Krwawa Kałuża, odc. 16

Krwawa Kałuża, raczej nie mała, lecz duża. Po przerwie, a raczej po dzwonku. Audycja powrotno-zwrotna, już nie typowo rozrywkowa, ino oceniawcza, w większości krytycznie i, oczywiście, krwawo. Ale nie tak do końca, bo jeśli coś Kałuży się podoba, to są peany, piedestały i pochwa/ły.
W niniejszym odcinku będzie ogólna ocena blogosfery oraz szczegółowa ocena bloga „Kilka zdań o…”, dywagacje na temat zachowań taboretowych, wedle podziału na Ludzi i na taborety, zachowań odnośnie próśb, żebym oceniła czyjąś książkę w typie „rzuć, no Kałużyńska, okiem, może coś znajdziesz”.
Następnie powiem coś odnośnie listów do redakcji, czyli w tym przypadku do mnie, będzie nowy kącik tematyczny pt. „Cycata na dziś”, jak również powiem trzy słowa o moim epizodzie z audycją na żywo w radiu Praga.
Indżojcie albo nie.
I niech Wam ziemia zawsze lekką będzie, a trawa wiecznie zieloną.
Ave.

„Podarować niebo” Romuald Pawlak

Bardzo długo dojrzewałam do tego, by czytać literaturę science-fiction. Problem z nią miałam taki, że chłonęłam wątki „fiction”, a tam, gdzie zaczynało się „science”, czyli zasadniczo to, co każdego fana tego gatunku powinno najbardziej fascynować, „wyłączałam się”. Mogłabym tu napisać krótką rozprawkę o tym, jak program szkoły podstawowej w latach, kiedy do niej uczęszczałam, potrafił przynajmniej mnie zniechęcić do sięgnięcia po powieści Lema, ale to nie temat na dziś. Nadmienię tylko, że żeby zakochać się w twórczości Lema najpierw przez wiele lat czytałam o samym pisarzu i o tle powstawania jego książek, by w końcu ponownie odważyć się po nie sięgnąć.Continue reading →

„Świat bez świtu”, Radomir Darmiła

„(…) nie o to chodzi w pracy bajarza, by dostarczać ludziom materiał do marzeń. Bajarz musi też sprawiać, by słuchacze myśleli”.
R. Darmiła, Świat bez świtu

Oto historia tego, jak można zepsuć sobie lekturę dobrej książki.

Proszę Was tylko, byście przeczytali tę opinię do końca – bo nie taki diabeł straszny, jak go początkowo maluję. A może właśnie…?

Zacznijmy od powszechnie znanych prawd: „nie oceniaj książki po okładce”, „nie wypowiadaj się, dopóki się nie zapoznasz”.

Znacie eksperyment dotyczący różowego słonia? Spróbujcie zatem wziąć w nim udział. Skupcie się i absolutnie nie myślcie teraz o różowym słoniu.

Udało się?

Nieświadomość nie zna zaprzeczeń, a ja zrobiłam wszystko to, czego, sięgając po książkę, robić nie powinnam.

Wydawnictwo IX ma to do siebie, że po ich książki sięgam właściwie w ciemno. Jednak gdy zobaczyłam zapowiedź Świata bez świtu, nie poczułam przysłowiowej mięty. Po pierwsze pseudonim autora – Radomir Darmiła – tak słowiański, że aż banalny, w dodatku złożony z niemal tych samych głosek, które dźwięczały mi w uszach jak refren piosenki disco. Przepraszam autorze, nic osobistego, po prostu to do mnie nie trafiło. W dodatku w zestawieniu z tytułem Świat bez świtu, gdzie melodia refrenu tej piosenki pozostaje ta sama, tylko głoski się zmieniają, poczułam się przytłoczona.Continue reading →

Monika Fudali: „Lubię się bać, czy to wystarczający argument do czytania literatury grozy?”

Magdalena Paluch: Dzień dobry Pani Moniko, bardzo mi miło gościć Panią w drugiej edycji projektu #grozajestkobietą. Czy zanim się z Panią skontaktowałam, interesowała się Pani tym, co grozowego kobiecego dzieje się w Polsce?

Monika Fudali: Wyznam szczerze, że nie. Raczej czytywałam zagraniczną literaturę grozy, moją ulubioną książką jest Frankenstein autorstwa Mary Shelley. Jednak #grozajestkobietą zainspirowała mnie i teraz nadrabiam zaległości; ostatnio czytałam antologię Zabawki oraz Drugi Peron Agnieszki Kwiatkowskiej. Mam zamiar poznać więcej reprezentantek tego gatunku.

MP: Jest Pani młodą, początkującą autorką. Poza Kumulacją, czyli zbiorem trzech opowiadań grozy, ma Pani na koncie również powieść obyczajową. Czy ta różnorodność gatunkowa wynika z poszukiwań swej drogi literackiej?

MF: Moja powieść obyczajowa Niezapominajki była akurat formą terapii dla mnie. W taki sposób poradziłam sobie ze śmiercią mojej babci. Obyczaj nie był nigdy moim celem, ale ostatnio napisałam kolejną powieść z tego gatunku i do tego komedię. Chciałam sprawdzić możliwości mojego warsztatu. Wydawcy ocenią, na ile dobrze mi poszło. Właśnie czekam na odpowiedzi.

MP: Kiedy zaczęła Pani pisać pierwsze teksty?

MF: Swoje pierwsze opowiadania zaczęłam pisać, gdy miałam jakieś jedenaście czy dwanaście lat. Tworzenie historii było dla mnie relaksujące. Pamiętam, że zawsze lubiłam zadania domowe z języka polskiego, które wymagały kreatywnego pisania. Moje pisanie w zeszytach ciągnęło się niezbyt regularnie, ale za to nieprzerwanie, przez okres liceum oraz studiów. W liceum wygrałam opowiadaniem pt. Ściana w konkursie wojewódzkim Obiady literackie. To właśnie na studiach w 2011 roku zachęcona przez paczkę przyjaciół debiutowałam opowiadaniem Kumulacja Cierpień. Po debiucie zaczęłam pisać bardziej świadomie. Czyli rozwijać warsztat i wyrabiać nawyk pisania codziennie.

MP: W Kumulacji widać Pani fascynację kulturą Japonii. Dwaj bracia, bohaterowie opowiadań, pochodzą z kraju Kwitnącej Wiśni, a i to, co niepokojące, wywodzi się właśnie z mitologii japońskiej. Dlaczego to właśnie Japonia skradła Pani serce?

MF: Jako nastolatka byłam mocno wkręcona w świat mangi, za czym poszło zainteresowanie samą kulturą Japonii. Po latach jestem na etapie szacunku do kultury i sztuki japońskiej oraz zgłębiania techniki ubierania kimon. Postacie półjapońskich i półpolskich braci są moim ukłonem w kierunku tego kraju.

MP: Jak już wspominałam wcześniej, w Kumulacji znajdziemy trzy straszne historie, które łączą główni bohaterowie. Czy jest to już dla Pani temat zamknięty, czy w przyszłości spotkamy jeszcze  Keisuke Kurokawę i jego brata?

MF: Pewnie, że tak, mam już kilka pomysłów i to obsadzonych w Japonii, a że byłam w tym kraju, powinnam oddać klimat miejsc. Napisałam ostatnio kolejne opowiadanie z Keisuke, które wysłałam na konkurs Wiedźmy do antologii dla Fabryki Słów. Kto wie, może się spodoba i Keisuke zostanie dostrzeżony przez większą ilość czytelników? Nadzieję można mieć. (śmiech)

MP: To w takim razie ja trzymam mocno kciuki za to opowiadanie!
Dzięki oficjalnej grupie Grahama Mastertona na Facebooku dowiedziałam się, że w kwestiach literackich mocno Panią wspiera właśnie sam Brytyjczyk. Czego się Pani od niego nauczyła?

MF: Z Grahamem Mastertonem zaczęłam pisać na Messengerze, potem spotkaliśmy się na konwencie horroru Medalikon w 2019. Znaleźliśmy swoistą nic porozumienia, pomimo że mógłby być moim ojcem (śmiech). Jest to mój swoisty „przyjaciel od pióra”, wspierał mnie, gdy miałam wątpliwości co do dalszego pisania, radził mi odnośnie podejścia do wydawców oraz unikania inwestowania (czytaj vanity). Zawsze mi powtarza, że na każdą książkę przyjdzie czas, jak nie teraz, to później, bo czasem można „nie trafić” z tematem lub trafić na redaktora, który ma inny gust i z marszu odrzuci twoją pozycję, co nie znaczy że jest zła. Zachęca mnie do szlifowania warsztatu i nie poddawania się. To cenny przyjaciel i serio ma duszę trzydziestolatka, więc jesteśmy w tym samym wieku. (śmiech)

MP: Do tej pory swoje książki wydała Pani własnym sumptem. Od początku tak Pani planowała, czy po drodze pojawiły się trudności (nie było feedbacku ze strony wydawców)?

MF: Tak, to są błędy młodego niedojrzałego pisarza. Do tego z niską samooceną. Przy pierwszych dwóch pozycjach dałam się, mówiąc kolokwialnie, „wyrolować”. Natrafiłam na „pseudowydawnictwo”, czytaj vanity. Moi przyjaciele zrobili dla mnie zrzutkę i ufundowali debiut, dorzucili się też do drugiej książki, na resztę zapracowałam. Niestety nie byłam w ogóle obeznana w świecie wydawców i poprzez ich manipulację słowną dałam sobie wmówić, że tylko u nich mam szansę (jak tylko wyłożę pieniądze), ponieważ jestem „młoda i nieznana”. Z tych całych emocji wydawniczych nie przyszło mi do głowy sprawdzić opinię o nich. No i „poznałam” ich dopiero post factum. Cóż, złego dobre początki, przynajmniej nie mam już zaufania do vanity. Niezapominajki były selfem, nikt nie chciał wydać, a Novae Res miało dobre warunki (tak myślałam). Pewnie nie doszłoby do tego, gdyby nie fakt, że dostałam w owym czasie zwrot za studia i byłam zaćmiona hormonami ciążowymi (śmiech). Pomimo słabej współpracy promocyjnej wydawnictwa, to niczego nie żałuję, bo to książka ważna dla mnie w kontekście terapii. Ma też dobre opinie i daje nadzieję. To zastępuje wszelkie koszty. Natomiast tomik opowiadań Kumulacja nie zyskał uznania w oczach żadnego z wydawnictw grozy, dlatego postanowiłam skorzystać z darmowej publikacji przez Ridero. Zależało mi niesłychanie, aby wszystkie trzy historie były w jednej książce, stąd decyzja o Ridero właśnie. Wiem, że nie jest to doskonałe wydanie, bez redakcji i dobrego łamania tekstu, ale czego się nie robi w bólu odrzucenia przez maleńki świat wydawców horroru…

MP: Mówi Pani o swoich trudnościach z wydaniem Kumulacji. A może łatwiej byłoby, gdyby pisała Pani pod męskim pseudonimem?

MF: Myślę, że płeć nie ma tu znaczenia. Z tego co mi odpisały wydawnictwa, problemem był fakt, że to zbiór opowiadań. Podobno nie ma na nie popytu oraz miały zbyt małą objętość. Jednak z tym drugim można się kłócić, bo Diabeł zza okna Anny Musiałowicz (wydawnictwo Dom Horroru) ma mniej stron niż moja Kumulacja.

MP: Powieść czy opowiadania – co jest Pani bliższe w procesie tworzenia nowych historii?

MF: Zdecydowanie opowiadania, bo można na kilku stronach oddać bardzo wiele: szybką akcję, wiele skondensowanych emocji czy zamkniętą historię. Powieść wymaga czasu, planowania i utrzymania czytelnika w napięciu przez minimum 360 tysięcy znaków. To trudna sztuka, ale jak się już skończy pisać, to jest o wiele większa satysfakcja, niż po skończeniu opowiadania.

MP: Czy obecnie pracuje Pani nad nowym tekstem?

MF: Tak, nad horrorem obsadzonym w Bieszczadach, w miejscowości, do której jeżdżę od piętnastego roku życia – Ustrzyk Dolnych. Boję się tylko, że jak to wydam, to mnie zlinczują. Dobrze, że tam nie mieszkam. (śmiech)

MP: Co fascynuje Panią w literaturze grozy? Czy sięga Pani po teksty polskich autorek?

MF: Lubię się bać, czy to wystarczający argument do czytania literatury grozy? Lubię napięcie i to, że każda tematyka ma potencjał na horror. A co do polskich autorek, to tak jak mówiłam, już nadrabiam zaległości. Bardzo podoba mi się pióro Agnieszki Kwiatkowskiej.

MP: Czym zajmuje się Pani na co dzień?

MF: Jestem nauczycielką. Pracuję w przedszkolu. Koleżanki z pracy zawsze się dziwią, że piszę horrory i pracuję z dziećmi. Cóż, pisanie to tylko wyobraźnia, a jakby co mogę sobie dzieciaczki podduszać w opowiadaniach. (śmiech)

MP: O czym marzy Monika Fudali – autorka?

MF: Chciałabym stać się pełnoetatowym pisarzem i artystą. Aby moje książki i obrazy się sprzedawały. Fajnie byłoby z tego żyć. No, ale na marzenia trzeba zapracować, co systematycznie czynię.

MP: Zatem życzę spełnienia tych marzeń i czekam na kolejną książkę. Bardzo dziękuję za rozmowę!

——————————————————————————————————

Continue reading →

Joanna Pypłacz: „gotyk nie jest dla ludzi, którzy chcą zaszpanować ubiorem, gadżetami czy po prostu obecnie modną aż do mdłości, a kiedyś nielubianą u nas odmiennością”

Magdalena Paluch: Asiu, wczoraj premierę miała Twoja najnowsza powieść Dwór na Martwym Polu. Jeśli się nie mylę, jest to już Twoja siódma. Czy radość z ukazania się kolejnego tytułu jest wciąż taka sama, jak przy debiucie?

Joanna Pypłacz: Tak, to moje siódme literackie dziecko. Wielka radość jest zawsze, choć oczywiście inaczej człowiek cieszy się na początku drogi, po pokonaniu pierwszego kamienia milowego, jakim jest zostanie opublikowanym w ogóle, inaczej za drugim razem, a jeszcze inaczej za kolejnym z rzędu. Spoglądam na półkę, na której stoją wszystkie moje poprzednie książki, stawiam tę nową, świeżo wydaną i wówczas pojawiają się też różnego rodzaju refleksje: czy idę do przodu nie tylko ilościowo, ale i jakościowo? Czy postęp jest wystarczający? Czy mam lepszy styl, co jeszcze należałoby poprawić lub udoskonalić? Czy książka dotrze do wszystkich tych, którzy będą potrafili ją docenić? Cieszę się równie mocno, jak za pierwszym razem, ale już na spokojnie, nie „na wariata”, lecz z dystansem.

MP: Akcja Dworu… dzieje się w latach 40. XX wieku. Mamy Kraków, mamy Breslau i tytułowe Uroczyska. Jak długo trwał research do tej powieści?

JP: W Krakowie mieszkam od zawsze, w Breslau, czyli Wrocławiu, byłam parę razy, z różnych powodów. Przy okazji robiłam kwerendy na miejscu, starannie studiowałam zakątki, które „widziałam” w powieści, notowałam nazwy, szperałam. Starałam się jak najwierniej odtworzyć realia i atmosferę tamtych czasów. Uroczyska to miejscowość fikcyjna, niemniej jednak do jej stworzenia również potrzebny mi był research, szczególnie że ten sam dwór stanowi miejsce akcji drugiego, retrospekcyjnego tomu mojej książki, osadzonego w realiach dziewiętnastego wieku. W sumie, materiały różnego rodzaju zbierałam przez kilka miesięcy, choć oczywiście wiele szczegółów musiałam sprawdzać i doprecyzować już w trakcie pisania. W moim warsztacie praca przygotowawcza najczęściej zazębia się z samym procesem twórczym, podobnie jak w fotografii, którą kocham: Trzeba ustawić sobie ostrość, ISO i inne parametry, ale oczywiście zawsze z myślą o efekcie końcowym, żeby było jak najbardziej klimatycznie, malarsko, tajemniczo.Continue reading →

Klaudia Zacharska: „Nic na świecie nie potrafi wywoływać równie skrajnych emocji, jak Kobiety – i Groza”

Magdalena Paluch: Dzień dobry Pani Klaudio! Jest mi niezmiernie miło, że możemy porozmawiać z okazji premiery debiutanckiej powieści pt. Kantata. Cieszy mnie to tym bardziej, że mocno kibicuję autorkom piszącym grozę, choćby poprzez projekt/akcję #grozajestkobietą. Każda nowa autorka, która, że tak powiem, chce uprawiać ten gatunek literacki, to miód na moje serce.
Dlatego zadam bardzo banalne pytanie: czemu groza? Wciąż sporo się mówi o tym, że to nisza, że tylko nielicznym udaje się wybić poza ten gatunek, a tu nagle dostajemy Kantatę, na dodatek napisaną przez kobietę!

Klaudia Zacharska: Na początek dziękuję za zaproszenie mnie do projektu! A odpowiadając na Pani pytanie: już od najmłodszych lat miałam słabość do opowieści wywołujących dreszczyk na karku; pamiętam, jak będąc dzieckiem oglądałam stary serial Czy boisz się ciemności?, który wtedy mocno działał na moją wyobraźnię. Pamiętam Carrie i Koralinę, jedne z pierwszych opowieści Kinga i Gaimana, na które się natknęłam. Wprawdzie do oglądania horrorów podchodzę ostrożnie, bo po seansie mam trudności z panowaniem nad swoją wyobraźnią, ale książki w tym gatunku po prostu uwielbiam. Za tym idzie naturalny odruch – piszę to, co lubię czytać.
Continue reading →

Agnieszka Pruska: „Chodzi przecież o to, żeby kobieca groza była tak samo doceniana jak ta, którą tworzą mężczyźni”

Magdalena Paluch: Cześć Agnieszko! Bardzo się cieszę, że tym razem porozmawiamy o gatunku, który najbardziej lubię. 30 listopada ukazała się antologia grozy kobiecej Zabawki, w której wzięłaś udział. Co przekonało Ciebie – autorkę kryminałów – by zmierzyć się z grozą właśnie?

Agnieszka Pruska: Ponieważ jestem „kryminalistką” napisanie opowiadania grozy było dla mnie wyzwaniem i właśnie to mnie skusiło. Musiałam przestawić się z kryminału na grozę, a te gatunki rządzą się innymi prawami. Mimo niektórych elementów wspólnych, co innego jest najważniejsze. W kryminałach staram się zwracać uwagę nie tylko na to, aby lektura była emocjonująca, ale żeby po przeczytaniu finałowej sceny czytelnik mógł powiedzieć: „mogło się tak zdarzyć”. Sprawdzam realia, konsultuję rozmaite zagadnienia ze specjalistami i nie wprowadzam niczego nadprzyrodzonego czy niewiarygodnego. Wykreowany przeze mnie świat jest fikcją, ale jest też w pełni realny. Inaczej wygląda to w literaturze grozy. Taka zmiana gatunku i spróbowanie sił w czymś nowym była więc niezmiernie ciekawa i pozwoliła mi wykorzystać inną część wyobraźni. Drugi powód mojego udziału w akcji #grozajestkobietą, związany jest formą. Zabawki to zbiór opowiadań, a dla mnie ta forma jest trudniejsza niż powieść. I ostatni powód: Zabawki to antologia grozy kobiecej, trzynaście autorek, trzynaście różnych opowiadań i jeden element wspólny: zabawki. To brzmiało zachęcająco…Continue reading →

„Krzyk”, Stanisław Przybyszewski

Okres Młodej Polski to ta epoka w literaturze, do której wracam najchętniej. Stanisław Przybyszewski jest jednym z jej barwniejszych reprezentantów. Poeta, dramaturg, nowelista, a przede wszystkim skandalista w swoich czasach znany był każdemu, kto tylko zetknął się z cyganerią krakowską. Dziś, zdaje się, jego postać przyćmili tacy przedstawiciele nurtu polskiego dekadentyzmu, jak chociażby Kazimierz Przerwa-Tetmajer czy Tadeusz Miciński, co nie znaczy wcale, że dzieła Przybyszewskiego zostały zapomniane. Przypomnieć nam o jednym z nich postanowiło Wydawnictwo Golem.

Krzyk to historia malarza Gasztowta. Jego marzeniem jest namalowanie obrazu, w którym przeniesie tytułowy dźwięk na płótno. Gasztowt jest oczywiście niedoceniony przez współczesnych mu krytyków. Klepie biedę, ustawicznie chodzi głodny, wyprzedaje co cenniejsze przedmioty, by jakoś utrzymać się przy życiu. Jako artysta, owładnięty wyższym celem, dąży do osiągnięcia pełni tworzenia, sprawami doczesnymi interesując się jakby mniej. By nie zdradzić za dużo, dodam jeszcze, że nie tyle pogmatwane losy Gasztowta są głównym punktem powieści, a to, co dzieje się w jego głowie, gdy wgłębiając się w psychikę malarza, sami tworzymy w naszym umyśle paranoiczne obrazy.

Wydanie Krzyku, które miałam przyjemność przeczytać, zostało wzbogacone o opowiadanie Willa artysty, niejako łączące się fabularnie z Krzykiem, a także o posłowie, dzięki któremu dowiemy się więcej o samym Przybyszewskim, jak i o genezie powstania powyższych utworów.

Nie będę powtarzać słów recenzentów, dotyczących samej powieści. Krzyk to klasyk, który przeszedł do historii literatury jako jeden z najważniejszych utworów polskich twórców. Nawet jeśli można wytknąć mu pewne błędy, nie mają dziś one większego znaczenia. Zresztą kanony pisania, sposoby tworzenia zdań, konstrukcja ulegały modom i według mnie nietaktem byłoby przyrównywanie środków, które stosował autor, do współczesnych reguł (o zmoro dzisiejszych pisarzy, szyku przestawny!). Kunsztu Przybyszewskiemu niejeden pozazdrości.

Zatem skupię się przede wszystkim na tym, co Wydawnictwo Golem zrobiło z Krzykiem.

W moje ręce trafiło limitowane wydanie w twardej oprawie. Nie da się ukryć, że aspekt estetyczny to wartość dodana książce. Samo trzymanie tomu w rękach było przyjemnością. A muszę przyznać, że Golem naprawdę się postarał, by sama książka stała się… obrazem.

Zaczyna się nawet banalnie, czarne litery na białej kartce, choć ornamenty przy każdym rozdziale już są zapowiedzią, że czeka nas uczta nie tylko dla duszy, ale i dla oka. Przewijające się na stronach ilustracje stonóg przykuwają wzrok, jednak nie odrywają od tekstu. A potem dochodzimy do momentu, w którym tekst się dubluje i z pewnym, może nie niesmakiem, ale zaskoczeniem i żalem dochodzimy do wniosku, że w tak pięknie wydanej powieści zdarzył się błąd w druku. Jednak kiedy przewrócimy kilka stron, okazuje się, ze to zabieg celowy, a szaleństwo, które odbywa się w głowie Gasztowta, przekłada się na zapis. Czcionka, cieniowanie, ilustracje wprowadzają nas w obłęd podobny temu, który ma miejsce w umyśle artysty. Każda strona staje się obrazem, który odciska się w naszej psychice. Porównywałabym stan, w który czytelnik wchodzi podczas lektury, do słuchania pędzącego pociągu, gdy stukot kół najpierw odległy, zbliżając się, staje się głośniejszy, mocniejszy, dosadniejszy, aż wreszcie, gdy zdaje się, że nie wytrzymamy hałasu, eksploduje w naszym mózgu gwizdem lokomotywy.

Katharsis. To dzieje się, gdy dotrzemy do ostatniej strony powieści.

Jak już wcześniej wspomniałam, recenzji Krzyku napisano wiele, a każda różni się w swych wnioskach w zależności od epoki, w jakiej została napisana. Dziś, przeczytawszy setki książek bardziej przystających do współczesnego odbiorcy, nie mogłabym nazwać powieści Przybyszewskiego arcydziełem. Nawet w czasach, w których tworzył, powstały wspanialsze utwory, choć nie sposób nie docenić wartości Krzyku i dla współczesnego autorowi odbiorcy, i jako klasyka dla osób mojego pokolenia. Ale to, w jaki sposób Wydawnictwo Golem potraktowało powieść, nazwałabym majstersztykiem. Jestem pod wrażeniem.


Anna Musiałowicz – z wykształcenia pedagog-resocjalizator. Z natury włóczykij. Zawodowo czyta, poprawia i promuje książki. W chwilach wolnych nawiedza zamki, rysuje, maluje, gdzie popadnie i co popadnie, grywa w szachy, słucha zazwyczaj metalu i rocka. Ma milion pomysłów na sekundę, które przekuwa w działanie. Natomiast przede wszystkim nie odrywa się od książek. Z zamiłowania pisarka.
Jako autorka debiutowała w marcu 2016 roku. Opublikowała kilkadziesiąt opowiadań i drabbli w  antologiach (m. in. Tabu, Słowiańskie koszmary, Licho nie śpi, Maszyna, Gorefikacje III, Mroczne Dziedzictwo, W cieniu Bangor, Zabawki), magazynach związanych z literaturą grozy (Polska, Czechy) i podręcznikach RPG. Jej pierwsza powieść Diabeł zza okna została nominowana do nagrody KSIĄŻKA ROKU 2020 w największym plebiscycie czytelników lubimyczytac.pl. Niebawem ukaże się kolejna powieść autorki pt. Kuklany las.

Sandra Gatt Osińska: „Ogólnie lubię tematy około śmierci, zawsze chciałam wiedzieć o niej jak najwięcej”

Magdalena Paluch: Cześć Sandra! Bardzo Ci dziękuję, że zgodziłaś się na wzięcie udziału w drugiej edycji projektu/akcji #grozajestkobietą. Śledziłaś działania związane z pierwszą edycją? Myślisz, że autorki piszące polską grozę (w tym również Ty) mają szansę być nareszcie bardziej widoczne?

Sandra Gatt Osińska: Szansę? One już są bardzo widoczne! Coraz więcej kobiet bierze udział w grozowych projektach, coraz częściej ich nazwiska padają w dyskusjach książkowych. Ba, nominacja Ani Musiałowicz w nagrodzie portalu Lubimy Czytać jest ogromnym osiągnięciem! Próbuję sobie przypomnieć, czy jakakolwiek polska autorka grozy była wcześniej wśród nominowanych i to jeszcze w kategorii tak bardzo zdominowanej przez mężczyzn. Po części do tej widoczności przyczyniła się także akcja #grozajestkobietą oraz jej dziecko – antologia Zabawki. Te kobiety regularnie pracują na swój sukces i bardzo im życzę, żeby osiągnęły jeszcze więcej, niż pragną.Continue reading →

„Mroczny rewers”, Piotr Ander

Wykonuję zawód, który pozwala mi poznawać twórczość wielu polskich debiutantów. Z reguły z pewną ostrożnością sięgam po książkę aspirującego do miana pisarza twórcy, gdyż – nie ukrywajmy – debiut ma często to do siebie, że bardziej jest nauką dla autora, czego unikać w przyszłości, lekcją pokory czy „frycowym”, które zwyczajnie należy zapłacić za pokazanie się na (literackiej) scenie.

Tym bardziej cieszy mnie, gdy wbrew obawom debiutancka książka jest napisana wprawnie, wciąga, a moja krytyka to raczej czepialstwo, że z dobrego można zrobić lepsze. I tak jest w przypadku powieści Piotra Andera Mroczny Rewers.Continue reading →