Tako Rzecze Kałużyńska #4

Moi Drodzy Parafianie,
przyszła pora na kazanie. Z wysoką dawką kolokwializmów-seksualizmów. Bo niniejszy odcinek dla świnek jest dywagacją o seksie, a seks jak wiadomo, jaki jest, każdy widzi.
Szczególnie fachowiec.
Od d*****a owiec.
Indżojcie dywagację-seksualizację albo nie.

I niech Wam ziemia lekką będzie, a trawa zieloną.
Ave

Tako Rzecze Kałużyńska #3

Moi drodzy Parafianie,
przyszła pora na kazanie. Tako Kałużyńska rzecze.
Sporo w tym odcinku. Się nagadała, biedactwo. O pasztecie. O wizerunku, wizerunkach. Cycatą nawet rzuciła i nadużyła określenia „za przeproszeniem” i niech Wam ziemia lekką będzie, a trawa zieloną.
O ile wystarczy Wam cierpliwości.
Za przeproszeniem.
Ave

„Polowanie”, Tomasz Kamiński

Nie jest łatwo o dobry debiut w fantastyce. Czasem odnoszę wrażenie, że nowo powstałe książki są kopią wcześniejszych publikacji, fabuła powtarza się w powieściach, różniąc się jedynie wątkami czy kolejnością wydarzeń, a bohaterowie sztampowi – ten główny zazwyczaj dzierżący miecz, walczący z bestiami, poboczni albo ciut gapowaci, albo zagubieni, w każdym razie tacy, by ten pierwszoplanowy na ich tle jaśniał (i swym blaskiem raził w oczy czytelników nie mniej niż wspomniany wcześniej miecz). To ogromne uogólnienie oczywiście.

To nieprawda, że dobre książki fantasy zostały już napisane, a kolejni autorzy nie wnoszą nic wartościowego do literatury gatunku. Jednak trudno o powiew świeżości.

Jak było tym razem? Czy Polowanie okazało się lekturą, która zaprzeczyła mojemu, pewnie i krzywdzącemu niektórych pisarzy, przekonaniu?

Pozwolę sobie tu przytoczyć opis z okładki. Dlaczego sama nie streszczę pokrótce fabuły, dbając o unikanie spojlerów? Wyjaśnię później.

Bermeld – zapomniana wioska pośród bagien, odgrodzona od reszty świata. Jego dawni mieszkańcy wierzyli w tajemniczych Czterech Bogów. Wiara ta pomagała im żyć i przezwyciężać strach przed rdzennymi mieszkańcami owego bagniska – rasą przerażających olbrzymów, oraz pradawnym smokiem.
Świat otaczający Bermeld był nie mniej zdumiewający. Poprzedzielany ogromnymi magicznymi barierami, między którymi – jak w zagrodach – żyli ludzie. Niebo zaś było zawłaszczone przez Latające Miasta należące do magokracji, która podporządkowała sobie cały świat. Jednak wojna przyniosła kres tamtej rzeczywistości, niszcząc ją i sprowadzając kataklizm oraz… monstrum.

Po latach do niegościnnego Bermeld przybywa Kadrian, wojownik Zakonu Płonącej Wstęgi, władający magią pieczęci i służący Bogu Świętego Ognia, który od lat milczy. Wojownik, który wychował się tutaj, powraca do wsi po tym, jak dotarły do niego wieści o budowie szlaków łączących bagnisko z resztą świata. Na miejscu docierają do niego niepokojące wieści o legendarnym potworze, który niedawno wtargnął do osady i porwał małego chłopca.

Kadrian obiecuje sprowadzić dziecko z powrotem, lecz najpierw będzie musiał zmierzyć się ze swoją przeszłością. Dostrzeże, że wszystko tu się zmieniło, i to bardziej, niż mógłby sądzić. Będzie zmuszony zawrzeć trudny sojusz, zmagać się z kompanią Czerwonej Stali i Kultem Czterech. Najtrudniejszym jednak wyzwaniem będzie odpowiedź na pytanie, czy Kadrian chce pamiętać, kim był kiedyś.

Tomasz Kamiński jest mi zupełnie nieznanym autorem. Wiem o nim tyle, co wyczytałam z notki na okładce – jest niewiele młodszy ode mnie i nie zawsze marzył, by zostać pisarzem. Pracuje nad swoim warsztatem. Deo gratias.

Pierwsze wrażenie da się zrobić tylko raz i tyczy się to to także książki – tu oczywiście główną rolę odgrywa okładka. Ta sprawiła, że uśmiechnęłam się do siebie. Przypomniałam sobie czasy, gdy miałam naście lat i powodem, dla którego skusiłabym się na zakup książki, mógł stać się facet na okładce. O tak, gdybym znów była piętnastolatką, ten by mnie oczarował. Towarzyszącą mu bestię uznałam za uroczą i trochę z żalem, że już nastolatką nie jestem, i z nadzieją, że może uda mi się wzbudzić choć podobne emocje do tych, które towarzyszyły mi, gdy czytałam książki jeszcze w podstawówce czy już w liceum, postanowiłam zapoznać się z powieścią. Ech, te sentymenty…

I zaczęło się obiecująco, choć już od samego początku wiadomym było to, że autor musi popracować nad warsztatem. Oczywiście mogłabym stwierdzić, że redaktorka nie ogarnęła, ale biorąc pod uwagę poziom całego tekstu, serdecznie współczuję osobom, które nad tą powieścią pracowały. Zadaniem redaktora nie jest wszak przepisanie za autora tekstu na nowo, a czasem to jedyna opcja, by książkę uratować. Ale mimo wszystko doszło do kuriozalnej sytuacji. Liczba różnego typu błędów pojawiających się w tekście powinna była skłonić mnie do odłożenia książki po pierwszych dwóch rozdziałach, jednak lekkość pióra (a może lepsze byłoby stwierdzenie: frywolność) sprawiła, że nie chciałam oderwać się od książki. Fabuła początkowo zdawała się intrygująca. Wśród stylizowanej na średniowieczną historii nagle pojawiają się istoty przypominające roboty. Choć z trudem, mogłabym przymknąć oko na błędy i spróbować cieszyć samą fabułą, ale…

Dlaczego przytoczyłam Wam pełen opis okładkowy? Gdyż w końcu pogubiłam się i by przypomnieć sobie, o co w tej historii chodziło, musiałam do niego wracać. Cały czas wspominałam rozdział pierwszy, który naprawdę ciekawie otwierał powieść i żałowałam, że autor zamiast mierzyć siły na zamiary, „popłynął” i zaczął tworzyć coś na kształt epopei. Mogę wybaczyć Kamińskiemu przydługawe, wręcz nudne opisy (niektórzy tak lubią i doceniają), mogę wybaczyć błędy stylistyczne, językowe, choć te nie powinny się pojawić (nikt nie lubi, ale nie każdy je zauważa), ale traktowania czytelnika jak idioty, któremu niektóre kwestie trzeba łopatologicznie wyjaśnić, już nie. Życzę autorowi, by za jakiś czas sam przeczytał tę książkę, usunął z niej połowę naprawdę niepotrzebnych zdań, a jeśli zgodnie z postanowieniem będzie pracował nad warsztatem, dostrzeże też, nad iloma innymi rzeczami powinien się pochylić.

Ta książka ma potencjał. Mam nadzieję, że za jakiś czas pojawi się „Wydanie drugie. Poprawione”. Bo samej historii nie skreślałabym – jest w niej coś, co każe zatrzymać się na dłużej. Należałoby ją po prostu uporządkować… i napisać na nowo. Wówczas będę w stanie ją polecić fanom gatunku.


Anna Musiałowicz – z wykształcenia pedagog-resocjalizator. Z natury włóczykij. Zawodowo czyta, poprawia i promuje książki. Jest współtwórczynią projektu Anushka&Betushka, zajmującego się malowaniem obrazów na odzieży. W chwilach wolnych nawiedza zamki, grywa w szachy. Ma milion pomysłów na sekundę, które przekuwa w działanie. Natomiast przede wszystkim nie odrywa się od książek. Z zamiłowania pisarka.

Jako autorka debiutowała w 2016 roku i od tego czasu opublikowała kilkadziesiąt opowiadań w antologiach, magazynach – przede wszystkim związanych z literaturą grozy (Polska, Czechy) – i podręcznikach RPG. Jej pierwsza powieść Diabeł zza okna ukazała się w marcu 2020 roku i została nominowana do nagrody KSIĄŻKA ROKU 2020 w plebiscycie portalu lubimyczytac.pl. Druga – Kuklany las miała premierę w kwietniu 2021 roku, a najnowsza – Śnieg jeszcze czysty ukazała się 28 lutego bieżącego roku. 

Tako Rzecze Kałużyńska #2

Moi Drodzy Parafianie, przyszła pora na kazanie. Tym razem będzie Tako rzecze Kałużyńska refleksyjnie. O czytaniu (w tym horrorów) w Polsce, o pisaniu (w tym horrorów) w Polsce, o wydawaniu (w tym horrorów) w Polsce i o ludzkim zachowaniu (odnośnie pisania, czytania, w tym horrorów) w Polsce. W międzyczasie nastąpi list do redakcji, czyli w tym przypadku do mnie oraz cycata na dziś.

Indżojcie albo nie.

I niech Wam ziemia lekką będzie, a trawa wiecznie zieloną.

Ave.

Zeter Zelke: „Zeter Zelke – to ani chłop, ani baba, może made in Poland, a może nie”

Magdalena Paluch: Cześć! Cieszę się, że dołączyłaś do drugiej edycji projektu #grozajestkobietą. Zanim do Ciebie napisałam, słyszałaś coś więcej o tej akcji? Czytałaś teksty koleżanek po piórze?

Zeter Zelke: Niestety nie. Z grozą nawiązałam bardziej zażyłe relacje, bo okazała się poczytniejsza. Nigdy nie miałam wielkiego parcia na horror, choć od zawsze lubiłam.

MP: Pamiętasz, kiedy sama dołączyłaś do grona autorek, które polubiły się z literaturą grozy? Kiedy został opublikowany Twój pierwszy tekst?

ZZ: Grozę lubię, odkąd pamiętam. Moje pierwsze opowiadanie opublikowano w 2012 roku, w antologii Nowa będącej pokłosiem konkursu literackiego zorganizowanego przez portal Horror Online.

MP: Jeśli się nie mylę, Twoją wizytówką, jeśli chodzi o teksty, jest bizarro. Gdybyś mogła krótko wyjaśnić (tym, którzy nie znają), co to jest i z czym się je, i czemu akurat najbardziej to właśnie bizarro przypadło Ci do gustu?

ZZ: Bizarro trudno zdefiniować. Przybiera ono tak wiele odmian, jak wiele jest gatunków literackich. Wspólnym mianownikiem są daleko posunięte: groteska i absurd. Dziwni bohaterowie. Zupełnie kosmiczni. Wysoki poziom abstrakcji. Różni ludzie szukają w bizarro różnych rzeczy. Jeśli o mnie chodzi, uwielbiam, kiedy nonsensowna zupa na koniec oferuje logiczne wnioski. Taki szok poznawczy. Porządek z chaosu. Coraz częściej też myślę, że bizarro nadaje się do uprawiania narracji okraszonej symboliką. Kto nie potrafi odszyfrować symboli, otrzyma niezrozumiały tekst. Kto potrafi – będzie mieć podwójny ubaw. No, tylko trzeba jeszcze umieć taki tekst napisać, co wcale łatwe nie jest. Niniejszym rzucam przyjaciołom w bizarro wyzwanie! Continue reading →

Tako Rzecze Kałużyńska #1

Moi Drodzy Parafianie,

oto inauguracyjny odcinek gadania Kałużyńskiej, czyli wersja Krwawej Kałuży po tunningu. Zawiera miłe uszom powitanie, miły wstęp, mniej miłe listy do redakcji, miłą cycatą na dziś, miłą zupę Lectera, czyli rosół, miłe książki oraz miłe trzy w jednym.
I ten opis musi Wam wystarczyć. Resztę sobie dosłuchajcie. Indżojcie albo nie i niech Wam ziemia lekką będzie, a trawa wiecznie zieloną.
Ave

poKREWne – nowość na Grozowni

Kochani,

ponieważ od pewnego czasu zdarza mi się patronować lub wspierać gatunki inne niż groza i horror oraz z racji mojej obecnej pracy, postanowiłam rozszerzyć odrobinę współpracę o gatunki, nazwijmy je, poKREWne. Nie martwcie się, Grozownia nie zmieni swego zastosowania. Zwyczajnie po dekadzie promowania jednego gatunku czas spróbować czegoś nowego 🙂

Jedną z powieści, której mam przyjemność patronować jest najnowszy tytuł Tomasza Brewczyńskiego – „Nie zasługujesz na śmierć” (wydawnictwo Vectra).

Premiera książki już 8 marca, a od dziś ruszyła PRZEDSPRZEDAŻ: https://www.empik.com/nie-zaslugujesz-na-smierc-brewczynski-tomasz,p1293574652,ksiazka-p 

Opis:
Dover, późny wieczór. Kamila Wagner spycha męża w przepaść. Zabija człowieka, który w ciągu kilkunastu lat zamienił jej życie w koszmar. Pozbawił ją marzeń, zabrał wiarę w ludzi, odarł z uczuć i resztek godności. Kobieta jest przerażona, ale nie żałuje morderstwa. Przeciwnie, nareszcie czuje się wolna, a do pełni szczęścia pozostaje jej tylko zatuszować zbrodnię i wyjechać z kraju. Czasu ma niewiele. Niespełna dwadzieścia cztery godziny, podczas których wiele się może wydarzyć, i rzecz jasna, wiele się wydarza.

Co doprowadziło bohaterkę do ostateczności?
Co jest w stanie zrobić, aby uciec przed konsekwencjami zabójstwa? Jak sobie poradzi w walce z czasem i przeciwnościami losu?
Kto jej w tej walce pomoże? Komu zdradzi mroczną tajemnicę i kto, tak naprawdę,
nie zasługuje na śmierć? 

Zaintrygowani?…

Krwawa Kałuża, odc. 18

Niniejszy odcinek dla świnek Krwawej Kałuży jest krótki, acz treściwy. Jednak żeby się dowiedzieć o czym będę gadać, trzeba posłuchać, bo opisy owych dywagacji mogłyby się okazać dłuższe od dywagacji właściwych. Takoż sami rozumiecie, że nie ma sensu.

I niech Wam ziemia lekką będzie, a trawa wiecznie zieloną.

Indżojcie albo nie.

Ave.

Radek Bolałek (Hanami): „ogólnie jest ważne, żeby dzieciaki zachęcać do czytania wszystkiego”

Sebastian Drabik: Zaczynaliście jako firma zajmująca się polsko-japońskimi kontaktami kulturowo-ekonomicznymi. Czy to Waszym zdaniem najlepszy początek do zajęcia się wydawaniem mang i książek?

zdj. Marta Pańczyk Photography

Radek Bolałek: Trudno powiedzieć, czy najlepszy, ale był to dobry punkt wyjścia – znaliśmy język i kulturę, mieliśmy wiedzę z zakresu prowadzenia biznesu i ekonomii, do tego wydaliśmy najpierw dwa tytuły (Tradycje kulinarne Japonii oraz Zwierzęta zodiaku w kulturze Japonii). Z racji tego takiego, a nie innego zaplecza i umiejętności z pewnością łatwo nam było rozmawiać z japońskimi kontrahentami.

SD: Skąd u Ciebie taka fascynacja Japonią?

RB: Mógłbym zacząć od tego, jak to w latach osiemdziesiątych oglądałem Załogę G (Kagaku ninja tai Gatchaman) i jak oglądałem inne anime, zanim nawet poszedłem do podstawówki, ale świadomy i faktyczny początek był inny. Zacząłem ćwiczyć karate, tam poznałem Kubę, który wciągnął mnie do Gdańskiego Stowarzyszenia Fantastyki Alkor. Tam natomiast na spotkania wpadał Michał, który wtedy mieszkał w Niemczech i przywoził nam anime na VHS. Później już się zaczęło – pierwsze konwenty, pierwszy konwent, który organizowałem (Anime no gakkō w 1998), sprzedaż mang ściąganych z Belgii, a później większa fascynacja Japonią i studia japonistyczne.

SD: Jakie wiążą się wspomnienia i przeszkody z pierwszą publikacją Hanami?

RB: Pierwszą publikacją w ogóle były wspomniane Tradycje kulinarne Japonii. Musieliśmy się uczyć wszystkiego od zera. Jak działa dystrybucja w Polsce, jak rozmawiać z drukarniami, jak pracować w wydawnictwie itd. Natomiast często śmiejemy się, że my jesteśmy nudnymi rozmówcami, bo zanim się za coś weźmiemy, gruntownie badamy teren, dlatego też nie mieliśmy szczególnie przykrych niespodzianek. Continue reading →