„Melodia serca”, Agata Suchocka

Statkiem płynęłam może kilka razy w życiu. Pamiętam wycieczkę szkolną i rejs na krakowskie Bielany, pamiętam rejs z Bratysławy do Devonu i zupełnie nie pamiętam rejsu po Bałtyku z rodzicami, bo byłam zbyt mała, ale podobno takowy się odbył z moim udziałem. Mama zapamiętała tę wycieczkę najmocniej, bo kiedy statkiem kołysało, wydawało mi się, że będę wymiotować i chodziła ze mną do toalety, która wyglądała – lekko mówiąc – fatalnie. I równie fatalnie w niej woniało… I po kilku takich kursach, gdzie oczywiście tylko mi się wydawało, że jest mi niedobrze, to właśnie mojej mamie zrobiło się słabo, zbladła na twarzy, bo jej żołądek zaczął reagować na te wszystkie niesmaczne wizualne i zapachowe atrakcje… Przepraszam Cię, Mamo 😉 Ale… po latach WIEM, że choroby morskiej u mnie nie znajdziecie, więc nie mam pojęcia, co wtedy we mnie wstąpiło. Pewnie diabeł 🙂

Melodia serca Agaty Suchockiej to powieść, która horrorem nie jest, choć zawiera w sobie pewne elementy kojarzące się z grozą, a mianowicie występują w niej elementy voodoo. Cała historia rozpoczyna się, kiedy młodziutka dziewczyna (i nasza główna bohaterka), Julie, zostaje wysłana przez swą matkę na rejs do Ameryki transatlantykiem Paris. Na miejscu czeka na nią bogaty, przyszły mąż Maurice Boncoeure, który ma zapewnić Julie wikt i opierunek, a także pokazać jej wielki i wspaniały świat. Tak się jednak składa, że nasza bohaterka poznaje na statku rodzeństwo muzyków – Delię i Romea Jonesów, którymi jest zafascynowana. Od tego momentu życie Julie nabiera rozpędu, a ona sama zaczyna mierzyć się z emocjami, które do tej pory były jej zupełnie nieznane. Czy przyszły mąż okaże się dla naszej bohaterki tym wymarzonym i wyśnionym? Co rodzeństwo Jonesów wie na temat Maurice’a Boncoeure’a oraz dlaczego Julie znajdzie się w Nowym Orleanie i weźmie udział w obrzędzie voodoo? Tego dowiecie się, czytając Melodię serca.

Historia, mimo że wydaje się jedną z tych, których już tyyyle opowiedziano, wciąga. Znajdziemy w niej ciekawie opisane tło historyczne, historię miłosną, wspomniany już obrządek voodoo, a nawet jest… trup! Suchocka ma niezwykłą zdolność do zainteresowania czytelnika swą opowieścią poprzez sposób prowadzenia narracji. Autorka bardzo dba o detale. Nieważne, czy chodzi o opis statku, czy o wygląd Julie lub opis emocji, z którymi boryka się dziewczyna. Czytając Melodię serca, w mojej głowie od razu tworzyły się obrazy, a wyobraźnia działała na pełnych obrotach do tego stopnia, że czułam się trochę, jakbym sama poniekąd uczestniczyła w wydarzeniach, które swoim bohaterom zaserwowała autorka. A tu bywa romantycznie, strasznie, radośnie, smutno, niebezpiecznie czy wzruszająco.

Dzięki realistycznym opisom miejsc, w których dzieje się akcja, mogę z czystym sumieniem powiedzieć, że powieść Suchockiej pachnie luksusem, cuchnie bagnami, na których mieszka stara kapłanka mambo – Mama Vande, odrzuca obskurnym Nowym Orleanem czy rozbrzmiewa jazzem. Natomiast intryga, która ma miejsce na kartach powieści, jest misternie skonstruowana, a całość fabuły jest logicznie poprowadzona. Ponadto Melodia serca jest napisana pięknym językiem, co sprawia, że książkę czyta się płynnie, szybko i z przyjemnością. Podobał mi się też motyw – takiej trochę gry słów – z imionami bohaterów: Romeo i Julie. Wszyscy wiemy, jak skończyła się Szekspirowska tragedia.
A jak się skończy wątek tych dwoje w powieści Suchockiej?…

Cieszy mnie nawiązanie (swego rodzaju smaczek) do opowiadania Barbie Girl, które znajduje się w antologii grozy kobiecej ZABAWKI. I tym samym mam nadzieję, że Mama Vende pojawi się jeszcze w twórczości Suchockiej. Może jako bohaterka powieści? Mimo że wzbudza niepokój swoim stylem bycia, to jednak polubiłam tę starą kapłankę. Agata, co Ty na to? 🙂

Reasumując, Melodia serca to niezwykle wciągająca, pełna emocji, muzyki i historii powieść. Myślę, że to jedna z takich książek, którą czytelnik na długo zachowa w pamięci. I jestem przekonana, że wsiąknie bez reszty w Nowy Orlean. I cały ten jazz.

„Świrownia”, Łukasz Radecki

Mimo że o istnieniu gier paragrafowych słyszałam już od dawna, to dopiero dzięki Świrowni Łukasza Radeckiego zainteresowałam się bardziej tematem. Przede wszystkim dlatego, że tytułowa Świrownia to opuszczony szpital psychiatryczny (ale, czy na pewno?), a mnie w dziwny sposób pociągają takie miejsca, choć zdecydowanie wolę o nich czytać czy je oglądać w filmach lub grach. Poza tym miałam ochotę poczuć się jak ten piąty bohater i zadecydować o losach ciekawskiej młodzieży, która postanowiła wybrać się po zmroku właśnie do Świrowni. Głównie dla fejmu, bo przecież czasem trzeba pochwalić się czymś „wow” na Facebooku czy Instagramie i zdobyć uznanie rówieśników.

W książce/grze paragrafowej dokonujecie wyborów, dzięki którym prowadzicie przez fabułę czwórkę bohaterów. Możliwości decyzji jest wiele, które wieńczy tak samo wiele zakończeń. Czy dobrych, czy złych – to pozostaje w Waszych rękach. Przeszłam grę na kilka sposobów, ale jeszcze nie odkryłam wszystkich tajemnic szpitala psychiatrycznego, natomiast mogę Wam zdradzić, że moje pierwsze zetknięcie się ze Świrownią zakończyło się podobnie, jak ukończenie pierwszej części Silent Hill (do której zresztą autor również nawiązuje) – a mianowicie jako BAD ENDING. I muszę przyznać, że Radecki się ze swoimi bohaterami nie patyczkuje, bo kiedy wybierzemy źle, to NAPRAWDĘ jest źle.

Jak wspominałam, po Świrownię sięgałam na kilka sposobów, ale cały czas nurtuje mnie myśl, czy ta historia na pewno jest w stanie skończyć się dobrze?… Żeby to sprawdzić, na pewno za jakiś czas znowu odwiedzę ten (fikcyjny?) psychiatryk, bo z tą książką jest taki problem, że kiedy już zagłębisz się w różne ścieżki i znajdziesz różne możliwości jej przejścia/przeczytania, to trudno ją odłożyć na półkę. Świrownia wciąga.

Gra paragrafowa Łukasza Radeckiego to niezwykle skrupulatnie skonstruowana opowieść. Podziwiam autora, że z wielką uwagą udało mu się złożyć wszystkie elementy tej historii w taki sposób, żeby każda z wybranych przez czytelnika ścieżek ściśle ze sobą współgrała. Uważam, że by stworzyć tego typu książkę, poza wymyśleniem samej historii, która zainteresuje, trzeba mieć jeszcze umiejętności logistyczne. I to się Radeckiemu udało.

Bardzo lubię klimat tej opowieści. Mimo że wiem, że czwórka nastolatków pakuje się w duże kłopoty (jest to tym bardziej namacalne, zwłaszcza kiedy przejdziemy przez prolog), to jednak sposób budowania nastroju, pozorna beztroska występująca w relacjach pomiędzy bohaterami, opisy terenu szpitala i samego wnętrza budynku sprawiały, że miałam ochotę wybierać opcje typu „uciekaj” lub „zawróć”. Jest mrocznie. Jest niepokojąco. Czyli jest tak, jak lubię.

Dzięki zetknięciu się ze Świrownią Łukasza Radeckiego złapałam paragrafowego bakcyla, dlatego ze swej strony będę Wam ten tytuł bardzo polecać. Myślę, że dodatkowy atut tej książki to taki – podobnie jak w przypadku gier planszowych – że dzięki mnogości zakończeń, będę do niej z przyjemnością zaglądać co jakiś czas. Poza tym uważam, że Świrownia to świetna opcja na spędzenie czasu nie tylko w pojedynkę, ale i w większym gronie. W końcu im więcej osób, tym więcej decyzji… Czyż nie?…

Martyna Raszka (Dango): „Najczęściej kierujemy się „feelsem”

Sebastian Drabik: Witaj. Bardzo mi miło, że znalazłaś dla mnie chwilę. Zapewne już wielokrotnie słyszałaś to pytanie, ale i ja spróbuję, może odpowiedź będzie wyjątkowa 🙂 Skąd wziął się pomysł na założenie wydawnictwa, do tego wydawnictwa, które ma wydawać mangi?

Martyna Raszka: Na studiach zaczęłam się bardziej interesować kulturą japońską, jednak nie od razu zaczęłam „grzebać” w mangach i anime. Natomiast po studiach trzeba było coś zrobić ze swoim życiem. 😉 Wtedy założyłam sklep internetowy z różnymi szpargałami związanymi z m&a. A następnie poszłyśmy w mangi. To w sumie nie był do końca mój pomysł, tylko innej osoby, która redagowała moje czasopismo.

SD: Opowiedz nieco o początku Dango. O rzeczach, które Cię zaskoczyły. O trudności, czy też łatwości, zdobycia licencji na pierwszy tytuł.

MR: Miałam już kontakt z Japończykami w postaci muzyków j-rockowych, więc kontakt z Japonią nie był jako takim problemem. Jako że prawie wszyscy „ci nowsi” wydawcy zaczynali od Gentoshy, my też tak postanowiłyśmy zrobić. Jednak tutaj następowało zwodzenie przez agencję z Niemiec, a koniec końców nie dostałyśmy licencji. Trzeba było uderzyć przez inną agencję i do innego wydawcy, i wtedy się udało. 😊 Pamiętajmy, że wydawanie mang to normalny biznes. Zawsze będą sytuacje, kiedy będzie pod górkę, a także te, kiedy coś załatwi się bez problemu.Continue reading →

„Bezmiłość”, Marek Zychla

Zauważyłam ostatnio, że im jestem starsza, tym bardziej w literaturze czy filmie szukam odniesień do lat mojego dzieciństwa. Gdzie dzieciństwo było możliwe, gdzie nasze znajomości i przyjaźnie były prawdziwe, gdzie po prostu mogliśmy być…

Grzesia, bohatera najnowszej powieści Marka Zychli pt. Bezmiłość poznajemy w 1990 roku. Osobiście miałam już lat 7 i dopiero co zaczęłam naukę w pierwszej klasie szkoły podstawowej. Więc tak naprawdę Grześ mógłby być moim starszym kolegą. Mogliśmy się minąć na podwórku, mogliśmy się do siebie uśmiechnąć. Ot, taki Grześ. Jakich wielu było w latach 90. XX wieku. Pochodzący z rodziny, można by rzec, patologicznej (ojciec lubiący zaglądać do kieliszka, matka, która nie umie się zająć dzieckiem, bo sama sobie nie radzi z problemami, ze stratą). Z rodziny, jakich wiele było i jest nadal (tyle, że współcześnie więcej się o nich słyszy).Continue reading →

„Sepia”, Klaudia Zacharska

Często podkreślam, że szybko pokochałam litery. Miałam trzy lata, kiedy codziennie dręczyłam mamę, żeby mi objaśniała te dziwne znaczki, które wypełniały strony gazet czy książek. A mama cierpliwie tłumaczyła mi każdą z liter, rozbudzając we mnie miłość do czytania, a co za tym idzie – do książek.

Jako dziecko nie wiedziałam, kim chcę być w przyszłości („Kim chcesz zostać?” – odwieczne pytanie członków rodziny, nauczycieli czy przypadkowych dorosłych, na których natrafiałam w swoim życiu), ale… teraz myślę, że mogłabym mieć księgarnię. Uroczą, klimatyczną księgarnię w niewielkim miasteczku. Na przykład w Sepii…, o której czytamy: Sepia to malownicze miasteczko, w którego sercu znajduje się księgarnia Papierowa Sowa. Jej właścicielka, Zuza, znana jest z sarkastycznego poczucia humoru, ale też życzliwości i troskliwości, które okażą się niezbędne, gdy pod jej opiekę trafi dwunastoletnia Ola, dochodząca do siebie po stracie matki.Continue reading →

Tako Rzecze Kałużyńska #4

Moi Drodzy Parafianie,
przyszła pora na kazanie. Z wysoką dawką kolokwializmów-seksualizmów. Bo niniejszy odcinek dla świnek jest dywagacją o seksie, a seks jak wiadomo, jaki jest, każdy widzi.
Szczególnie fachowiec.
Od d*****a owiec.
Indżojcie dywagację-seksualizację albo nie.

I niech Wam ziemia lekką będzie, a trawa zieloną.
Ave

Tako Rzecze Kałużyńska #3

Moi drodzy Parafianie,
przyszła pora na kazanie. Tako Kałużyńska rzecze.
Sporo w tym odcinku. Się nagadała, biedactwo. O pasztecie. O wizerunku, wizerunkach. Cycatą nawet rzuciła i nadużyła określenia „za przeproszeniem” i niech Wam ziemia lekką będzie, a trawa zieloną.
O ile wystarczy Wam cierpliwości.
Za przeproszeniem.
Ave

„Polowanie”, Tomasz Kamiński

Nie jest łatwo o dobry debiut w fantastyce. Czasem odnoszę wrażenie, że nowo powstałe książki są kopią wcześniejszych publikacji, fabuła powtarza się w powieściach, różniąc się jedynie wątkami czy kolejnością wydarzeń, a bohaterowie sztampowi – ten główny zazwyczaj dzierżący miecz, walczący z bestiami, poboczni albo ciut gapowaci, albo zagubieni, w każdym razie tacy, by ten pierwszoplanowy na ich tle jaśniał (i swym blaskiem raził w oczy czytelników nie mniej niż wspomniany wcześniej miecz). To ogromne uogólnienie oczywiście.

To nieprawda, że dobre książki fantasy zostały już napisane, a kolejni autorzy nie wnoszą nic wartościowego do literatury gatunku. Jednak trudno o powiew świeżości.

Jak było tym razem? Czy Polowanie okazało się lekturą, która zaprzeczyła mojemu, pewnie i krzywdzącemu niektórych pisarzy, przekonaniu?Continue reading →

Tako Rzecze Kałużyńska #2

Moi Drodzy Parafianie, przyszła pora na kazanie. Tym razem będzie Tako rzecze Kałużyńska refleksyjnie. O czytaniu (w tym horrorów) w Polsce, o pisaniu (w tym horrorów) w Polsce, o wydawaniu (w tym horrorów) w Polsce i o ludzkim zachowaniu (odnośnie pisania, czytania, w tym horrorów) w Polsce. W międzyczasie nastąpi list do redakcji, czyli w tym przypadku do mnie oraz cycata na dziś.

Indżojcie albo nie.

I niech Wam ziemia lekką będzie, a trawa wiecznie zieloną.

Ave.

Zeter Zelke: „Zeter Zelke – to ani chłop, ani baba, może made in Poland, a może nie”

Magdalena Paluch: Cześć! Cieszę się, że dołączyłaś do drugiej edycji projektu #grozajestkobietą. Zanim do Ciebie napisałam, słyszałaś coś więcej o tej akcji? Czytałaś teksty koleżanek po piórze?

Zeter Zelke: Niestety nie. Z grozą nawiązałam bardziej zażyłe relacje, bo okazała się poczytniejsza. Nigdy nie miałam wielkiego parcia na horror, choć od zawsze lubiłam.

MP: Pamiętasz, kiedy sama dołączyłaś do grona autorek, które polubiły się z literaturą grozy? Kiedy został opublikowany Twój pierwszy tekst?

ZZ: Grozę lubię, odkąd pamiętam. Moje pierwsze opowiadanie opublikowano w 2012 roku, w antologii Nowa będącej pokłosiem konkursu literackiego zorganizowanego przez portal Horror Online.

MP: Jeśli się nie mylę, Twoją wizytówką, jeśli chodzi o teksty, jest bizarro. Gdybyś mogła krótko wyjaśnić (tym, którzy nie znają), co to jest i z czym się je, i czemu akurat najbardziej to właśnie bizarro przypadło Ci do gustu?

ZZ: Bizarro trudno zdefiniować. Przybiera ono tak wiele odmian, jak wiele jest gatunków literackich. Wspólnym mianownikiem są daleko posunięte: groteska i absurd. Dziwni bohaterowie. Zupełnie kosmiczni. Wysoki poziom abstrakcji. Różni ludzie szukają w bizarro różnych rzeczy. Jeśli o mnie chodzi, uwielbiam, kiedy nonsensowna zupa na koniec oferuje logiczne wnioski. Taki szok poznawczy. Porządek z chaosu. Coraz częściej też myślę, że bizarro nadaje się do uprawiania narracji okraszonej symboliką. Kto nie potrafi odszyfrować symboli, otrzyma niezrozumiały tekst. Kto potrafi – będzie mieć podwójny ubaw. No, tylko trzeba jeszcze umieć taki tekst napisać, co wcale łatwe nie jest. Niniejszym rzucam przyjaciołom w bizarro wyzwanie! Continue reading →