zawsze domy, bo większą popularnością cieszą się tzw. szeregowce – im mniejsza działka, tym więcej można ludzi upchać). I ja też marzyłam kiedyś o swoim domu. Ale jak dobrze wiemy, nie zawsze marzenia są w zasięgu ręki. Przekonała się o tym Margaret, bohaterka niesamowicie wciągającej powieści We wrześniu ściany krwawią.

Nasza bohaterka przez całe swoje życie chciała mieszkać w domu. Jednak – jak to właśnie w tym życiu bywa – ciągle pojawiały się inne priorytety (jednym z najważniejszych było wychowanie córki). Ostatecznie Margaret wpadła na „swój” dom zupełnie przez przypadek i tenże właśnie zaważył o kupnie posiadłości. Oczywiście agentka nieruchomości podczas oprowadzania po domu wspomniała o mającym miejsce w tychże ścianach morderstwie (a nawet trzech), ale kto by się tym przejmował, skoro w głowie ma się neon z napisem TO MÓJ WYMARZONY, WYŚNIONY DOM.

W We wrześniu ściany krwawią duchy towarzyszą naszej bohaterce od samego początku powieści. Są takie, które jej służą (to pierwsza książka, w której parzono hektolitry herbaty :)), są takie, które ją chcą wystraszyć, są też takie, które atakują i gryzą, gdy się do nich podejdzie zbyt blisko… I jest jeszcze piwnica. Mroczna, zatęchła piwnica, w której czai się ktoś (coś?) i – co ciekawe – przed którym naszą bohaterkę ostrzegają wszystkie duchy bez wyjątku.

Wspomnienia bohaterki przeplatają się z bieżącymi wydarzeniami, dzięki czemu czytelnik może poznać lepiej Margaret i spróbować zrozumieć jej – często zaskakujące – zachowanie. Zatem mamy dom, mamy bohaterkę i otaczające ją duchy, i wszyscy żyją sobie w mniej lub większej symbiozie. Sielanka nie trwa jednak zbyt długo, a codzienność zostaje zaburzona przez jeden zwykły telefon. Córka naszej bohaterki, Katherin, martwi się o swego ojca. Nie może się z nim skontaktować, nie odbiera telefonu od kilku dni. (W tym momencie czytelnik dowiaduje się, że mąż głównej bohaterki odszedł, bo nie poradził sobie – lekko mówiąc – z atmosferą panującą w domu. Ach, i z krwawiącymi ścianami, o których zapomniałam Wam wspomnieć. Bo – jak w tytule – ściany domu krwawią tylko we wrześniu). Wracając do córki –  właśnie w tymże wrześniu kobieta postanawia odwiedzić matkę i dowiedzieć się, co stało się z tatą (kiedy już minął pierwszy szok po informacji, że rodzice się rozstali). Od tej pory życie Margaret i jej duchów mocno się (a jakże!) komplikuje.

Trudno jest mi mówić o tej powieści tak, żeby nie zepsuć frajdy z jej czytania tym z Was, którzy jeszcze po nią nie sięgnęli. Jest to taki twór, który możemy przyjąć na klatę, zapoznać się z historią i zgodzić się z podaną przez autorkę całością. Albo… możemy fabułę rozbierać na czynniki pierwsze, warstwa po warstwie jak cebulę i zobaczyć, co nam zostanie na końcu. Ja np. wiem, że za jakiś czas przeczytam tę książkę jeszcze raz, żeby sprawdzić, jakie wskazówki pozostawione przez autorkę zwyczajnie przeoczyłam.

We wrześniu ściany krwawią to wciągająca, szalona i nieoczywista powieść,  którą każdy może zinterpretować po swojemu i każdy może odkryć w niej coś innego. Mnie np. jeden motyw skojarzył się ze Slender Manem. Który? Koniecznie sięgnijcie po książkę.
Serdecznie polecam!

(PS Można czytać we wrześniu ;))